Dodany: 23.11.2023 13:38|Autor: agarzad

Książki i okolice> Pomoc

Szukam wiersza, proszę o pomoc


Witam,

Próbowałam przeszukać internet, ale albo nie umiem tego zrobic jak należy, albo nie ma tego w sieci.
Pamiętam jedynie fragment wiersza, być może nie dokonca dokładnie, ale mam ogromną nadzieję, że ktoś skojarzy o co mi chodzi i mi pomoże.

Pamiętam tylko tyle:

"I co jeszcze? Cień drozda, który drażni okowicę.
Pierwsza kropla deszczu spadla na naciągnięty policzek."

Z góry dziękuję za zainteresowanie.
Wyświetleń: 368
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 3
Użytkownik: janmamut 23.11.2023 14:15 napisał(a):
Odpowiedź na: Witam, Próbowałam prze... | agarzad
A czy to nie jest Krzysztof Karasek? Znalazłem tylko fragment. Za: http://www.sbc.org.pl/Content/100693/PDF/doktorat3​194.pdf

Zauważmy, że podobnym obrazem w twórczości Krzysztofa Karaska jest motyw
ptaka – drozda, który także jest tajemnicą. Zwykle jest to tylko jego cień, świst, szybkie
przemknięcie, nieuchwytna ulotność, która: „Przemyka ku bramie wyobraźni” (***
[Przepędziliśmy te góry…], DIIW, s. 13):
[…]
Cień drozda, który zwilża okolicę
(*** [Widziałem go w Stegnie…], DIIW, s. 18).
Użytkownik: KrzysiekJoy 23.11.2023 14:28 napisał(a):
Odpowiedź na: Witam, Próbowałam prze... | agarzad
Drozd i inne wiersze (Karasek Krzysztof)


Drozd i inne wiersze

4.

Widziano go w Stegnie kiedy opadła czarna mgła,
łódź stała na przystani koryto słońca dymiło nad parowem
krwista parność morza pomnożona przez parność nieba.
Jego tors brązowiał na słońcu niczym zbutwiały pień drzewa
porzucony przez wrak przypływu. Piasek plaży
określał kontury jego ciała i podkreślał łagodne linie jego rąk
kontrast jakże pokrętny w porównaniu z morzem.
WIATR SIĘ ZRYWA KU ŻYCIU CZAS JUŻ ZWRÓCIĆ KROKI
Patrząc na morze można było dojrzeć
jego stopy, ogromniejące w fali przypływu. Niekształtne palce
które kaleczył dotyk. To jak przeczucie mgieł powiedział C.
porównał je z własnymi rękami. Oto pomyślał złudzenie
tu się stałem a przecież tu nie jestem, tu mnie nie ma.
Nie ma mnie tu, jestem gdzie indziej,
więc gdzie?
...Sind wir vielleicht hier, um zu sagen: Haus,
Brücke, Brunnen, Tor, Krug, Obstbaum, Fenster, –
höchstens: Säule, Turm... aber zu sagen, versteh’s,
o zu sagen so, wie selber die Dinge niemals innig meinten zu sein...*
Mógłbym i tak,
pomyślał. Ale nie. Porównał siebie do ptaka, ponieważ
wydawało mu się to akurat użyteczne w jego cierpieniu.
WIATR SIĘ ZRYWA. Celebrował siebie. Brodził
po wannach mgły. Zgodził się na dotyk
tylko dlatego, że przeczuwał jego daleką perspektywę.
Tak.
Wszystko
mógłby ukazać w tym zdziwieniu. Nawet siebie.
Przez pomyłkę wybrał to drugie.
Otworzył zeszyt:
Dziś zaczęło się umieranie, było to
wczoraj – być może – czułem to wiedziałem
czaiło się, nadbiegało, odpędzałem je od siebie;
ta możliwość stałego lęku. Jakże to było kuszące, teraz
perspektywy oczyściły się, nagle, z mgieł, mkną po stromiźnie
lodowca w chłodne gładkie białości. Teraz jestem
rozgrzeszony. Tak pomyślał. I jeszcze: jakże oni
grzebali swoich zmarłych; w kapliczkach, z mgły, z fotografią
umieszczoną obok, raz w tygodniu brat lub krewny
otwierał pudełko, kiwając się żałośnie nad
trupem, przywołując życie z garstki prochu. Musisz
poznać tę synagogę w Pradze, ten dom, tę dzielnicę,
idzie się letnią ulicą przez noc albo wieczór, u krańca
wspaniała nagość ściany, wstrząsający pejzaż z gotyku
i chmur. Może to zresztą było gdzie indziej.
Stojąc w głównej nawie – nie pamiętał już gdzie – być może
było to gdzie indziej – pamiętał tylko
smak tego światła, zakrytego przez podwieszone barkami stropy
KAŻDA GODZINA RANI OSTATNIA ZABIJA
być może. Odpędził źdźbło fali, które zwilżyło
mu skórę, mdły dotyk, wykraczający poza
przeguby rąk. I ta stromość w gardle pomyślał,
gdyby nie to. Koryto falowało
dopraszając się nowych łask, odwiązał łódź i
pchnął ją ku stromiźnie wody. Ona jest we mnie,
myślał, pasma mięśni przekazywały ruch wiosłom,
skóra morza lśniła silnie. Naciągnięte
wiązadła dopraszały się pęknąć. Jest tu, siedzi
drzemie na wiośle, chwytam ją
w czułki rąk. To, co zbliża nas, to zęby
czasu, zanurzone w lepkim smaku potu,
w tkanki. Ludzkie mięso. Wszystko to
humbug, jakby powiedział C., każdy
musi mieć swojego boga.
Rozejrzał się. Wysoko tylko pustka
zgniłozielonej łąki, zieleń
skóry (a przecież go szukała), woń wodorostów
wypełniła jego nozdrza; miał już jej przedsmak.
Włosy odrastały do środka żłobiąc otwory
w nagich purpurach ciała. Te zielone odnogi
pomyślał; kłącze w poszukiwaniu własnego topielca.
Nad wodą unosił się lekki opar soli, żupa
morza tętniła opuchłym pulsem. Lekkim ruchem
wyciągnął skobel,
słuchając jak woda wypełnia brzuch łodzi
myślał o C., który w długim, ciemnym łóżku
ogrzewał swoją własną śmierć. Co jeszcze?
Cień drozda, który zwilża okolicę.

Pierwsza kropla deszczu spadła na naciągnięty policzek.

{* ....Jesteśmy może tutaj, by powiedzieć: dom,
most, źródło, brama, dzban, drzewo, okno –
i jeszcze: kolumna, wieża... lecz powiedzieć, zrozum,
o powiedzieć tak, jak te rzeczy
nigdy by nie domyśliły się o sobie w swym istnieniu...
Rainer Maria Rilke: Elegie Duinejskie}
Użytkownik: agarzad 23.11.2023 15:13 napisał(a):
Odpowiedź na: Witam, Próbowałam prze... | agarzad
Tak !!! To tego szukałam. Dziekuje ogromnie !!!
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: