Dodany: 20.10.2023 22:05|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Skąd się biorą ludzie na granicy?


Recenzja oficjalna PWN
Recenzent: dot59

Trafiłam na tę powieść krótko po premierze „Zielonej granicy” i długo po tym, jak pewna część moich rodaków poczęła intensywnie przekonywać pozostałych, że prawdziwy patriotyzm to niewpuszczanie do kraju żadnych obcych, nieważne, jak bardzo głodni, zmarznięci i chorzy by byli, i że imigranci, mniejsza o to, z jakiego powodu przybędą, zabiorą nam miejsca pracy, a za przyjęcie podziękują nam przestępstwami przeciw życiu i zdrowiu (ciekawe, swoją drogą, o ilu mniej Polaków byłoby na świecie, gdyby w ubiegłym wieku państwa niezaangażowane w wojnę przejawiały podobne nastawienie do ludzi, którzy nasz kraj opuścili, uciekając przed hitlerowskim lub sowieckim najeźdźcą?). A ta książka opowiada właśnie o tym, skąd się uchodźcy biorą. O tym, że naprawdę nie każdy, ot, tak, mówi sobie: „w kraju B jest lepiej, za mniej pracy dostaje się więcej pieniędzy, to co mam siedzieć w tym moim A, zbieram manatki i jadę”. O tym, jak wiele człowieka może kosztować – dosłownie i w przenośni – opuszczenie ojczyzny.

Gdy w Syrii zaczęła się rewolucja, Salama miała za sobą rok studiów farmaceutycznych. Jej brat właśnie ożenił się z jej najlepszą przyjaciółką, odebrał dyplom lekarza i starał się o rezydenturę. Zanim się dowiedział, że żona spodziewa się dziecka, wybrał się z ojcem na demonstrację, z której już nie wrócili, uprzednio odebrawszy od siostry przyrzeczenie, że gdyby coś mu się stało, ona zatroszczy się o matkę i Laylę. Krótko potem matka zginęła podczas bombardowania. Salama przeniosła się ze zburzonego domu do mieszkania bratowej, która za dwa miesiące powinna urodzić dziecko. Ale czy powinna je urodzić tutaj, pod bombami, w nieustannym zagrożeniu, że do miasta strzeżonego przez Wolną Armię Syrii znów wedrą się reżimowi siepacze, którzy nie oszczędzą ani kobiet, ani dzieci? Salama zdaje sobie sprawę, że jedynym wyjściem jest ucieczka. Zna nawet człowieka, który za słoną opłatą załatwia miejsca w łodzi przewożącej uchodźców na drugi brzeg Morza Śródziemnego. Ona nie chce wyjeżdżać, choćby dlatego, że sama potrzebna jest tu, w szpitalu. Co prawda jej wiedza medyczna po tym roku studiów jest znikoma, ale w sytuacji, gdy co dzień trzeba opatrywać kilkunastu czy kilkudziesięciu poważnie rannych, a ze wszystkich lekarzy został jeden, też zresztą nie chirurg, taka niedoszła farmaceutka jest na wagę złota… Więc może powiedzieć tylko: „Nie zostałam stworzona do otwierania ludzkiego ciała, zakładania szwów czy amputowania kończyn. Ale musiałam sama stworzyć taką wersję mnie, która temu podoła”[1], by po jakimś czasie stwierdzić: „Śmierć jest wyjątkowo skuteczną nauczycielką. Na przestrzeni ostatnich sześciu miesięcy byłam przy tylu operacjach, że nie potrafię się ich wszystkich doliczyć, i zamknęłam więcej powiek, niż kiedykolwiek przypuszczałam, że będę musiała. Nie tak miało wyglądać moje życie”[2]. Ale skoro już wygląda, trzeba robić, co się da, dla każdego, dla kogo jeszcze da się coś zrobić. I nadal pertraktować z bezwzględnym przemytnikiem ludzi, zarabiającym na cudzym nieszczęściu. A tymczasem na horyzoncie pojawia się chłopak, mniej więcej rówieśnik Salamy, którego poznanie zmieni coś w jej hierarchii wartości i – czego oboje jeszcze nie wiedzą – wpłynie na jej przyszłość. Równocześnie zaś trafia jej się okazja, być może jedyna w życiu, by mogła wykorzystać swoją przewagę dla uzyskania tego, na czym jej zależy. Co prawda kłóci się to z jej sumieniem, ale czy dobro kogoś bliskiego nie jest najświętszą wartością, dla której można poświęcić zasady?

Powieści o tematyce wojennej (wyjąwszy oczywiście dzieła humorystyczne w rodzaju „Przygód dobrego wojaka Szwejka”) z natury muszą mniej lub bardziej poruszać, ukazując losy ludzi poddawanych nieludzkim torturom, zmuszanych do wyborów, jakich nikt nigdy dokonywać nie powinien, doznających urazów, których skutki mogą się ciągnąć do końca ich życia. Urazów nie tylko fizycznych, ale i psychicznych, niejednokrotnie nawet cięższych do leczenia. Utraconą nogę, rękę, oko można zastąpić protezą, a czym zastąpić utraconą część duszy? „Umarłam w dniu, kiedy zabrano babę [ojca – przyp. rec.] i Hamzę. Umarłam w dniu, kiedy zamordowano mamę. Umieram każdego dnia, kiedy nie mogę ocalić życia pacjenta” [3], mówi Salama; to uczucie utraty samej siebie nie jest jedynym przejawem problemu, którego doświadcza od wielu miesięcy, a który, nawet nie będąc lekarzem ani psychologiem, można bez trudu zidentyfikować jako PTSD (zespół stresu pourazowego). Czy można się dziwić, że w końcu zaczyna żywić nadzieję: „być może w Niemczech uda się przywrócić do życia chociażby jakąś część mnie”[4]? I czy poznawszy ją, napełniwszy się współczuciem dla niej, potrafilibyśmy stwierdzić, że nie powinno się jej przepuścić przez granicę, podać jej koca ani szklanki herbaty, tylko kazać wracać, skąd przyszła?

W portalach czytelniczych i księgarniach „Dopóki rosną cytrynowe drzewa” zaklasyfikowano do gatunku YA i w konsekwencji do literatury „dziecięco-młodzieżowej”, co moim zdaniem jest krzywdzące, zdecydowanie zmniejszając szansę, by sięgnęli po tę powieść ci, którzy tworzą opinię publiczną – a przydałoby się, bo może mniej by się pojawiało zdań, że uchodźców należy bezlitośnie przeganiać spod europejskich granic...
Według mnie ma ona z typową „młodzieżówką” tyleż samo wspólnego, co na przykład „Przeminęło z wiatrem” (którego bohaterka jest w chwili rozpoczęcia akcji nawet młodsza). Bo choć jest tu wątek miłosny, jest to przede wszystkim opowieść o zachowaniu człowieka w sytuacjach ekstremalnych, o cierpieniu i upokorzeniu, którego źródłem są inni ludzie, o cienkiej granicy między dobrem a złem. I o tym, że miłość nie zawsze odbiera ludziom zdolność racjonalnego myślenia, oraz – dlaczegóżby nie – o tym, że jeśli ma się przy sobie kogoś, dla kogo warto o coś walczyć, walczy się może nie łatwiej, ale z większą determinacją. I nieważny jest wiek bohaterów ani wiek czytelnika (choć może z uwagi na kilka dość drastycznych scen szpitalnych rozsądny jest podany przez wydawcę limit „14+”), ważna jest wymowa. A odczuciu tej wymowy sprzyja fakt, że autorka – skądinąd dzieląca z bohaterką drobne elementy biografii, jak emigracja, studia farmaceutyczne i zamiłowanie do filmów animowanych Studia Ghibli – jak na debiutantkę bardzo sprawnie operuje piórem, na tyle lekko, by nie odstraszyć zbyt wycyzelowanymi zdaniami czy zbyt zawiłą kompozycją początkującego czytelnika, ale nie aż tak, by upraszczaniem czy streszczaniem zrazić kogoś bardziej wymagającego.

Polecam każdemu, kto ma siłę, by przez lekturę wejrzeć w rzeczywistość, jakiej w XXI wieku już być nie powinno, a jednak wciąż się zdarza, jeśli nie w tym kraju, to w innym, wciąż odbiera tysiącom ludzi rodzinę, zdrowie, dom. A oni stają na cudzej granicy, wierząc, że „dopóki rosną cytrynowe drzewa, nadzieja nigdy nie umrze”[5]…

[1] Zoulfa Katouh, „Dopóki rosną cytrynowe drzewa”, przeł. Dominik Górka, wyd. We Need YA, 2023, s. 36.
[2] Tamże, s. 12.
[3] Tamże, s. 167.
[4] Tamże, s. 167.
[5] Tamże, s. 399.

Ocena recenzenta: 5/6

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 2930
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 2
Użytkownik: VERA25 02.12.2023 18:48 napisał(a):
Odpowiedź na: Recenzja oficjalna PWN R... | dot59Opiekun BiblioNETki
„pewna część moich rodaków poczęła intensywnie przekonywać pozostałych, że prawdziwy patriotyzm to niewpuszczanie do kraju żadnych obcych” to patriotyzm czy instynkt samozachowawczy?
Załóż sobie własny kraj i sprowadź tylu „uchodźców”, ilu zdołasz.
„o ilu mniej Polaków byłoby na świecie, gdyby w ubiegłym wieku państwa niezaangażowane w wojnę przejawiały podobne nastawienie do ludzi, którzy nasz kraj opuścili”
Zabrzmiało jak minister spraw zagranicznych bidullachistanu odkrył, jakoby „Iran ratował Polaków w czasie II wojny światowej.”
Użytkownik: KoleżankaFiliżanka 12.01.2024 09:56 napisał(a):
Odpowiedź na: Recenzja oficjalna PWN R... | dot59Opiekun BiblioNETki
Jeśli w całej tej prozie nie wyjaśniono, że stoją za tym Rosja i Niemcy, to ten obraz jest manipulacją. Wpuść, ilu chcesz, do swego domu, i weź odpowiedzialność.
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: