Dodany: 30.09.2023 20:37|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Czytatnik: Czytam, bo żyję

1 osoba poleca ten tekst.

Książkowy wehikuł czasu - wyprawa dwudziesta, tym razem mniej odległa


Dzienniki i pamiętniki generalnie należą do moich ulubionych lektur, stanowiąc okno, przez które jestem w stanie spojrzeć oczyma kogoś zupełnie ode mnie odmiennego w określony wycinek czasoprzestrzeni. Oczywiście jest to widzenie subiektywne (zdarzyło mi się czytać dziennik pisany w okresie powstania listopadowego, gdzie rzeczone wydarzenie zostało skwitowane jednym zdaniem i nigdy później już niewspomniane), jednakże i takie dostarcza wglądu w mentalność danego człowieka, a poprzez niego – być może, w jakimś stopniu – całej grupy społecznej, której inaczej nie byłoby mi dane poznać. Im więcej takich wglądów, tym większe rozumienie cudzych punktów widzenia na cokolwiek: historię, naturę, sztukę, relacje międzyludzkie itp. itd.

Oczywiście, prócz subiektywizmu wartość poznawcza dzienników ma i inne ograniczenia. Na przykład nieproporcjonalną reprezentatywność. Przynajmniej do jakiegoś XVIII wieku dzienniki czy pamiętniki pisywali tylko ludzie należący do wyższych klas społecznych, bo ci z niższych w 95% nie dysponowali stosownymi umiejętnościami ani surowcami (tak, przecież papier nie zawsze był tani!), a jeśli nawet, to na ogół nie marnowali czasu na czynności niebędące niezbędnymi do przetrwania. A przecież ich ogląd wydarzeń – choćby tej czy owej wojny, rewolucji, zarazy – musiał być diametralnie inny, niż tych, co swoje dni utrwalali w ozdobnych kajetach. Od połowy wieku XX, kiedy w kręgu kultury europejskiej zdecydowana większość społeczeństwa była już piśmienna, proporcja trochę się wyrównała, ale wciąż z przewagą osób lepiej wyedukowanych, a wśród nich – z przewagą określonych grup zawodowych nad innymi (przy powszechnym wykształceniu średnim, i tak bardziej prawdopodobne jest, że dziennik będzie prowadzić licealista lub aktor, niż inżynier budowlany albo pilot samolotu, studentka, nauczycielka czy pani domu z dyplomem kulturoznawstwa, niż właścicielka firmy odzieżowej względnie dentystka).
Drugim – i w moich oczach najbardziej reprezentatywnym – ograniczeniem jest autentyczność. Jak to, mógłby mi ktoś odpowiedzieć, przecież dzienniki z założenia są autentyczne! Do pewnego momentu były. Już sama świadomość, że stawszy się osobą znaną, można się spodziewać pośmiertnego wydania listów i zapisków, zmieniła nastawienie autorów dokumentów przeznaczonych do potencjalnego upublicznienia – zaczęli bardziej ważyć słowa, bardziej przesiewać odnotowywane fakty i odczucia, myśląc o tym, jakie wrażenie zrobią na kimś, kto to za 10, 30 czy 60 lat przeczyta. A cóż dopiero, gdy pisarze zyskali możliwość drukowania swoich dzienników „na gorąco” na łamach współczesnej im prasy, a zwykli zjadacze chleba – wysyłania ich na niezliczone konkursy prasowe z perspektywą nagrody w postaci publikacji! Oczywiście, pewnie są ludzie, którzy w takiej sytuacji oprą się pokusie dokonywania retuszu czy wręcz świadomej autokreacji, ale nie sądzę, by było ich wielu. Wysyłając swoje zapiski na taki konkurs, ja też bez wątpienia powycinałabym z nich brzydkie wykrzykniki, choćby poczynione w najbardziej usprawiedliwionej sytuacji, czy też fragmenty, po których ktoś mógłby się zorientować, co sądzę o swoim aktualnym przełożonym… Czym innym jednak jest takie drobne zafałszowanie, a czym innym – pisanie dziennika/wspomnień specjalnie na konkurs, co mnie osobiście wydaje się absurdem, a jednak się zdarza (w jednej takiej konkursowej antologii z lat 60 czy 70 redaktor zbioru wspominał o pewnym panu, wysyłającym ten sam tekst z niewielkimi zmianami do wszystkich czasopism, które aktualnie jakiś konkurs ogłaszały. Wspomniał, bo spotkawszy się z owym autorem, sam się tego odeń dowiedział. Ale normalnie przecież nie wiadomo, czy w całym pokłosiu konkursu takich prac jest 1, 10, czy 80 procent…).

Historie prawdziwe: Współczesne dzienniki kobiet (antologia; Mleczko Aleksandra, Kondratowicz Ewa, Banach Iwona i inni) -
antologię prac wyróżnionych w konkursie „na dziennik »Miesiąc z życia kobiety«, który w 1997 roku został rozpisany przez »Twój Styl«”, chciałam przeczytać już dawno, bo… nie mam własnych zapisków z tamtego czasu, a wspominam tę pierwszą dekadę III RP jako dość trudną życiowo, okres zmian, w którym jedni mogli się zawodowo i finansowo wybić ponad wszelkie pojęcie, a inni skonstatować, że choć całkiem niedawno byli przyzwoicie opłacanymi fachowcami na stabilnej posadzie, teraz ich doświadczenie i wiedza stało się funta kłaków warte. Trochę się obawiałam, czy redakcja nie postawiła (jak to się często zdarza w kobiecych czasopismach) na „śmiałość i bezpruderyjność” i w związku z czym zamiast prac opowiadających o życiu codziennym nie wybrała prac opowiadających o… bogatym życiu erotycznym i fantazjach seksualnych, ale zaryzykowałam i w tym aspekcie nie doznałam rozczarowania.

Dzienników jest dwanaście, jak miesięcy w roku, co oczywiście nie znaczy, że pierwszy z nich jest ze stycznia, drugi z grudnia itd. Najkrótszy zajmuje 8 stron, dwa najdłuższe po 22. O każdym zatem parę słów.

1. Dość dramatyczny zapis pobytu w szpitalu, podczas którego dobrze ponad dwa tygodnie zajmuje lekarzom zdiagnozowanie stanu zagrażającego życiu, jakim jest ciąża pozamaciczna. Dzisiaj, ćwierć wieku później, sprzęt jest taki (a i zasady finansowania świadczeń medycznych też), że to w ogóle nie do wyobrażenia. Rozpoznanie stawia się po jednym badaniu, często ambulatoryjnie, kieruje do szpitala i po paru dniach pacjentkę wypisuje. A tu dwa tygodnie leżenia i łykania środków przeciwbólowych… Sam tekst napisany niewymyślnym, ale ładnym językiem, nasycony autentycznymi emocjami. Trochę za krótki, poza tym bez wad.
2. Dziennik przyszłej matki, mimo z pewnością nie nazbyt młodego wieku („na co ja czekałam dziesięć lat? Mogłam się zdecydować zaraz po ślubie…”[15]) i życiowej stabilizacji nie do końca pewnej, czy sprosta swoim obowiązkom, prosty, raczej lapidarny i szczery. Przy nim redakcja po raz pierwszy złamała kardynalną zasadę konkursu, bo choć redaktor wydania, Tomasz Jastrun, pisze w przedmowie: „ograniczając zapis życia do jednego miesiąca, bardzo utrudniliśmy autorkom zadanie” [6], to, jak widać, akurat ta autorka nie dostosowała się do utrudnionego zadania: zapiski z jednego miesiąca zajęły mniej niż połowę pracy, reszta datowana jest na kolejnych 5 miesięcy.
3. Dziennik intelektualny kobiety dojrzałej, dobrze wykształconej i obytej w świecie, której nie ominęło wprawdzie doświadczenie poszukiwania pracy, ale najwyraźniej nie przygniotło jej do ziemi, nie odebrało nadziei. Bycie warszawianką związaną ze środowiskami intelektualno-artystycznymi („mój przyjaciel, muzyk rockowy Z.H.”[31] – zazdroszczę, bo bez trudu odgadłam, kto to!) jednak robi swoje.
4. I drugi, uwidaczniający, jak inaczej przedstawia się bezrobocie osoby w podobnym wieku, co najmniej równie dobrze wykształconej, z bogatym doświadczeniem zawodowym, lecz mieszkającej w małym mieście. Upokarzające wystawanie po obowiązkowy podpis w urzędzie pracy z wysłuchiwaniem złośliwych komentarzy („- O, ta tam, widzi pani? Książkę se wzięła zagraniczną i myśli, że co ona? Lepsza jaka? Takich uczonych to na bezrobotny nie posyłają”[63]), ukrócone na starcie marzenia o założeniu jednoosobowej firmy. Żywy, szczery zapis ze sporą dozą samokrytycyzmu. I jak to miło wiedzieć, że autorka własnymi siłami wygrzebała się z tego dołka! (kilka lat później napisała dwie doskonałe powieści psychologiczno-obyczajowe, potem poszła w stronę innego gatunku, z którym mnie już nie bardzo po drodze, ale pewnie da się z niego żyć).
5. Praca być może również całkowicie autentyczna, ale na mnie sprawiająca wrażenie fragmentu powieści stylizowanej na dziennik, a nie przepisanych własnych zapisków. Za bardzo naładowana wyrażeniami i obrazami, które MAJĄ być humorystyczne, a już zupełnym nieporozumieniem jest wstawienie w środek całości czterostronicowego „napisanego przeze mnie monologu”[83], wygłaszanego przed gośćmi przez córkę autorki.
6. Zapis jeszcze wówczas dość rzadkiego doświadczenia powrotu z emigracji, w tym przypadku nie zarobkowej (bo autorka była – jak wynika z tekstu – właścicielką rodzinnej apteki, przynoszącej raczej przyzwoite dochody), lecz stanowiącej pewnego rodzaju ucieczkę od sytuacji rodzinnej. Wrócić i stawić czoła czemuś, przed czym się uciekło – to jest odwaga! No i nie mogłam do autorki nie poczuć sympatii, gdy pisze o „Trójce”: „to balsam na moją duszę”[109], a o Agnieszce Osieckiej: „a ziarna Twej duszy będą jeszcze długo w nas kiełkować”[113]. Jak się potem okazało, wyróżnienie w konkursie stało się dla niej – podobnie, jak w przypadku autorki dziennika 4 – początkiem kariery pisarskiej.
7. Lapidarna i prawdę mówiąc, nudnawa relacja jeszcze nie dwudziestoletniej dziewczyny z romansu z żonatym kolegą z pracy.
8. I jeszcze jeden dziennik może nieco starszej singielki, zakochanej w żonatym psychologu. Trochę bardziej literacki (zwłaszcza, że gdzieś z 1/3 zawartości stanowią wiersze), za to znów łamiący kryterium kwalifikacyjne (zapiski pochodzą z półtora roku).
9. Zapiski żony alkoholika, z trudem – znów w ciągu półtora roku, nie miesiąca – podejmującej decyzję o odejściu od męża i cieszeniu się życiem mimo trudności finansowych (wyjazd na wakacje do Włoch za pożyczkę…).
10. Dziennik studentki uczelni artystycznej, młodej mężatki, taki zwykły, codzienny. Jakie miała zajęcia, kto przyszedł w odwiedziny, gdzie spędzała weekend.
11. I jeszcze jeden dziennik studentki – z trzech miesięcy, nie jednego – bardziej filozofujący i bardziej językowo wystylizowany (czasem za bardzo, ale zawiera parę fajnych momentów – na przykład wynotowane napisy, jakie autorka widziała nabazgrane na murach).
12. Najbardziej przejmujący w całym zbiorze dziennik emerytki, nieumiejącej się wyrwać z toksycznej relacji. Nie małżeńskiej, która zresztą też była nieźle toksyczna, lecz… jak by to powiedzieć… lokatorskiej. Zostawszy po śmierci męża i syna bez dachu nad głową i bez żadnego trwałego mienia na skutek jakichś enigmatycznych procedur prawnych, zamieszkała u… właściwie nie wiadomo, kim jest dla niej owa starsza o trzydzieści lat Halinka. Musiały się wcześniej znać, skoro swego czasu autorka zatrzymała się właśnie u niej, pojechawszy do Warszawy w poszukiwaniu pomocy dla syna – zatem może jakąś daleką krewną? W każdym razie pozwala Halince sobą dyrygować i poniewierać, choć przyznaje: „stać mnie na dom starców, w którym dostanę oddzielny pokój z kuchnią”[204], a ma też do wyboru zamieszkanie ze swoim nowym przyjacielem lub wynajęcie kawalerki z jego pomocą. Wszystkie te możliwości odrzuca, jednak w ostatnim odnotowanym dniu postanawia: „nie dam się tłamsić”[205]. Przyznam, że chętnie bym poznała dalszy jej los.

Jako całość oceniam zbiór na czwórkę, być może trochę wyżej, niż wypadłaby średnia z ocen poszczególnych dzienników, ale uważam, że jako znak czasu jest takiej oceny wart.

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 140
Dodaj komentarz
Legenda
  • - książka oceniona przez Ciebie - najedź na ikonę przy książce aby zobaczyć ocenę
  • - do książki dodano opisy lub recenzje
  • - książka dostępna w naszej księgarni
  • - książka dostępna u innych użytkowników (wymiana, kupno)
  • - książka znajduje się w Twoim schowku
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: