Dodany: 15.05.2024 13:51|Autor: pawelw

Książki i okolice> Konkursy biblionetkowe

DIAMENTY, SZAFIRY, RUBINY I SZMARAGDY czyli KLEJNOTY W LITERATURZE - konkurs nr 278


Przedstawiam konkurs numer 278, który przygotowała i poprowadzi carly.


Diamenty, szafiry, rubiny i szmaragdy czyli klejnoty w literaturze

Witajcie w konkursie majowym. :)

Zasady udziału w zabawie pozostają niezmienne: należy rozpoznać 27 tytułów i ich autora, za odgadnięcie każdego zdobywa się po 1 punkcie, a w sumie do uzbierania są 54 punkty. W przypadku krótszych form konieczne jest podanie konkretnego tytułu, nie samego zbioru. Zabawa trwa do 29 maja 2024r. do godziny 23.59. Odpowiedzi proszę przesyłać za pomocą prywatnych wiadomości. Jeżeli ktoś nie życzy sobie informacji, z którym z klejnotów bądź rodziców spotkał się w przeszłości proszę o informację w wiadomości.
Ucieszy mnie bardzo wasza aktywność na forum. :)
Wszystkie konkursowe dusiołki znajdziecie w moich ocenach.

Bawcie się dobrze!


Klejnoty od zawsze były przedmiotem zachwytu,

1.
Ojciec X, którego wówczas nazywano z szacunkiem panem X, pozwalał się okpiwać z jakąś niedbałą wspaniałością, co sprawiło może, iż zaczęto go uważać za głupca nie znającego się na niczym. X posiadał piękną garderobę, przybył bowiem ze wspaniałą wyprawą kupca, który porzucając interesy niczego sobie nie odmawia. Pani V. podziwiała osiemnaście koszul z płótna holenderskiego, których cienkość tym bardziej wpadała w oko, że fabrykant makaronu wpinał do żabotu dwie duże szpilki brylantowe, połączone z sobą złotym łańcuszkiem. Nosił zwykle garnitur szafirowy koloru bławatka, ale co dzień brał świeżą kamizelkę z piki, pod którą wznosił się i opadał wydatny żołądek kształtu gruszkowatego, ozdobiony ciężkim łańcuchem z brelokami. Tabakierkę złotą zdobił medalion napełniony włosami, co naprowadzało na myśl, że właściciel musiał być szczęśliwym w miłości. Gospodyni nazywała go bałamutem, a on się uśmiechał wesołym uśmiechem mieszczanina, którego zręcznie po sercu pogłaskano. Wszystkie szafy (a nazywał je ormoires na wzór prostego ludu) zostały zapełnione rozlicznym sprzętem srebrnym. Iskrzyły się oczy wdowy, gdy z wielką usłużnością pomagała mu rozkładać na półkach łyżki wazowe i stołowe, nakrycie srebrne, nalewki do oliwy i sosów, kilka półmisków, złocony serwis do śniadania i wiele innych przedmiotów, z którymi X nie chciał się rozstać, a wszystko to było mniej lub więcej piękne, każda sztuka ważyła pewną liczbę grzywien. Były to podarunki, które mu przypominały różne uroczyste chwile życia domowego. „Patrz pani — mówił chowając półmisek i filiżankę z pokrywką, na której znajdowała się para gołąbków złączonych z sobą dzióbkami — oto jest pierwszy podarunek, którym dostał od żony w rocznicę naszego ślubu. Poczciwe biedactwo! Poświęciła na to wszystkie pieniądze zaoszczędzone z czasów panieńskich. Wiesz pani co? Wolałbym kopać ziemię paznokciami, niżeli z tym oto się rozstać. Z łaski Boga mogę do końca życia pić co rano kawę z tej filiżanki. Nie jestem biedakiem godnym litości, jeszcze mi na długo chleba wystarczy.”


2.
Niedługo potem zdarzyła się rzecz, budząca powszechne podniecenie. Nie tylko X, ale i cała szkoła uznała ją za nader ciekawą i uczyniła z niej główny temat rozmowy na parę tygodni. Oto w jednym ze swych listów kapitan Y opowiedział niebywale interesującą historię. Jeden z jego przyjaciół, który kolegował z nim jeszcze w ławie szkolnej, przybył niespodziewanie do Indii, aby go odwiedzić. Był on właścicielem znacznego obszaru ziemskiego, na którym znajdowano diamenty, i właśnie przystąpił do organizowania kopalni. O ile by spełniły się wszystkie jego przewidywania, mógł w krótkim czasie dojść do tak ogromnego majątku, że na samą myśl o nim już człowiekowi mąciło się w głowie. Ponieważ zaś żywił dla swego druha z lat chłopięcych uczucie gorącej przyjaźni, więc dawał mu sposobność do udziału w tych olbrzymich skarbach, czyniąc go powiernikiem i wspólnikiem swego przedsięwzięcia. Tyle przynajmniej X zdołała wyrozumować z listu swojego ojca. Gdyby szło o jakieś inne przedsiębiorstwo, choćby najbardziej zyskowne, na pewno i ona sama, i jej towarzyszki nie zainteresowałyby się zbytnio tą wiadomością; jednak wyrażenie kopalnie diamentów do tego stopnia przypominało opowiadania z Tysiąca i jednej nocy, że nikt nie mógł pozostać obojętnym. X była nim wprost oczarowana. Poczęła rozsnuwać przed L. i E. obrazy krętych korytarzy w głębi ziemi, gdzie błyszczące kamienie zdobiły zarówno ściany, jak i strop i podłogę, skąd wyrąbywali je czarni, dzicy ludzie ciężkimi żelaznymi kilofami. E. była zachwycona tą opowieścią, a L. co wieczór nalegała, żeby powtarzać jej wszystko od początku do końca. Jedynie L. wzruszała ramionami i zwierzała się J., że nie wierzy w istnienie kopalni diamentów.


3.
Daj waść spokój! — rzekł ksiądz K., zwracając się do pana P. — Nie o tego kawalera tu chodzi.
— Jedno tylko jeszcze pytanie — rzekł pan miecznik sieradzki.
I zwróciwszy się do X, spytał:
— Waćpan nie spodziewałeś się, abyśmy nie uwierzyli jego wieściom?
— Jak Bóg na niebie! — odparł pan X.
— Jakiej żeś nagrody za nie wyglądał?
Pan X, zamiast odpowiedzieć, zanurzył gorączkowo obie ręce w mały sak skórzany, który zwieszony miał na brzuchu przy pasie, i wydobywszy je, sypnął na stół dwie garście pereł, szmaragdów, turkusów i innych drogich kamieni.
— Ot co!… — rzekł przerywanym głosem. — Nie po pieniądze ja tu przyszedł!… Nie po wasze nagrody!… To perły i inne kamuszki… Wszystko zdobyczne… z bojarskich kołpaków zerwane!… Macie mnie!… Zali nagrody potrzebuję?… Chciałem to Najświętszej Pannie ofiarować… ale dopiero po spowiedzi… z czystym sercem!… Oto są… Tak nagrody potrzebuję… Mam i więcej… Bodaj was!…
Umilkli wszyscy, zdziwieni, i widok klejnotów, tak łatwo jak kasza z worka wysypywanych, niemałe uczynił wrażenie; każdy bowiem mimo woli pytał się siebie: co by za przyczynę mógł mieć ten człowiek zmyślać, jeśli nie o nagrodę mu chodziło?
Pan P.Cz. stropił się, bo taka jest natura ludzka, że ją widok cudzej potęgi i bogactw olśniewa. Wreszcie i podejrzenia jego upadły, bo jakże przypuścić, żeby ów wielki pan, klejnotami sypiący, dla zysku chciał mnichów straszyć?
Spoglądali tedy po sobie obecni, a on stał nad klejnotami z podniesioną głową, podobną do głowy rozdrażnionego orlika, z ogniem w źrenicach i rumieńcem na twarzy. Świeża rana, idąca przez skroń i policzek, zsiniała, i straszny był pan B. z, grożąc drapieżnym wzrokiem C., ku któremu szczególnie zwrócił się gniew jego.

— Przez sam gniew waszmości prawda przebija — rzekł ksiądz K. — ale te klejnoty schowaj, bo nie może Najświętsza Panna przyjąć tego, co w gniewie, choćby i słusznym, ofiarowane. Zresztą, jakom rzekł, nie o ciebie tu chodzi, ale o wiadomości, które strachem i zgrozą nas przejęły. Bóg raczy wiedzieć, czy nie masz w tym jakowegoś nieporozumienia albo pomyłki, bo jakeś sam waszmość widział, nie składa się to z prawdą, co mówisz. Jakże to nam więc pobożnych wypędzać, czci Najświętszej Pannie ujmować i bramy dzień i noc trzymać zamknięte?
— Bramy trzymajcie zamknięte! przez miłosierdzie boże! bramy trzymajcie zamknięte!… — krzyknął pan X, łamiąc ręce, aż palce zatrzeszczały mu w stawach.


4.
Oblubienica za to miała piękność po trosze cygańską, tę piękność chmurną i namiętną, co to i odpycha, i przyciąga. Pod strzechą włosów, czarnych aż do granatowego połysku, pod brwiami jakby węglem nakreślonymi tkwiły oczy szeroko rozwarte, zwykle nieme i tylko jakby zadziwione; ale przy każdym wzruszeniu krzyżowały się w nich błyskawice. Lica śniade rzadko kwitły rumieńcem; tylko wieczna czerwoność ust nieco grubych odkrawała się od nich jaskrawo, jakby rozcięty granat. A ta burzliwość wejrzenia, ta ciemność włosa i cery odbijały dzisiaj tym silniej, że według obyczaju polskiego panna młoda od stóp do głów była w bieli. Suknię miała ze srebrnej lamy przepinaną mnóstwem pontałów, czyli węzłów perłowych; u szyi kołnierz z mięsistych weneckich koronek i takież velum aż do ziemi; na welonie kręcił się złoty łubek opleciony w mirt i rozmaryn. Tuż za brożkiem jechał inny wózek, otwarty i długi jakby wasąg, już nie złoty, ale wzorzysto malowany, pełen świergotu i chichotu, istny kosz kwiecia, bo tam na ławeczkach, rząd za rzędem, usadowione były druhny w jasno barwnych jubkach i letniczkach , z pękami kwiatów u głowy i piersi, z ciekawymi oczami, które strzelały to ku pannie młodej, to ku drużbom. Drużbowie harcowali konno po dwóch stronach brożka i panieńskiego kosza, wszyscy tacy śliczni a strojni, że aż się w oczach ćmiło; to rzucili piękne słówko której z druhen, to w mądrych zwrotach toczyli rumelijskimi wierzchowcami, na których srebrne siatki, kule i napierśniki pochrzęstywały szkliście; czasem na wiwat z guldynek dawali ognia. Za wózkiem panieńskim toczyły się jeszcze kolebki o półokrągłych budach i rydwany o podwiniętych oponach, spoza których można było dojrzeć migocące od brylantów i szmaragdów spinki, krzyże, alszbanty, przy tym fale złotych i srebrnych forbotów, przy tym tęgie brokadie i miękkie dywtyki, bo tam długim szeregiem jechały starsze i młodsze niewiasty, a z nimi najpoważniejsze męskie głowy: pan wojewoda, bliski krewny starościny, dwóch kasztelanów, podkomorzy, miejscowy proboszcz i różni inni duchowni sproszeni na tę uroczystość. Wkoło kolasek jechało jeszcze konno mnóstwo mężczyzn, za nimi tłum widzów zwijał się powoli z dwóch brzegów gościńca i coraz to nowe ogniwa dowiązywał do weselnego łańcucha.


5.
— Niedawno pięknemu pałacowi groziło wielkie niebezpieczeństwo, a może nawet całkowite zniszczenie. Przechodził tędy olbrzymi Łasuch; on to właśnie odgryzł dach z tamtej wieży i zabierał się już do wielkiej kopuły, ale mieszkańcy miasta dali okup w postaci całej dzielnicy i pokaźnej części Gaju Konfiturowego. Olbrzym zadowolił się tym i poszedł sobie dalej. W tej chwili rozległy się dźwięki kołyszącej i melodyjnej muzyki, brama pałacu otworzyła się i ukazało się w niej dwunastu małych pazików niosących w rękach pochodnie z płonących korzonków. Głowy mieli z perełek, ciało z rubinów i szmaragdów, a nogi ślicznie odrobione z najczystszego złota. Za nimi postępowały cztery damy, prawie tak duże, jak E. K., ale tak niezwykle i cudownie przystrojone, że K. natychmiast poznała w nich księżniczki. Damy uściskały serdecznie X wołając z radosnym wzruszeniem:
— O, mój książę, mój najdroższy książę! O, mój bracie!
X był również bardzo wzruszony; otarł łzy, które gęsto spływały mu z oczu, potem schwycił K. za rękę i zawołał uroczyście:
— Oto jest panna K., córka szanownego radcy i moja wybawicielka! Gdyby nie rzuciła pantofelka we właściwym czasie, gdyby mi nie dostarczyła pałasza emerytowanego oficera, leżałbym teraz w mogile, zagryziony przez przeklętego Y. Czyż P., chociaż jest urodzoną księżniczką, może się równać z panną K. pod względem urody, dobroci i cnoty? O, nie, powtarzam, o, nie!
— Nie! — zawołały wszystkie damy i rzuciły się K. na szyję, wołając przez łzy wzruszenia: — O, szlachetna wybawicielko naszego ukochanego brata, najdroższa panno K.!


6.
Wiadomość, że R. B. będzie królową zabawy, rozeszła się w parę godzin poza granice moczarów, dotarła do odległych terytoriów, gdzie nie znano niezmiernego prestiżu jej urody, i wzbudziła niepokój tych, którzy jeszcze uważali jej nazwisko za symbol dywersji. Był to niepokój bezpodstawny. Jeśli istniał ktoś nieszkodliwy w tym czasie, to z pewnością postarzały i rozczarowany pułkownik A. B., który stopniowo zatracał wszelki kontakt z życiem narodu. Żył zamknięty w swoim warsztacie i jedyną jego więzią z resztą świata była produkcja złotych rybek. Jeden z dawnych żołnierzy, którzy strzegli jego domu w pierwsze dni pokoju, sprzedawał je w miasteczkach na moczarach i wracał obładowany pieniędzmi i wiadomościami, że rząd konserwatystów popierany przez liberałów reformuje kalendarz, tak by każdy prezydent sprawował władzę przez sto lat; że w końcu podpisano konkordat ze Stolicą Apostolską i że przyjechał z Rzymu kardynał w koronie z diamentów zasiadający na tronie z czystego złota, i że ministrowie liberalni kazali fotografować się na klęczkach w chwili całowania jego pierścienia; że główna chórzystka hiszpańskiego zespołu podczas występów w stolicy została porwana ze swojej garderoby przez grupę ludzi w maskach a następnej niedzieli tańczyła nago w letniej rezydencji prezydenta republiki. „Nie mów mi o polityce – przerwał mu pułkownik. – Nasza sprawa to sprzedaż rybek". Powszechnie panująca opinia, że dawny bohater nie chce nic wiedzieć o sytuacji w ferafu, ponieważ zrobił majątek na złotych rybkach, wywoła śmiech U., kiedy doszła do jej uszu. Ze swym straszliwym zmysłem praktycznym nie mogła znaleźć sensu w pracy pułkownika, który zamieniał złote rybki na złote monety, z których wyrabiał złote rybki, i tak w kółko, tak że im więcej sprzedawał, tym więcej musiał pracować, żeby nadążyć za rozpędzonym błędnym kołem.


7.
X usiadła przy toaletce i zaatakowała skórę nożem do papieru, szybko ją ściągając. Wnętrze otoczone było cienką warstwą drewna. Nie wyglądało solidnie. Wzdłuż całego uchwytu widać było spoinę. X zaczęła dłubać nożem. Ostrze złamało się. Nożyczki do paznokci nadały się lepiej. Wreszcie udało się jej rozdzielić obie części. Ukazała się pstra, czerwono– niebieska substancja. Dziewczynka zbadała ją i doznała olśnienia: plastelina! Ale przecież uchwyty rakiety tenisowej normalnie nie zawierają plasteliny? Chwyciła mocno nożyczki i zaczęła odłupywać kolorową masę. Coś w niej tkwiło. Coś jakby guziki lub kamyczki. Energicznie zabrała się do plasteliny. Mały przedmiot wypadł na stół. Potem jeszcze jeden. Niebawem zebrała się cała kupka. X wyprostowała się i złapała oddech. Patrzyła i patrzyła… Płynny ogień, czerwony, zielony, szafirowy i oślepiająco biały. W tym momencie X dojrzała. Nie była już dzieckiem, stała się kobietą. Kobietą patrzącą na klejnoty… Strzępy dziwnych myśli przemknęły jej prze głowę. Grota Aladyna… Małgorzata i szkatułka klejnotów… ( W zeszłym tygodniu była w Covent Garden na Faubele)… Kamienie przynoszące nieszczęście… diament Hope’a … Romans… ona sama w czarnej aksamitnej sukni z lśniącym naszyjnikiem na szyi. Siedziała napawając się widokiem i marząc…


8.
A. usiadła na krześle ustawionym pośrodku pomieszczenia i oparła dłonie o materiałowe podłokietniki. Patrzyła w osłupieniu na ściany. Mnie za to interesowały bardziej gabloty. Część była zamknięta szklanymi drzwiczkami, ale część nie. Usiadłem obok korony wysadzanej kamieniami szlachetnymi. To chyba o niej mówiła świętej pamięci C. Podobało mi się tutaj. Powinniśmy mieć z A. własny skarbiec. Moje srebrne futerko wygląda bardzo dostojnie na tle kamieni szlachetnych.
– L… to jest jak muzeum.
Skarbiec, kochana, skarbiec. Może przymierzysz koronę? Tobie będzie w niej na pewno dużo ładniej niż C.
– W co myśmy się wplątali?– jęknęła i ukryła twarz w dłoniach.
Zwabiony światłem E. wszedł do środka. Otworzył szeroko usta. Zaczął biegać od gabloty do gabloty. Ja także uważnie przyjrzałem się świecidełkom, które leżały na aksamicie. Pacnąłem łapką rubinową kulkę wielkości przepiórczego jajka. Stoczyła się na ziemię. Piłeczka!


choć budzą i mniej pozytywne emocje.

9.
Fatehpur jest spowite poczuciem winy, wywołanym historią sprzed wielu lat. Pewnego lata stary nabab wydał więcej niż zwykle i zabrakło mu funduszy na zakup nieoszlifowanego rubinu, który pokazał mu pewien radżpucki jubiler. Kamień skupiał światło tak, jak nabab sobie wymarzył. Z przyczyn politycznych pożyczkę trzeba było wziąć w tajemnicy. Nabab zwrócił się o nią do obcego hinduskiego bankiera z kasty czaranów. Warunki pożyczki były bardzo korzystne. Rubin zmienił właściciela i został czym prędzej umieszczony pośród innych kamieni zdobiących turban władcy. Obecny nabab nadal przywdziewa go na oficjalne okazje. Ten rubin symbolizuje skrywany wstyd. Wstyd, ponieważ byli też inni wierzyciele, wielu innych wierzycieli, a czaran mieszkał w dalekim Mewarze. Wstyd, ponieważ stary nabab zadłużył się ponad miarę i nie wywiązał z płatności, święcie przekonany, że nie ma w tym nic złego. Wstyd, ponieważ czaran hołdował starej rygorystycznej tradycji własnej kasty i na wieść, że nie zostanie spłacony, przygotował truciznę i popełnił rytualne samobójstwo. Na łożu śmierci zdążył jeszcze złapać syna za kołnierz, przyciągnąć ku sobie i słabnącym głosem przekląć rodzinę, która sprowadziła hańbę na jego dom.


10.
Para błyszczących czarnych oczu wpatrywała się z nienawiścią w klejnoty, które niejako w odpowiedzi świeciły podobnie zimnym blaskiem. By wśród nich złoty łańcuch ozdobiony ciemnym lazurytem; srebrna brosza, idealnie owalna, wysadzana diamentami wielkości grochu; bransoleta – w komplecie z łańcuchem – z zapięciem przemyślnie ukrytym pod rubinem przytwierdzonym do srebrnego ornamentu, a także para kolczyków. Pochodzenie klejnotów nie budziło najmniejszej wątpliwości. Na każdej ściance pieczołowicie inkrustowanego lazurytu, pomiędzy diamentami i nad rubinem, jawił się ów znienawidzony i bałwochwalczy znak, wyglądający jak Z lub N, biegnący zygzakiem i równie pokrętny jak człowiek, którego symbolizował. Tak się to wszystko zaczęło. Nie było łatwo podążać za nimi krok w krok – wszyscy Frankowie to szczwane lisy, ale najgorszy był sam Napoleon. Jak to możliwe, że ci Francuzi wywierali presję na cały świat? Wolność, równość i tak dalej. Trójkolorowa flaga. Było coś jeszcze. Nieważne co, bo to i tak same kłamstwa.


11.
P. weszła niechętnie i chwyciła szczotkę. Dostrzegła w lustrze wzrok siostry utkwiony twardo w jej rękach. Nie wykonała nawet trzech pociągnięć, gdy R. chwyciła prawą dłonią lewą dłoń siostry i zerwała się z krzesła.
– Czyj to pierścionek?– zakrzyknęła z furią ciągnąc ją do światła.
Na palcu dziewczyny połyskiwał mały złoty pierścionek ozdobiony maleńkim szafirem. P. poczuła, że nie musi juch dochowywać tajemnicy , musi natomiast zachować zimną krew wobec oświadczenia, jakie miało nastąpić.
– Mój – rzuciła dumnie.
– Kto ci go dał? – krzyknęła siostra.
P. zawahał a się chwilę.
– Pan L.
– Pan L. zrobił się nagle bardzo hojny.
– Ach nie – zawołała P. z pasją – wcale nie nagle. Ofiarował mi go miesiąc temu.
– I miesiąc zajęło mu przekonanie cię, żebyś go wzięła? – zadrwiła R., popatrując na świecidełko, które istotnie nie było zbyt eleganckie, ale i tak stanowiło szczyt kunsztu miejscowego jubilera. Mnie zajęłoby to co najmniej dwa.
– Nie chodzi o pierścionek – odparła P. – lecz o to, co oznacza!
– Oznacza, że zbywa ci na skromności! – wykrzyknęła R. – Czy twoja matka wie o tej intrydze? A B.?
– Moja matka pochwala tę „intrygę”, jak ją nazywasz. Pan L. poprosił o moją rękę, a mama mu ją dała. Czy powinien występować o zgodę również do ciebie najdroższa siostro?


Uznawane są za doskonały prezent,

12.
«O! przypłynę ja kiedyś we wspomnień łańcuchu,
Zatrzymam się… wspomnienia krokiem się nie ruszą…
Aż powiesz: »Natrętny duchu!
Ciężysz na duszy mojej twoją cichą duszą
Jak księżyc, mórz oczyma podnoszący ciemnie.
Jesteś wszędzie, koło mnie, nade mną i we mnie…«
Luba, jam koło ciebie i z tobą i w tobie…
Nie przychodzę wyrzucać ani przypominać,
Ani śmiem błogosławić, ani chcę przeklinać;
Przyśniło mi się tylko kilka pytań w grobie…
Słuchaj, niegdyś ze szczęściem brałaś zaręczyny,
Pokaż mi ów pierścień złoty;
Ha! szczerniał? szczerniał pierścień? — to nie z mojej winy!
Dlaczego na twarz włosów rozpuszczasz uploty?… Łzy
Spostrzegłem we włosów chmurze…
Bladość twarzy i coś błyska!…
Może to blask w pereł sznurze?
Może światło brylanta? albo kornaliny?
Może rozgrane słońcem topazu ogniska?
Może to łzy? — ty płaczesz? — to nie z mojej winy!…
Mój aniele! mój aniele! Kwiaty
Kwiat ci niegdyś wieńczył głowę,
A było kwiatów tak wiele,
Że nim zwiędły, brałaś nowe.
Dlaczegóż dzisiaj w stroju zmianę widzę jawną?
Wszak kwiaty przeżyć burze musiały i spieki;
Prócz jednej bladej róży, która dawno! dawno!
Nie pomnę, z jakiej przyczyny,
Zwiędła na wieki…
Jeśli tak wszystkie zwiędły? — to nie z mojej winy!…»


13.
Tańczyła ubrana w naszyjnik z górskich kryształów. Właściwie tylko w nie. Nie miała wielkiego talentu, jak sądzę, ale była bardzo… atrakcyjna. Zauroczyła jakiegoś azjatyckiego księcia. Podarował jej, oprócz innych prezentów, wspaniały naszyjnik ze szmaragdów.
– Klejnoty koronne? – spytała podekscytowana B.
Inspektor C. rozkaszlał się,
– Raczej ich bardziej współczesną wersję, szanowna pani. Sam związek nie trwał długo. Zerwali, kiedy uwagę naszego milionera zwróciła filmowa gwiazda o nie tak skromnych żądaniach. Z. (tak brzmiał jej pseudonim sceniczny) zatrzymała naszyjnik, które wkrótce skradziono. Zniknął z jej garderoby. Władze podejrzewały, że mogła sama upozorować kradzież. Robiono takie rzeczy dla reklamy albo z mniej uczciwych powodów. Nigdy go nie odnaleziono. W toku śledztwa uwagę policji przyciągnął W.S.J. Pochodził z dobrej rodziny, był wykształcony, ale staczał się coraz niżej i wreszcie zatrudnił się w dość podejrzanej firmie jubilerskiej. Podobno przechodziły przez nią skradzione klejnoty. Mamy dowody, że naszyjnik znalazł się w jego rękach. Jednakże przed sąd trafił w związku z inną kradzieżą. Udowodniono mu winę i skazano na więzienie. Kończył już odsiadywać wyrok, więc jego ucieczka była sporym zaskoczeniem.


14.
Migotały, niczym odpryski światła gwiazd na czarnym aksamicie nieba.
– Ten – powiedział kupiec. Przepiękny kamień. Proszę zwrócić uwagę na blask, ma wyjątkowy…
JAK BARDZO JEST PRZYJAZNY?
Kupiec zawahał się. Znał się na karatach, twardości, połysku, wiedział co to „ogień”, „woda” i „szlif”. Ale nigdy dotąd nie kazano mu oceniać kamieni pod względem charakteru.
– Dobrze usposobiony? – zaryzykował.
NIE.
Palce kupca pochwyciły kolejny odprysk zamrożonego światła.
– Ten natomiast… – do jego głosu powróciła pewność – … pochodzi ze słynnej kopalni S. Pozwoli pan, że zwrócę jego uwagę na te cudowne…
Poczuł, że przenikliwy wzrok przewierca mu czaszkę.
– Chociaż nie jest, muszą przyznać, znany ze swej przyjaznej postawy.
Klient w czerni rozejrzał się z dezaprobatą. W półmroku, za trolloodpornymi kratami, klejnoty lśniły jak oczy smoków w głębi jaskiń.
CZY KTÓRYKOLWIEK Z NICH JEST PRZYJAZNY?
– Szanowny panie, mogę chyba powiedzieć, nie obawiając się zaprzeczenia, że nigdy nie opieraliśmy naszej polityki zakupów na charakterze i usposobieniu kamieni – przyznał kupiec.
Czuł się nieswojo. Wyczuwał, że coś nie jest w porządku, a gdzieś w najdalszym zakątku umysłu wiedział, co to takiego, jednak mózg w jakiś nie zwykły sposób nie dopuszczał do ostatecznych wniosków. I to go irytowało.
GDZIE SIĘ ZNAJDUJE NAJWIĘKSZY DIAMENT NA ŚWIECIE?
– Największy? Prosta sprawa, To Łza Offlera, a znajduje się w wewnętrznym sanktuarium Zagubionej Złotej Świątyni Przeznaczenia Offlera, Boga Krokodyla, w najciemniejszym H. Waży osiemset pięćdziesiąt karatów. I uprzedzając pańskie pytanie, tak, osobiście poszedłbym z nim do łóżka.


15.
Słowem, powodzenie śpiewaka było nieporównane.
Miał odtąd zostać na cesarskim dworze i zamieszkać w pałacu, w klatce złoconej, z której wolno mu było wylatywać na przechadzkę dwa razy dziennie i raz każdej nocy. Do posługi dano mu dwunastu lokai, a każdy do nóżki ptaka przywiązywał jedwabny sznurek, aby mu lepiej było latać.
W całym mieście nie rozmawiano o niczym, tylko o cudownym ptaku, i jeśli dwie osoby spotkały się na ulicy, to zamiast powitania, jedna z nich natychmiast wymawiała „sło” — druga kończyła „wik”. Dwunastu kupców imieniem słowika nazwało dzieci swoje, choć z tych „Słowików” żaden nie miał w gardle struny słowiczej.
Dnia pewnego cesarz otrzymał pakiecik z napisem: „Słowik”.
— Pewno nowe dzieło o naszym śpiewaku — rzekł zadowolony.
Lecz w pakiecie nie było książki, tylko słowik sztuczny, zrobiony bardzo dziwnie i misternie, a cały osypany brylantami, rubinami i szafirami.
Gdy nakręcono tę maszynkę, sztuczny słowik zaśpiewał zaraz pieśń długą i uczoną. Przy tym bardzo wspaniale poruszył ogonem, który się mienił blaskiem kosztownych kamieni. Na szyi miał jedwabną wstążeczkę z napisem: „Czymże jest słowik Dalajlamy w porównaniu ze słowikiem cesarza chińskiego!”
— Cudowny! Wspaniały! — wołali dworacy i ten, kto doręczył pakiet cesarzowi, otrzymał zaraz tytuł „Nadwornego Obersłowicznika jego cesarskiej mości”.
— A teraz niechaj razem zaśpiewają — rozkazał cesarz — będzie wspaniały duet.
Nakręcono sztucznego ptaka i miały śpiewać razem, lecz duet się nie udał, gdyż słowik sztuczny śpiewał podług przepisanej miary, a leśny śpiewak z serca i natchnienia.


16.
Pojechaliśmy; jak tam u nich zabawnie; przedstawiam się: obywatel ziemski, wdowiec, znanego rodu, z takimi a takimi koligacjami z kapitałem; cóż z tego, że mam lat pięćdziesiąt a ona szesnaście? Kto to na to patrzy? A przecie to rzecz ponętna ha, ha, ha! Trzeba było widzieć, jakem rozmawiał z papą i mamą! Warto była zapłacić, żeby mi się tylko wtedy przypatrzeć! Ona wychodzi, dyga, możesz pan sobie wyobrazić, jeszcze w krótkiej sukience, pączek nierozwinięty; rumieni się, płonie, jak jutrzenka (naturalnie, powiedziano jej o co idzie). Nie wiem, jakiego pan jesteś zdania o kobietach, co do mnie jednak, ta nieśmiałość i łezki wstydu, moim zdaniem, to lepsze od piękności, a ona przy tym jest piękna, jak obrazek. Jasne włoski, wijące się jak baranek, usteczka pełne, różowe, nóżki prześliczne!... Otóż: poznaliśmy się, ja oznajmiłem im, że sprawy domowe wzywają mnie do odjazdu i nazajutrz, to jest w trzy dni po poznaniu, pobłogosławiono nas. Odtąd, jak przyjadę, biorę ją na kolana i tak ją trzymam przez całą wizytę... ona płonie co chwila, a ja ją ciągle całuję; mamunia zapewnia ją, że to przecie twój mąż, że więc tak potrzeba, no, słowem, malina. I to stanowisko obecne, narzeczonego, może nawet i lepsze jak stanowisko męża. Tu co się zowie, la nature et la vérité. Ha! ha! Rozmawiałem z nią ze dwa razy, wcale nie głupia; niekiedy tak ukradkiem spojrzy, że aż mrowie człowieka przejdzie. A wiesz pan, twarzyczkę ma jak Madonna Rafaela. Wszak Madonna Sykstyńska ma twarz fantazyjną, twarz wieszczki zbolałej, czy się to panu nie rzuciło w oczy? No, a tu zupełnie co innego. Zaledwie nas pobłogosławiono, zaraz nazajutrz zawiozłem za półtora tysiąca rubli: diadem brylantowy, drugi z pereł i srebrną damską szkatułkę toaletową, o, takiej wielkości, z rozmaitymi dodatkami, tak, że aż twarzyczka Madonny cała stanęła w pąsach. Wczoraj wziąłem ją na kolana, ale snadź już zanadto bez ceremonii, bo zaczerwieniła się, łezki pociekły, ale wydać się nie chce, choć ją ogień męczy. Wszyscy wyszli na chwilę, zostaliśmy sam na sam, rzuca mi się nagle na szyję (sama pierwszy raz), obejmuje mnie obiema rączkami, całuje i zapewnia, że będzie posłuszną, wierną i dobrą żoną, że zrobi mnie szczęśliwym, że całe swoje życie, każdą chwilę swego życia poświęci na to, ażeby tylko pozyskać mój szacunek i, „nic jej więcej nie trzeba, żadnych prezentów!“ .

i są przedmiotami przestępstw takich jak kradzież


17.
Zamknęła na klucz drzwi do swojego przedziału, wyjęła irchową torebkę i otworzyła ją. Kaskada drogich kamieni, błyszczących wszystkimi kolorami tęczy, spłynęła na jej dłoń. Były tam ogromne diamentowe pierścienie, szpilka do włosów ze szmaragdem, bransoletka z szafirów, trzy pary kolczyków i dwa naszyjniki: rubinowy i perłowy. „Te wszystkie klejnoty muszą być warte ponad milion dolarów”– oceniła T. Podczas gdy pociąg toczył się wśród malowniczych, wiejskich okolic, przechyliła się w fotelu i jeszcze raz przeżyła wydarzenia tego wieczoru. Wynajęcie samochodu… jazda do Sea Cliff… zupełna cisza i samotność… wyłączenie alarmu i wejście do domu… otwieranie sejfu… wstrząs, jakiego doznała, gdy nagle włączył się alarm i gdy pojawili się policjanci. Nie przyszło im do głowy, że ta kobieta z maseczką na twarzy i w siateczce na głowie była właśnie włamywaczką, którą chcieli ująć. Teraz, siedząc w swoim przedziale, w pociągu zdążającym do St. Louis, miała prawo odczuwać satysfakcję. Cieszył ją fakt, że przechytrzyła policję. W tym balansowaniu na krawędzi ryzyka było coś upojnie radosnego. Odnalazła w sobie odwagę, spryt, poczuła, że jest niezwyciężona. Czuła się wspaniale. Usłyszała pukanie do drzwi przedziału. Pospiesznie schowała klejnoty do irchowej torby i włożyła ją do walizki. Wyjęła bilet kolejowy i otworzyła drzwi spodziewając się konduktora. W korytarzu stali dwaj ubrani na szaro mężczyźni.


18.
— Dobrze. A., A. i ja wnieśliśmy zabitego do fortu. Ciężki był strasznie, choć taki niski. M. S. został na straży przy bramie. Zanieśliśmy zwłoki na miejsce przygotowane przez Sikhów w wielkiej, pustej hali, gdzie ściany kruszyły się i rysowały. Podłoga zapadła się tam w jednym kącie, tworząc naturalny grób. Złożyliśmy w nim ciało A., zasypaliśmy cegłami i zajęliśmy się skarbem.
Leżał tam, gdzie go A. porzucił w chwili napaści. W tej oto szkatułce, która stoi na stole. Klucz na jedwabnym sznurku wisiał u tej rzeźbionej rączki na wieku. Otworzyliśmy szkatułkę i w świetle latarni ukazała się nam kolekcja klejnotów, o jakich czytałem w bajkach i marzyłem jako mały chłopiec. Ich blask oślepiał. Gdy nasyciliśmy nimi oczy, wydobyliśmy i spisaliśmy wszystko. Były tam czterdzieści trzy brylanty pierwszej wody, wśród nich, zdaje mi się, słynny Wielki Mogoł, uważany za drugi na świecie pod względem wielkości. Dalej dziewięćdziesiąt siedem pięknych szmaragdów, sto siedemdziesiąt rubinów, niektóre bardzo małe; ponadto czterdzieści karbunkułów, dwieście dziesięć szafirów, sześćdziesiąt jeden agatów oraz beryle, onyksy, kocie oczka, turkusy i inne, których nazw wówczas nawet nie znałem. Prócz tego było trzysta pięknych pereł, z nich dwanaście oprawnych. Te ostatnie zostały później wyjęte ze szkatułki, nie znalazłem ich już bowiem, gdy odzyskałem skarb. Obliczywszy to wszystko, włożyliśmy zawartość na powrót do szkatułki i zanieśliśmy pokazać Singhowi. Po czym ponowiliśmy uroczystą przysięgę, że zostaniemy sobie wzajemnie wierni i dochowamy tajemnicy. Zdobycz postanowiliśmy ukryć w bezpiecznym miejscu do czasu ogólnego uspokojenia kraju, a następnie podzielić ją na równe części. Na razie nie mogło być o tym mowy, bo w wypadku znalezienia u nas klejnotów takiej wartości powstałyby podejrzenia, wewnątrz zaś fortu nie było skrytki, gdzieby można było skarb przechować.


19.
X wykorzystała zdobytą chwilę. Ciężko dysząc, przelazła ponownie przez mur. Słońce dotykało horyzontu, za kwadrans miały zapaść ciemności, musiała zdążyć przedtem, bo nie widziałaby ścieżki. Półmrok pod drzewami pogłębił się, ale do szczeliny trafiła bezbłędnie. Przy sobie miała nie tylko sztylet i korkociąg, który przypadkiem wpadł jej w ręce, ale także element zastępczy. Mimo pośpiechu i szaleńczych emocji zdołała pomyśleć, chociaż bardziej był to może instynkt niż myślenie. Diament lśnił na brzuchu bóstwa tak, że trudno go było przeoczyć. Wchodzący tam kapłani mieli przecież oczy w głowie, brak tego blasku dostrzegą od razu. Czymś powinno się go zastąpić... W prezencie ślubnym dostała kulę z lanego szkła. Była to nowość niezmiernie cenna, wewnątrz kuli bowiem znajdował się krajobraz, prószący śniegiem i migoczący srebrnymi iskierkami. „Żebyś nie zapomniała w tym gorącym kraju, jak wygląda zima” — powiedziała jej starsza siostra, wręczając podarunek. Kula wytrzymała prawie rok, po czym stłukła się tak, że została z niej jedna trzecia z odrobiną śniegu w środku. X żal było pamiątki, nie wyrzuciła ocalałego kawałka, trzymała go w toaletce wśród biżuterii i teraz mógł się przydać. Wystarczyłoby wetknąć go na miejsce diamentu, czymś przylepić... Zdecydowanie X miała znakomite zadatki i gdyby urodziła się wśród nizin społecznych, niewątpliwie zostałaby złodziejką i kurtyzaną. Wychowanie przytłumiło w niej rozwój talentów. Nie przyszło jej na myśl nic bardziej lepkiego niż mężowska pomada do wąsów. Pół minuty wystarczyło, żeby zaopatrzyć się w pełny asortyment narzędzi pomocniczych. Diament wcale nie był wprawiony w bóstwo na mur, siedział słabiej niż się obawiała, dał się wydłubać czubkiem sztyletu i wpadł do jej dłoni. Nie miała teraz czasu na wzruszenia. Rozmazała pomadę na kawałku szkła, wepchnęła w puste miejsce, iskierki śniegu zamigotały w świetle dogasającej pochodni. Nie zdążyła się nawet odwrócić. Na kamiennej posadzce zaszurały kroki, X serce stanęło w gardle. Szczelina znajdowała się za daleko, nie zdążyłaby do niej, w grę wchodziły ułamki sekund. Pewność, że jest to przybytek Siwy i stoi tu również posąg jego żony, Kali, tkwiła w niej, nie musiała się nad tym zastanawiać. Kali miała wprawdzie cztery ręce, dwóch dodatkowych rąk nie mogła sobie na poczekaniu wyprodukować, ale chociaż się do niej upodobnić, przybrać właściwą pozycję... Kapłan, obojętny, zaspany, najwyraźniej wyrwany z drzemki, ziewając bez żadnego szacunku dla bóstwa, wszedł z nową pochodnią w ręku. Wyjął z uchwytu tę poprzednią, dogasającą, i osadził świeżą. Nie rozglądając się prawie dookoła, wyszedł. Do opuszczenia sanktuarium X potrzebne były cztery sekundy. Kapłan w przedsionku zatrzymał się nagle. Coś zaniepokoiło jego otępiały, zaspany umysł. Doznał wrażenia, że w znajomym wnętrzu nastąpiła jakaś zmiana, chyba gdzieś przy bogini. Kali ożyła i poruszyła się...? Długą chwilę stał, próbując oprzytomnieć, po czym zawrócił i ponownie wszedł do świętego pomieszczenia.


20.
Jednym z fechtujących uczniów był niejaki N. D. – ona wymówiła jego imię jako Nawf. Był w średnim wieku, gruby i bogaty. Wczoraj popołudniu poinformował N.M. o następującym zdarzeniu: Po skończonej lekcji z C.L. poszedł do szatni. Tam zobaczył drugą instruktorkę, N. T. Stała przy jego szafce i wieszała na wieszaku jego marynarkę. Potem zamknęła szafkę i wyszła na korytarz. Natychmiast sprawdził kieszenie marynarki. Ich zawartość była nienaruszona. Nie brakowało ani złotej papierośnicy, ani portfela. Gdy się ubrał, przypomniał sobie o brylantach, które trzymał w pudełeczku po pigułkach. Brylanty zniknęły. Jeszcze raz dokładnie sprawdził wszystkie kieszenie, ale klejnotów nie znalazł, więc natychmiast zażądał, by mu je zwrócono. N.M. wezwał niezwłocznie pannę T., ta jednak oświadczyła, że ni nie wie o brylantach; zaprzeczyła również jakoby otwierała szafkę pana D. czy dotykała jego ubrania. Stwierdziła, że oskarżenie jest skandaliczne, nikczemne i fałszywe. Nie wchodziła od szatni. Gdyby tam weszła z jakiegoś powodu, to na pewno nie po to, żeby przeszukiwać męski przyodziewek. A gdyby miała już przeszukiwać męskie ubranie, z pewnością nie byłoby nim ubranie pana D. Absolutnie nie rozumie, dlaczego miałaby się interesować zawartością kieszeni pana D. Była tym posądzeniem oburzona do żywego. Poddała się rewizji przeprowadzonej przez niejaką J.M., żonę N. Wszystkie osoby przebywające w tym czasie w szkole na obydwu piętrach, zarówno pracownicy, jak i klienci zostali przepytani przez M. Przeszukano również cały obiekt. D . upierał się, że to na pewno była N.T.; widział jej twarz z profilu, gdy stała przy szafce, poza tym miała na sobie strój do szermierki. N. i C. uparły się, by jeszcze raz je zrewidowano, zanim pójdą do domu. Groźba kompromitacji omal nie doprowadziła M. do szaleństwa. Udało mu się wyperswadować D. wezwanie policji. Rano przez dwie godziny błagał N., żeby powiedziała gdzie są brylanty, co z nimi zrobiła, komu je dała i kto był jej wspólnikiem.


21.
Mały człowieczek bał się okropnie, w świetle błyskały białka jego rozbieganych na wszystkie strony oczu.
– Dawaj, szybko – ponaglił.
X jednym ruchem wepchnął klucz do zamka, odrzucił wieko skrzynki, złapał wcześniej odliczony plik banknotów i pobiegł do okna.
– Masz. Dziesięć patyków. Przeliczone. Gdzie brylant?
– Najpierw forsa.
– Najpierw brylant – powiedział X, ściskając w garści banknoty.
Człowieczek spojrzał na niego wojowniczo, po czym rozchylił zaciśnięte w pięści palce. X wlepił oczy w pierścionek i badał go wzrokiem nie czyniąc najmniejszego ruchu, żeby po niego sięgnąć. Muszę mieć pewność, myślał gorączkowo. Muszę mieć pewność. Tak to ten sam. Tak mi się wydaje.
– Na co czekasz, człowieku? – wychrypiał złodziej – Bierz!
X wypuścił banknoty z ręki dopiero wtedy gdy zacisnął palce na pierścieniu. Człowieczek pomknął jak strzała. X wstrzymał oddech, nachylił się i w świetle lampy obejrzał dokładnie pierścionek.
– P., udało się nam, bracie – szepnął podniecony. – Udało się. Mamy brylant i mamy pieniądze.
Czując jak napięcie ostatnich dni zaczyna dawać mu się we znaki, X otworzył woreczek z ziarnem kawy i udał, że zagrzebuje tam pierścień. Ale zamiast tego ukrył go zręcznie w dłoni. Nawet M., który był najbliżej dał się nabrać. Ledwie X zamknął skrzynie, złapał go atak kaszlu. Nikt nie zauważył kiedy wsuwa pierścionek do ust. Potem wymacał filiżankę i wypił ją połykając pierścionek. Teraz brylant był już bezpieczny. Bardzo bezpieczny.


22.
W pudełku na białym atłasie leżał pierścionek z czerwonym kamieniem.
– Mój pierścionek – wyszeptała pani X.
– Pani – powiedział młody człowiek.
– Jak to? – zapytała bez tchu pani X.
Młody człowiek wyjął z kieszeni portfel, a z portfela list.
– Niech pani będzie łaskawa to przeczytać – powiedział.
Pani X drżącą ręką sięgnęła po swoje okulary. Przed oczami chwiały się jej litery.
Droga Kuzynko X.!
To mój jedyny list do Ciebie, nie licząc tych bilecików, które dołączałem do bukietów – przed niemal pięćdziesięciu laty. Chciałem tę sprawę załatwić osobiście, teraz, kiedy stałem się innym człowiekiem i mógłbym bez wstydu spojrzeć Ci w oczy. Ale z moim zdrowiem bardzo źle i muszę skorzystać z pośrednictwa mojego wnuka – także A. Czy pamiętasz ten wieczór, Droga Kuzynko, kiedy to śpiewałaś tak pięknie w hiszpańskiej sukni, w hiszpańskich pantofelkach? Popełniłem wtedy ciężki występek i nękało mnie to przez całe życie. Wiedziałem, ze Twój wielbiciel obstalował dla Ciebie ten pierścień z rubinem. A ja – obstalowałem imitację. Pierścionek z czerwonym szkiełkiem. Gdy Ty kłaniałaś się publiczności, gdy teatr huczał od oklasków, ja ukryty pośród kwiatów w Twojej garderobie zamieniłem pierścionki. Długi, potworne długi były tego przyczyną. Nazajutrz uciekłem z Twoim pierścionkiem w świat. I tam – sprzedałem go, chcąc z czymś zacząć nowe życie. Po prostu, jak to się mówi: „ zaczepiłem się” o Twój pierścionek, Kuzynko X! Nie piszę Ci, ile się naborykałem, zanim, tym razem już rzetelnie pracując, doszedłem do takiego dobrobytu, aby móc pierścionek odkupić. Niestety – stało się to tak bardzo późno. Przebacz mi Droga Kuzynko. Nigdy nie zapomnę Twoje go głosu. A.
Kartka papieru zapisana chwiejącym się pismem drżała w ręku pani X. Młody człowiek milczał. Zegar wybił godzinę.
– Tak – szepnęła pani X – więc tamten, z którym przeżyłam tyle dobrych i ciężkich chwil, o którym mówiłam, że przynosi mi szczęście – to była…
– Imitacja – szepnął młody człowiek. – Ale niech pani nie myśli źle o moim dziadku, proszę. Potrafił stać się rzetelnym człowiekiem.


i przemyt.

23.
Nacisk administracji portugalskiej wzmógł się jeszcze bardziej, gdy w kilka lat później na terenie tej samej kapitanii Minas Gerais odkryto w dorzeczu rzeki Sao Francisco złoża diamentów, które stały się źródłem nowy bogactw dla Korony portugalskiej i tworzenia się nowych fortun w Brazylii. Rejon wydobycia diamentów został szczelnie zamknięty. Bez specjalnego zezwolenia nikt nie mógł się do niego dostać i nikt nie śmiał go opuścić. Kopalnie przejęło państwo, które je wydzierżawiło prywatnym przedsiębiorcom. Mimo tego znaczną ilość diamentów wyszmuglowano z tego odizolowanego rejonu. Brazylia była w tym okresie jedynym producentem diamentów na świecie.
Brazylijskie złoto i diamenty przywróciły królewskiemu dworowi portugalskiemu jego dawny blask. Jednak zawarte przez Portugalię układy z Anglią ułatwiały na[pływ towarów angielskich, których niskie ceny uniemożliwiały rozwinięcie w Portugalii jakiejkolwiek produkcji przemysłowej. Portugalia pozostał więc nadal krajem rolniczym.


24.
Wysypałem szmaragdy na stolik. Największy kamień odłożyłem na bok. Kilka wsadziłem z powrotem do płóciennego woreczka – jako fundusz na najbliższą wyprawę do K. lub… fundusz ewakuacyjny – gdyby coś poszło nie tak. (Jadąc do K. należało się spodziewać, że wszystko – lub większość – pójdzie nie tak.) Resztę kamieni ukryłem w muszlach amazońskich ślimaków. Duże ciemne muszle wielkości pięści. Sprzedają je na bazarze w celach spożywczych ( ze ślimakiem w środku) albo puste – jako zabawi dla dzieci lub pamiątki. Szmaragdowy kamyk, czasem dwa lub trzy, gdy były małe, wrzucałem kolejno do każdej muszli i kręciłem nią tak, by stopniowo zjechały do samego końca. Następnie sypałem tam trochę gipsu i wlewałem odrobinę wody, by szmaragd się przykleił i uwiązł. Na straganie z pamiątkami kupiłem też ozdobny słoiczek piasku znad O. Wybrałem najbardziej kiczowaty – z flagą W. i napisami „ Pamiątka z Puerto Ayacucho”. Otworzyłem ten słoik i zapakowałem do niego dodatkową bryłkę piasku własnej roboty wykonaną z pomocą gipsu. Bryłka kryła w sobie ostatni, największy kamień – ten dziwny. Słoik wrzuciłem na dno plecaka z nadzieją, że w razie rewizji wzbudzi pogardę, a nie zainteresowanie. Płócienny woreczek ukryłem tam gdzie zawsze – w rozporku. ( po wyjęciu większości szmaragdów doskwierał trochę mniej, ale nadal.). Muszle spakowałem do kilku pudełek i zaniosłem na recepcje.


Każdy poszukiwacz skarbów marzy o znalezieniu choć jednego z nich,

25.
X wsunął więc ostrze łopaty między wieko i skrzynię, podważył i wieko ze zgrzytem odskoczyło. Między deszczułkami powstała szeroka szczelina i niepotrzebne już okucia odpadły, wczepione upartymi pazurami w nadwyrężone drewno. Gorączkowe drżenie opanowało X; pochwycił strzelbę, nabił i postawił przy sobie. Zamknął oczy, jak to czyni dziecko, chcąc ujrzeć na migotliwym niebie wyobraźni więcej gwiazd, niż może zliczyć na rozjaśnionym jeszcze niebie; potem otworzył je i znieruchomiał olśniony. Kufer miał trzy przegrody. W pierwszej świeciły się czerwonawym blaskiem złote dukaty. W drugiej starannie ułożono niewypolerowane sztabki, posiadające z całą pewnością wagę i cenę złota. W trzeciej na koniec, napełnionej do połowy, X zanurzył rękę; przez palce przesypywały mu się lśniącą kaskadą diamenty, perły, rubiny, które spadając, dzwoniły jak grad o szyby. X dotknął wszystkiego, zanurzył drżące dłonie w złocie i drogich kamieniach, a potem nagle zerwał się i wybiegł z jaskini drżący, odurzony, jak człowiek bliski szaleństwa. Wspiął się na głaz, skąd mógł objąć wzrokiem całe morze i niczego nie dostrzegł; był sam, sam jeden przy tych nieprzeliczonych, niesłychanych, bajecznych skarbach, które należały do niego: ale była to jawa czy sen? Przelotna wizja czy namacalna rzeczywistość? Zapragnął jeszcze raz obejrzeć swoje bogactwa, czuł jednak, że nie zdołałby w tej chwili znieść tego widoku. Ścisnął dłońmi głowę, jakby bojąc się, że ucieknie mu rozum; po czym rzucił się na oślep, nie trzymając się żadnej drogi — bo na M. C. nie ma dróg — ot, prosto przed siebie, płosząc krzykiem i ruchem kozice i ptaki morskie. Wreszcie zawrócił, nadal pełen wątpliwości, przebiegł pierwszą grotę, wpadł do drugiej, by zatrzymać się przed tą kopalnią złota i diamentów.


26.
Kiedy od celu dzieliło nas pół mili, T. gwałtownie przyspieszył i zatrzymał się dopiero pod kredowym kołem na skale. Gdy tam dotarłem, nastrój mojego towarzysza zdążył się diametralnie zmienić. Biedaczysko! T. stał z rękami w kieszeniach i patrzył przed siebie szklistym wzrokiem.
– Spójrz! – zawołał, wskazując na skalną ścianę.
Cała powierzchnia wewnątrz okręgu była szara i chropowata. Nie dostrzegłem niczego, co mogłoby przypominać diament. W miejscu, skąd wydobyliśmy sól, widniało większe zagłębienie, a obok kilka mniejszych. Ani śladu klejnotów.
– obejrzałem to miejsce cal po calu – odezwał się nieszczęsny T. – Niczego nie znalazłem. Ktoś był tu przed nami, zauważył kredowe koło i wydobył nasz skarb. Wracajmy do domu. Czuję się zmęczony i choru. Dlaczego ten pech prześladuje mnie przez całe życie?
Ruszył przed siebie, a ja odwróciłem się, żeby po raz ostatni spojrzeć na skaliste zbocze.
– Chwileczkę! – krzyknąłem. – Czy od wczoraj nie zauważyłeś żadnych zmian na powierzchni tej ściany?
– O co ci chodzi? – spytał T.
– Nie widzisz, że czegoś tu brakuje?
– Naszej bryłki soli?
– Nie – przerwałem mu. – Mam na myśli to zaokrąglone wybrzuszenie, o które opieraliśmy łom. Musiało się oderwać i spaść na ziemię. Poszukajmy go i zobaczmy co to właściwie było.
Przeszukaliśmy podnóże urwiska pełne drobnych kamyków.
-Udało się, J.! – zawołał w pewnym momencie T. – Dopięliśmy swego! Jesteśmy bogaci!
Spojrzałem na niego i zauważyłem, że trzyma w ręku niepozorny czarny kamień. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak zwykły skalny odłamek, lecz u dołu sterczało coś, na co z wielkim uniesieniem wskazywał T. Przypominało kawałek szkła, lecz szkło nie ma takiej głębi ani takiego blasku. Tym razem nie mieliśmy żadnych wątpliwości; weszliśmy w posiadanie niezwykle cennego klejnotu więc z lekkim sercem opuściliśmy dolinę, unosząc ze sobą „złego ducha” , który tak długo nią władał.


choć niekiedy spotyka go srogi zawód.

27.
Nagle przypomniała sobie pierścień X. Zaraz po jego wyjeździe bezmyślnie chodziła po pustych pokojach. Wówczas w łazience przy sypialni X znalazła na umywalni ten pierścionek z ogromnym brylantem, który on zawsze nosił. Poczytała sobie to nawet za dobrą wróżbę, a później przyszło jej na myśl, że może X to zapomnienie będzie uważał dla siebie za złą wróżbę, i bardzo się tym zmartwiła. Nie wierzyła wprawdzie w żadne przesądy, ale tak jakoś… Pierścionek owinęła w irchę i schowała między bieliznę. Taki brylant musiał przedstawiać nie lada wartość. Teraz wydobyła klejnot i nałożyła na palec. Był o wiele za duży i za ciężki. Zbliżyła się do lampy, by mu się lepiej przyjrzeć. Nie znała się na tym, lecz rysunek oprawy i motywy ornamentacyjne świadczyły o pochodzeniu z epoki Ludwika XIV. Natomiast brylant z bliska bardzo tracił na efekcie. Był jakby mętnawy i nie dawał dość silnych blasków. W dodatku miał kilka skaz. Wyjęła powiększające szkło i przyjrzała się lepiej. Skazy nie były skazami, lecz najprawdopodobniej zadrapaniami zewnętrznymi. Nie, niepodobna, by była to imitacja. X nie nosiłby tego. A jednak zadrapania na brylancie można zrobić tylko innym brylantem, i to mocno naciskając. Wyszukała jeszcze silniejszą lupę. Przez nią dostrzegła jeszcze więcej uszkodzeń. W dodatku wewnątrz kamienia były jakieś pyłki ciemniejsze i kręte smugi.
Wyświetleń: 203
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 6
Użytkownik: pawelw 15.05.2024 13:51 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam konkurs num... | pawelw
Diament to tylko odmiana węgla, a budzi takie emocje.
W BiblioNETce jest ponad 140 książek z diamentami w tytule. Czy którąś z nich pojawi się wśród 27 fragmentów przygotowanych przez carly?
Zapraszam do konkursu.


Wśród wszystkich uczestników konkursu wylosuję nagrodę od PWN. Szczęśliwy laureat będzie mógł wybrać książkę z oferty księgarni PWN (do 50zł). Tym bardziej zachęcam do uczestnictwa.
Użytkownik: carly przedwczoraj, 07:10 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam konkurs num... | pawelw
W konkursowych zmaganiach bierze udział 5 uczestników:) Zapraszam kolejnych!

Pierwsza podpowiedź dla wszystkich: wśród rodziców ukrywa się 19 panów i 6 pań:) i dodatkowa podpowiedź od Pawła- w tytule 1 z dusiołków ujawnił się diament;)
Użytkownik: Sznajper przedwczoraj, 09:14 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam konkurs num... | pawelw
Czy ktoś jest w stanie podpowiedzieć mi 21?
Użytkownik: carly przedwczoraj, 11:02 napisał(a):
Odpowiedź na: Czy ktoś jest w stanie po... | Sznajper
Mataczenie do 21: "Lepiej panować w piekle niż sługą być w niebie"
Użytkownik: carly wczoraj, 19:16 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam konkurs num... | pawelw
Kolejna podpowiedź dla wszystkich dotyczy języków: 12 dusiołków napisano w języku angielskim, 9 polskim, 2 francuskim, a po 1 w językach duńskim, hiszpańskim, niemieckim i rosyjskim.
Użytkownik: minutka wczoraj, 20:42 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam konkurs num... | pawelw
Kto może mi pomóc w rozszyfrowaniu 27? Podobno znam, ale nie mogę sobie nic skojarzyć.
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: