Dodany: 23.06.2024 21:13|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Redakcja BiblioNETki poleca!

Książka: Demony Babiej Góry
Małysa Irena

3 osoby polecają ten tekst.

Uprzedzenia, przesądy, zazdrość i złość to coś gorszego, niż demony


Recenzja oficjalna PWN
Recenzent: dot59

Pisanie o którejś z kolei części cyklu kryminalnego, stanowiącego chronologiczny ciąg wydarzeń, może stanowić solidne wyzwanie. Bo jak omówić ten czy inny element fabuły, jeśli wynika on z czegoś, czego jeszcze nie wiedzą czytelnicy dopiero zaczynający lekturę wcześniejszych tomów? Zepsuć tamtym niespodziankę czy ślizgać się po wierzchu, streszczając akcję za pomocą ogólników i podsumowując własne wrażenia za pomocą sloganów typu (brrr!) „autor/-ka funduje nam emocjonalny rollercoaster” czy „plot twist na końcu wbija w fotel”?
Zacznijmy więc od tego, że do „Demonów Babiej Góry” raczej nie należy się zabierać, nie znając wszystkich trzech poprzednich tomów cyklu, gdyż zarówno osobiste koleje losu podkomisarz Barbary Zajdy, jak i zdarzenia, w których tym razem bierze ona udział, są ściśle powiązane z zaszłościami głównie – choć nie tylko – z pierwszej części, „W cieniu Babiej Góry”, a pewne fakty, które tu zostają wspominane, w mniejszym lub większym stopniu stanowiły element zaskoczenia we wcześniejszych epizodach cyklu.

Tak, jak wielu rasowych policjantów, których seryjnymi przygodami lubimy się pasjonować, również i Baśka, gdziekolwiek by się znalazła, zawsze natrafi na coś, co nie pozwoli jej w pełni wykorzystać czasu przeznaczonego na zajęcia pozasłużbowe, czyli, inaczej mówiąc, zawsze zepsuje sobie cały urlop, pakując się w sprawę, którą powinien rozwiązywać kto inny. Teraz ma zamiar towarzyszyć matce wyjeżdżającej do nadmorskiego sanatorium, a sama spędzić ten czas w oryginalnym ośrodku wczasowym, przy okazji korzystając z zabiegów zmniejszających blizny po oparzeniu. Niestety, po wpłaceniu zaliczki Baśka stwierdza, że właścicielka „Morskiego Glampingu” przestaje odpowiadać na telefony, a po przyjeździe na miejsce – że placówka jest zamknięta na głucho. Zakwaterowawszy się nieopodal w standardowym domku kempingowym, którego właściciele jakoś nie bardzo przypadają jej do gustu, nie rezygnuje z prób dowiedzenia się, co się stało z Darią Kuleszą. Mieszkańcy wioski wyraźnie nie są skłonni do udzielania informacji, zaś partner zaginionej (nawiasem mówiąc, też nieszczególnie lubiany przez miejscowych, bo to obcokrajowiec, i to wyznania niechrześcijańskiego) – jest przekonany, że zemścili się na niej lokalni myśliwi, przeciw którym otwarcie występowała. Kiedy Baśka zaczyna drążyć głębiej, nabiera przekonania – co w zasadzie można było przewidzieć – że ta mała miejscowość skrywa więcej mrocznych sekretów, a korzenie jednego z nich sięgają wiele lat w przeszłość…
Co to za przeszłość i jak jest powiązana z teraźniejszością, dowiadujemy się powoli z równolegle prowadzonego wątku retrospektywnego, ukazującego zdarzenia z perspektywy Jadwigi Stanachowej, która pod koniec lat 60. ucieka z beskidzkiej wioski na drugi koniec Polski, do nadmorskiego pegeeru. Zabiera ze sobą nastoletniego syna, którego chce ochronić przed wpływem ojca-przestępcy. I już na początku orientuje się, że nie będzie jej tu łatwo, nie dlatego, żeby pomorzanie mieli coś przeciwko góralom, ale dlatego, że w jednej ze współlokatorek i zarazem współpracownic dostrzega zło. Problemy zaczynają się zaraz pierwszego dnia pracy, a to nie jest jeszcze najgorsze, co ją czeka…

Jeśli chodzi o kreację postaci, to do samej głównej bohaterki wciąż nie umiem się przekonać – dla mnie jest zbyt chaotyczna, i w pracy, i w życiu osobistym – ale za to poczułam sympatię do aspirant Moniki Ferszt, dziewczyny z nerwem, która potrafi się przeciwstawić i seksistowskim zachowaniom kolegów, i królującym na prowincji układom, wskutek których policja przymyka oczy na naruszenia prawa. Szkoda, że pojawia się tylko epizodycznie.

Sama intryga kryminalna – obudowana sporą porcją motywów społeczno-obyczajowych, zarówno aktualnych (nietolerancja wobec obcych, seksizm, prowincjonalne układziki włącznie z kryciem przez stróży porządku przestępczości zorganizowanej), jak i historycznych (praca w PGR, partyjna obłuda) – jest w porządku, zwłaszcza od chwili, gdy staje się jasne, że jej rozwiązanie nie jest aż takie proste. Ma tylko dwa elementy wątpliwe Uwaga: po kliknięciu pokażą się szczegóły fabuły lub zakończenia utworu i jeden nie do końca dopracowany: Uwaga: po kliknięciu pokażą się szczegóły fabuły lub zakończenia utworu.
Drobne nieprawdopodobieństwo pojawia się też w części fabuły niezwiązanej bezpośrednio z intrygą. To, że zakaźne zapalenie wymienia może się przenieść na krowy dojone przez tę samą osobę, nie podlega dyskusji; że ta osoba, wychowana w przesądach, będzie przekonana, iż przyczyną tego jest pęczek świńskiej szczeciny związany powrósłem, też jest możliwe; ale choć niektóre przypadki zapewne da się wyleczyć tradycyjnymi wiejskimi metodami, czyli obmywaniem i okadzaniem z użyciem różnych ziół, to z biologicznego punktu widzenia raczej niemożliwe jest ustąpienie rozwiniętej infekcji w ciągu kilkunastu godzin. Wygląda na to, że zadziałało „odczynianie uroków”…

Tego rodzaju rzeczy rzadko mi przeszkadzają, jeśli nie mam też zastrzeżeń do technicznej strony powieści. Tych jednak trochę się znajdzie, zaczynając od pomylenia imienia bohaterki wątku retrospektywnego („Madzia”[3] zamiast Jadzia). Trafia się też mało zgrabny opis („Teren wokół jurt był pięknie oświetlony lampkami z żarówek, które poprowadzono między drzewami owocowymi. Na środku znajdowała się ogromna altana z paleniskiem. Z tyłu posesji wyglądał zza drzew mały domek. Teren był zupełnie pusty”[4]; „Ciało (…) zostało ułożone na macie. Przypominał teraz jedną z postaci z filmu o żywych trupach. Ubranie było brudne, oblepiona błotem twarz sprawiała wrażenie, jakby mężczyzna był integralną częścią tego szczególnego ekosystemu. Trawa we włosach stanowiła ich naturalne dopełnienie”[5]), problem z podmiotem domyślnym („Baśka poczuła potężny ból. Opadła na ziemię, a jej ciało wiło się na podłodze. Myśl, że ona tak samo zabiła (…), była jej ostatnią, zanim straciła przytomność”[6]), oraz doprawdy kuriozalny zapis wypowiedzi w języku rosyjskim („Poy, shlyukha!”[7]; nie wiem, czy wymyśliła to sama autorka, czy ktoś w redakcji, ale o ile mi wiadomo, dotychczas nie anulowano zasady, że cytaty rosyjskie zapisujemy cyrylicą, w ostateczności, w braku stosownej czcionki – co w dzisiejszych czasach jest raczej mało możliwe, bo skoro praktycznie każdy amatorski edytor tekstu ją posiada, to profesjonalne chyba tym bardziej – fonetycznie po polsku, natomiast w żadnym wypadku w transkrypcji angielskiej).

Za dużo tych niedoskonałości, żebym mogła z czystym sumieniem uznać tę powieść za dobrą.

[1] Irena Małysa, „Demony Babiej Góry”, wyd. MOVA, 2024, s. 180.
[2] Tamże, s. 147.
[3] Tamże, s. 11.
[4] Tamże, s. 17.
[5] Tamże, s. 249.
[6] Tamże, s. 332.
[7] Tamże, s. 182.

Ocena recenzenta: 3/6

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 251
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: