Dodany: 12.06.2024 14:18|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Redakcja BiblioNETki poleca!

Książka: Noc w bibliotece
Christie Agatha (pseud. Westmacott Mary)

5 osób poleca ten tekst.

W nieodpowiednim stroju, w nieodpowiednim miejscu


Odkrywszy, że istnieje jeszcze jedna powieść Lady Agathy, której nie poświęciłam pełnej recenzji, tylko krótką notatkę, zastanawiałam się, czy sobie jednak powtórnej lektury nie darować, bo wszak czytałam ją niedawno, może z dziesięć lat temu. Ale stwierdziłam, że nie będę robiła wyjątków. I dzięki temu zauważyłam w „Nocy w bibliotece” nieco szczegółów, które przy pierwszym czytaniu umknęły mojej uwadze; nie są one co prawda w żadnym stopniu istotne dla intrygi, jednak sama świadomość ich wyłapania unaoczniła mi po raz kolejny wartość powtórnego czytania, gdy nie trzeba już tak gorączkowo pędzić przez tekst, aby się dowiedzieć, kto zabił. A po co czytać, skoro się wie, kto zabił? Bo każda powieść Królowej Kryminału to kawałeczek tego ogromnego zwierciadła, w którym odbija się panorama brytyjskiego społeczeństwa z okresu ponad półwiecza jej pisarskiej kariery.

W „Nocy w bibliotece”, drugiej powieści z panną Marple (wydaną 12 lat po pierwszej, a oddzieloną od niej jeszcze zbiorem opowiadań „Trzynaście zagadek”), jest to w równym stopniu ziemiaństwo – od Conwaya Jeffersona, bogatego dżentelmena-inwalidy, goszczącego z rodziną w hotelu „Majestic”, poprzez Artura i Dolly Bantry, właścicieli klasycznej, choć niedużej posiadłości Gossington Hall czy sir Henry’ego Clitheringa, emerytowanego komisarza Scotland Yardu, aż po samą pannę Marple, żyjącą w swoim malutkim domku z ogródkiem z bardzo skromnego kapitału po przodkach – jak ludzie pochodzący ze środowisk uboższych i żyjący z własnej pracy, w pierwszym rzędzie zatrudnieni w, jakbyśmy to dziś powiedzieli, serwisie rozrywkowym hotelu: Ruby Keene, Josie Turner oraz Ramon/Raymond Starr. Ciekawym ogniwem łączącym te dwie klasy jest Bazyli Blake, potomek ziemiańskiej rodziny, który zerwał z tradycją, zarówno w sensie form towarzyskich, jak i wykonywanego zajęcia:
„Wielkie zaciekawienie wzbudziła w St. Mary Mead wieść, że jakaś gwiazda filmowa zakupiła »nowy dom pana Bookera«. Z zainteresowaniem oczekiwano pierwszego pojawienia się legendarnej osobistości we wsi. Jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny, Bazyli Blake spełnił te oczekiwania w stu procentach. Ale powoli prawda wyszła na wierzch. Bazyli Blake nie był gwiazdą filmową – nie był nawet aktorem filmowym. Był jednym z najmłodszych spośród piętnastu innych urzędników, odpowiedzialnych za dekoracje w wytwórni Lemville. Młode dziewczęta we wsi przestały się nim interesować, a krytyczne stare panny, rządzące »śmietanką«, gorszyły się jego trybem życia. Tylko właściciel gospody »Pod Niebieskim Niedźwiedziem« był nadal zachwycony Bazylim i jego przyjaciółmi. Albowiem od chwili przybycia Bazylego w te strony dochody gospody wzrosły znacznie”[1].

Nic więc dziwnego, że kiedy po wsi rozchodzi się wieść, iż w bibliotece państwa Bantry znaleziono zwłoki – w dodatku zwłoki dość wyzywająco umalowanej młodej kobiety w stroju wieczorowym – podejrzenie w pierwszym rzędzie pada właśnie na Blake’a, z którym podobną damę widywano. Szybko jednak wyjaśnia się, że Dinah Lee jest cała i zdrowa, zaś denatką jest najprawdopodobniej zaginiona dzień wcześniej Ruby Keene, fordanserka z „Majestica”. Wezwana na okazanie Josie Turner, kuzynka Ruby, rozpoznaje ciało, a przy okazji zdradza, że zmarła była ulubienicą rodziny Jeffersonów, zwłaszcza jej seniora, któremu wydawała się podobna do nieżyjącej córki. Śledztwo, prowadzone przez miejscową policję przy wsparciu przybyłego na prośbę Jeffersona sir Henry’ego Clitheringa oraz ubłaganej przez Dolly Bantry panny Marple dopiero się zaczyna, gdy komplikuje je wieść o znalezieniu kolejnych damskich zwłok – tym razem w spalonym samochodzie innego hotelowego gościa, gapiowatego młodego człowieka, którego widziano tańczącego z Ruby. Ale druga zaginiona z okolicy, szesnastoletnia skautka, w hotelu przecież nie bywała, robiła tylko w miasteczku zakupy! Czy to tylko przypadkowa zbieżność i każda z tych spraw znajdzie odrębne rozwiązanie, czy też jednak, wbrew temu, co z początku jest wiadome, w toku dochodzenia ujawnią się jakieś szczegóły, które je połączą? Rozwiązanie jest z jednej strony proste – przynajmniej na pewne jego elementy można wpaść dość szybko, jeśli się zwraca uwagę na pozornie nieistotne detale – z drugiej jednak na tyle utrudniane przez liczne fałszywe tropy, by nie zdradzić wszystkiego zbyt otwarcie.

A zanim dotrzemy do finału, możemy podelektować się całą masą zabawnych scenek czy opisów, może nie aż tak wybornych, jak wtedy, gdy na teren działań spoglądamy nie tylko z przymrużeniem oka, ale także z perspektywy cudzoziemca-dziwaka, lecz mimo wszystko mających swoje walory.
Króluje wśród nich reakcja miejscowych kumoszek na zdarzenie w bibliotece Bantrych, niestety zajmująca kilka stronic, więc nienadająca się do przytoczenia tu w całości; oto jej najbardziej reprezentatywne fragmenty:
„- Co się stało? - zapytała panna Hartnell. Mówiła głębokim basem i niezmordowanie odwiedzała biednych, którym mimo wszelkich usiłowań nie udało się uchylić od dobroczynności starej panny.
- Trup w bibliotece pułkownika Bantry’ego - trup dziewczyny…
- W bibliotece pułkownika Bantry’ego?
- Tak. Czy to nie straszne?
- Biedna żona! - Panna Hartnell próbowała ukryć swój nieopisany zachwyt.
- Masz rację! Zdaje mi się, że ona nie ma pojęcia o niczym!
Panna Hartnell zauważyła surowo:
- Bo za dużo zajmuje się ogrodem, a za mało mężem. Męża trzeba stale pilnować - bez przerwy.
(…)
Panna Wetherley kiwała znacząco głową.
- W takim razie… pułkownik Bantry także …?
Panna Wetherley znowu skinęła głową.
- Och!
Obie panie rozkoszowały się nowym skandalem.
- Co za niedobra kobieta! - oburzała się panna Hartnell w słusznym gniewie.
- Zupełnie zdeprawowana!
- A pułkownik Bantry… taki spokojny, miły człowiek…
Panna Wetherley tłumaczyła ze znawstwem:
- Te ciche wody są zwykle najgorsze. Jane Marple też tak mówi”[2].

A co jeszcze mówi Jane Marple? Nawet przyjaciółce potrafi wypunktować wady:
„Panna Marple potrząsnęła gwałtownie głową.
- Strasznie mi przykro, Dolly, ale to byłoby najgłupsze posunięcie z mej strony.
- Dlaczego?
- Dlatego, że nie dochowałabyś tajemnicy. Obeszłabyś wszystkich z tą nowiną, a choćbyś tego nie robiła, robiłabyś rozmaite aluzje.
- Nie, .na pewno nie, będę milczała jak grób.
- Kto tak mówi, postępuje zawsze inaczej” [3],
a kwestia bezceremonialnego lekceważenia form przez młodzież niezmiennie ją gorszy:
„Dobrze wychowanej pannie - ciągnęła panna Marple dalej, rozkoszując się najwidoczniej tematem - zależy zawsze na tym, aby być ubraną odpowiednio do każdej sytuacji. To znaczy, choćby nie wiem jaki upał, dobrze ubrana panna nie pójdzie w jedwabnej sukience na randkę” [4].

Ciekawe uwagi na temat ludzkiej natury wtrąca też pojawiający się epizodycznie dr Metcalf:
„- Powiada pan, że Jefferson nie chce słuchać wskazań lekarskich?
- Tak jest. Nie potępiam go z tego powodu. Nie mówię tego oczywiście moim pacjentom, ale, moim zdaniem, człowiek może się z równym powodzeniem zużyć, jak zardzewieć. Wielu moich kolegów zużywa się - i nie powiem, żeby źle robili. W takiej miejscowości jak Danemouth obserwuje się raczej coś wręcz przeciwnego, mianowicie pacjentów czepiających się kurczowo życia w nieustannym strachu przed przemęczeniem, przeciągiem, bakcylami, przed niestrawnym posiłkiem!” [5],
a wglądu w mentalność mężczyzn ze swojej klasy dostarcza pułkownik Bantry:
„- Wcale tego nie chciał - mitygowała go panna Marple. - Uważał to po prostu za - za dowcip. Był wtedy pod wpływem alkoholu.
- Ach tak, był pijany? - wykrzyknął pułkownik z owym zrozumieniem, jakie ma każdy Anglik dla pijackich wyczynów. - No, naturalnie, nie można sądzić chłopca według tego, co robi po pijanemu”[6].

Sam zakulisowy narrator zaś stroi sobie żarty, zestawiając nazwisko inspektora Slacka (slack – leniwy, ślamazarny, powolny) z jego temperamentem:
„Inspektor Slack rzucał się zawsze z rozkoszą w wir zajęć. Pognać samochodem, ofuknąć ludzi, którzy marzyli o tym, aby mu coś ważnego donieść, ograniczyć każdą rozmowę do niezbędnego minimum - oto żywioł inspektora Slacka”[7];
„ - Początkowo Lorrimer wydawał mi się trochę podejrzany - taki powściągliwy, pan rozumie - ale zdaje mi się, że nic się za tym nie kryje.
Melchett przytaknął. Powściągliwości Lorrimera nie przypisywał najmniejszego znaczenia. Nazbyt energiczny inspektor Slack często wywoływał taką powściągliwość u osób przesłuchiwanych” [8].

A gdzie te szczegóły, na które poprzednim razem nie zwróciłam uwagi?
- siostrzeniec panny Jane, co do którego imienia nikt chyba nie ma wątpliwości, że brzmi ono Raymond, w polskim tłumaczeniu został… „Ryszardem” [9], może dlatego, by czytelnicy nie mylili go z Raymondem-fordanserem i trenerem tenisa, jednak moim zdaniem jest to zabieg niedopuszczalny. Pomijam spolszczone brzmienie, bo w roku 1947, gdy ukazywał się pierwszy polski przekład, na którym oparto to wydanie, z reguły tak robiono (i ja sama przez długi czas byłam zwolenniczką spolszczania tych imion, które się da, ale dziś wydaje mi się nienaturalne, gdy obok Ryszarda, Jerzego, Bazylego i Piotrusia mamy Raymonda i Conwaya, obok Jane i Dolly – Józefinę itd.).
- Bazyli w pewnym momencie określa pułkownika Melchetta, szefa miejscowej policji, mianem: „pułkownik Blimp” [10]. Nie jest to przejęzyczenie, bo nazwiska te nie są w żadnym stopniu bliskie fonetycznie, także nie pomylenie z innym funkcjonariuszem, bo nie ma tam żadnego o podobnym nazwisku, a więc co? Sam rzeczownik „blimp” oznacza „balon” (w sensie statku powietrznego), ale poszperawszy w źródłach, można się dowiedzieć, że pułkownik Blimp był bohaterem satyrycznych obrazków ukazujących się w jednym z brytyjskich czasopism od roku 1934 i symbolizował skrajny konserwatyzm ze szczególnym przywiązaniem do imperialnych tradycji militarnych.
- pod hotelem parkowało „osiem minoanów 14. Była to modna, niedroga marka, bardzo wzięta w tym roku” [11]. Nie jestem co prawda fanką motoryzacji, więc jakąś nazwę z jej historii mogłam przeoczyć, ale te popularniejsze zna się przecież z literatury, więc czy możliwe, by jedna z nich nie pojawiła się w żadnych innych utworach literackich z lat tuż przed- i tuż powojennych? A poza tym zabrzmiała mi jakoś nieangielsko. No i miałam rację, autorka tę markę po prostu wymyśliła. A skąd ta dziwna nazwa? Para emerytowanych brytyjskich lekarzy, prowadzących blog „Poirot Score” poświęcony powieściom Agathy Christie, sądzi, że powstała ona ze skojarzenia nawiązania do badań kultury minojskiej (ang. Minoan) – prowadzonych przez Arthura Evansa, naukowca z tej samej szkoły, z której wyszedł Max Mallowan, drugi mąż pisarki – i rzeczywiście istniejącej marki morris, której wariant „14” (od liczby koni mechanicznych) popularny był tuż przed wojną.

Tak więc powtórna lektura „Nocy w bibliotece” nie okazała się stratą czasu!

[1] Agatha Christie, „Noc w bibliotece”, przeł. Edyta Sicińska-Gałuszkowa, wyd. Phantom Press International, 1993, s. 29.
[2] Tamże, s. 48-50.
[3] Tamże, s. 183.
[4] Tamże, s. 173.
[5] Tamże, s. 165-166.
[6] Tamże, s. 216.
[7] Tamże, s. 37.
[8] Tamże, s. 34
[9] Tamże, s. 11 i 225.
[10] Tamże, s. 31.
[11] Tamże, s. 91.

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 220
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: