Dodany: 26.08.2023 15:54|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Czytatnik: Czytam, bo żyję

4 osoby polecają ten tekst.

Obiektywnie? Chyba nie aż tak...


Im większe mam doświadczenie czytelnicze, tym większe mam i wątpliwości, czy istnieje coś takiego, jak obiektywna wartość książki. Oczywiście, są książki dramatycznie kiepskie z czysto literackiego punktu widzenia – bo, na przykład, autor i/lub tłumacz nie przywiązywał żadnej wagi do stylistyki, doboru słów, a nawet, horribile dictu, gramatyki i ortografii, a wydawnictwo nie uznało za stosowne ani odrzucenia tekstu, ani poprawienia błędów – ale te wyłączmy z analizy, skupiwszy uwagę jedynie na tych, którym pod tym względem nie da się nic lub prawie nic zarzucić. Czy są wśród nich takie, którymi zachwycą się absolutnie wszyscy lub takie, które nikomu nie przypadną do gustu? Prawdopodobnie jest to niemożliwe. Weźmy choćby wariacje w obrębie gatunku: miłośniczce współczesnych baśni o Kopciuszku i księciu (pielęgniarce i chirurgu, kelnerce i restauratorze – niepotrzebne skreślić/potrzebne dodać) najprawdopodobniej nie spodoba się nawet doskonałej jakości studium toksycznego związku ani romans gejowski; zwolennik reportaży czy opracowań historycznych opartych na sprawdzonych faktach i niezawierających żadnych ocen będzie się zżymał na tekst ubarwiony domysłami i/lub zdradzający poglądy polityczne autora; amator fantasy spod znaku miecza i magii nie polubi współczesnej historii o wampirach grasujących w wielkim mieście, itp., itd. Dodajmy jeszcze taki drobiazg, jak styl, język czy sposób obrazowania, których po prostu można nie strawić, nawet, jeśli autorowi przyznano nagrodę Nobla (a gdyby ich nie strawiło 80% czytających – czy znaczyłoby to, że dzieło jest obiektywnie złe?). I jeszcze niezbitą prawdę, że przecież czytelnik też nie jest przez całe życie taki sam, bo doświadczenie czytelnicze i osobiste sprawia, że tę samą książkę jako dziesięcio-czy dwudziestolatek może odebrać zupełnie inaczej, niż 30 lat później (więc czy w jednym okresie jego życia jest obiektywnie świetna, a w innym obiektywnie słaba, lub na odwrót?).

Do rozważenia tej kwestii skłoniła mnie lektura Pat ze Srebrnego Gaju (Montgomery Lucy Maud) i Pani na Srebrnym Gaju (Montgomery Lucy Maud) (gdyby wydano je w latach 40 czy 50. ubiegłego wieku – może stałyby w biblioteczce mojej mamy zamiast „Ani z Zielonego Wzgórza” i jej dalszych części, i od nich zaczęłabym znajomość z twórczością autorki?). „Anię” czytałam po raz pierwszy, będąc nieco młodszą od bohaterki, i zachwyciłam się nią dogłębnie, co zostało mi i na dalsze lata; prawie równie dobrze przyjęłam „Anię z Avonlea” i „Dolinę Tęczy”, trochę mniej już trafiała do mnie „Ania na uniwersytecie”, a najmniej „Wymarzony dom Ani”, bo te dwa tomy zawierały za dużo, jak na moje ówczesne upodobania, spraw ludzi dorosłych. A gdyby zamiast Ani była Pat? Przypuszczam, że zachwyciłabym się nią dogłębnie, bo jest w jej historii praktycznie wszystko, co mnie pociągało w tamtych powieściach – pokazanie świata z punktu widzenia dziecka, nastolatki, coraz doroślejszej dziewczyny; dom, który kochają wszyscy jego mieszkańcy, otoczony piękną przyrodą, i rodzina, która żyje w zgodzie i stoi za sobą murem (jak Blythe’owie w „Dolinie Tęczy”); życie małej miejscowości, w której wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą, a przybycie kogoś nowego jest wydarzeniem na miarę trzęsienia ziemi, zaś każde drobniejsze wydarzenie lub tylko wzmianka o nim pretekstem do przywoływania historii, jak to „pewnego razu stary X…”; galeria ciekawych i charakterystycznych postaci – a prócz tego i koty, stali mieszkańcy Srebrnego Gaju, nie zawsze w równej liczbie, ale zawsze towarzyszący ludziom i od czasu do czasu dający próbki kociej mądrości.


Ale na Pat trafiłam po przeczytaniu całej „Ani” z przyległościami, tymi wszystkimi „Spełnionymi marzeniami” i „Opowieściami z Avonlea”, i jeszcze cykli o Emilce i Historynce. I widzę przede wszystkim to, że jest wtórna. Może nie sama postać Pat, bo ona akurat jest dość odmienna od tych pozostałych bohaterek: zwykła dziewczyna z pełnej rodziny, nieprześladowana od dzieciństwa nieszczęściami (pierwszym poważnym wstrząsem jest śmierć najlepszej przyjaciółki, gdy obie są już właściwie dorosłe) i niemająca jakichś szczególnych uzdolnień, ambicji ani rozwiniętej wyobraźni, marząca po prostu o tym, żeby wyjść za mąż i całe życie spędzić tak jak jej matka, na opiekowaniu się dziećmi i zarządzaniu domem (z wydatną pomocą bezcennej pomocy domowej), za to posiadająca pewien ciekawy rys psychopatologiczny: obsesyjną niechęć do zmian i do wszystkich ludzi, którzy w jakiś sposób kwestionują lub podważają jej wizję idealnego domu i rodziny. Wystarczy, że świeżo poznana osoba oceni Srebrny Gaj jako staroświecki – nieważne, że w jej ustach to komplement; Pat, której to powtórzono, natychmiast zaczyna pałać nienawiścią do nowej znajomej (na szczęście trwa to krótko). Takie same skutki ma czyjś przycinek pod adresem kogokolwiek z domowników (i tu ma pecha przyszła bratowa Pat, dziewczyna od dzieciństwa cokolwiek złośliwa i grymaśna). Zaś nieuchronne zmiany konfiguracji rodziny, takie, jak narodziny młodszej siostry, a potem wyprowadzka kolejnych bliskich (najpierw wychodzi za mąż ukochana ciotka, najmłodsza siostra ojca, potem ucieka na morze najstarszy brat, potem znów przychodzi kolej na ślub starszej siostry) są dla niej niemal katastrofą. Ponadto, w odróżnieniu od pozostałych bohaterek, Pat w zasadzie nie dorośleje: mając dwadzieścia kilka lat zachowuje się prawie tak samo emocjonalnie i niedojrzale, jak wtedy, gdy miała sześć czy dziesięć (na przykład fakt, że brat pokazał narzeczonej Ukryte Pólko, miejsce, gdzie się chowali za lat dziecięcych, traktuje jako zdradę, a to, że dziewczyna nie zobaczyła w tym skrawku ziemi nic magicznego, zasłużyło na niemal śmiertelną obrazę).

Wracając jednak do wtórności, najwięcej jej widać w Judysi Plum (będącej niemal kopią – wyjąwszy powierzchowność i pochodzenie – Zuzanny Baker ze Złotego Brzegu), Mai Binnie i jej rodzinie (którzy są całkiem jak Józia Pye i jej krewni) i Szkrabie (prawie lustrzanym odbiciu Lewisa Allena, może z niewielką domieszką Jasia Irvinga), ale niemal na każdym kroku zdarzają się jakieś echa postaci wcześniej pokazanych lub historii wcześniej opowiedzianych, by wymienić tylko perypetie Przylepki/Elki z zalotnikami (w pewnym momencie niemal do złudzenia przypominające dylematy Izy Gordon, zwłaszcza gdy mowa o nosie jednego z absztyfikantów) czy niespodziewane zjawienie się żony pana Tillytucka (które kończy się co prawda inaczej, niż powrót pani Harrisonowej, ale i tak wywołuje wrażenie déjà vu).

Dalej, w „Pat” chyba bardziej, niż gdzie indziej razi manifestowane przez niemal wszystkich bohaterów przekonanie, że osoba wartościowa jest zarazem osobą co najmniej ładną i zgrabną, jeśli nie piękną (chyba, że jest pomocą domową albo parobkiem, w tych przypadkach czarująca aparycja i zgrabna figura nie są niezbędne). Sygnały tego były już w „Ani” (która sama wprawdzie jako dziecko była nieładna, ale dorastając stała się pięknością; dała kosza Karolowi Sloane’owi raczej dlatego, że był nudny i małostkowy, ale czytelnik i tak zapamięta, że winę za to ponosiły wyłupiaste oczy; zazdrość o Krystynę Stuart udało jej się zwalczyć – i podczas studiów, i przy spotkaniu po latach – głównie dlatego, że ta była od niej tęższa; pulchna i przyziemna Diana była wprawdzie jej najbliższą przyjaciółką, ale już gdy zaręczyła się z równie pulchnym i przyziemnym Alfredem, Ania poczuła coś w rodzaju zawodu), tutaj zaś jakoś wyjątkowo rzucało mi się to w oczy. Najbardziej przykro mi się zrobiło w wątku stryja Toma, któremu po latach udaje się spotkać z ukochaną z młodości. Bo pani Marylka Merridew, dawniej szczuplutka „jak młoda brzózka”, okazuje się „pękatą jejmością” na „bardzo tłustych nogach” i w dodatku ze złotymi zębami. Nieważne, że pisze piękne listy, że ma szeroką wiedzę (choć może za bardzo szybującą w kierunkach… ezoterycznych), jest pogodna, życzliwa i gospodarna. Pat i reszta rodziny stanęliby na głowie, by do ślubu nie dopuścić, bo co to byłby za dyshonor mieć taką ciotkę, że gadatliwą, to jeszcze pół biedy, ale taką grubą?! Co prawda i tak go nie będzie, bo i domniemana oblubienica dochodzi do wniosku, że były ukochany „jest taki stary, tak się zmienił”, ale cały czas ma się wrażenie, że czytelnik powinien odetchnąć z ulgą, iż to stryj Tom został uratowany od małżeństwa z taką nieestetyczną osobą, a nie na odwrót. A pisze o tym autorka, która przynajmniej od wieku średniego wcale taka szczupła i zgrabna nie była…

Równocześnie nie da się jednak zaprzeczyć, że jest w tych historiach urok, dokładnie taki sam, jak w „Aniach” i „Emilkach”, więc choć gryzły mnie te powyższe mankamenty, a także i fakt, że Ewa Fiszer zastosowała tę samą strategię przekładu imion i zdrobnień, co wcześniej Janina Zawisza-Krasucka, spolszczając te, które się dało (Alec to Alek, Joe – Józek, May – Maja, Judith/Judy – Judyta/Judysia, Suzanne – Zuzanna, Bet - Bietka, a z pozostałych niektóre zamieniając na zupełnie inne polsko brzmiące (Hazel - Azalka, Rae – Elka), a niektóre zostawiając w oryginale (Winnie, Sid, Doreen) – to i tak czytało mi się miło, z tym niezawodnym uczuciem ciepła, rodzinnej przytulności, które towarzyszyło lekturze pierwszych tomów „Ani”. No i te koty!

Mimo widocznych wad, nie umiem więc tych dwóch powieści ocenić niżej, niż oceniłam. No i czy to jest ocena obiektywna ?

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 280
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 2
Użytkownik: misiak297 26.08.2023 19:34 napisał(a):
Odpowiedź na: Im większe mam doświadcz... | dot59Opiekun BiblioNETki
Z zainteresowaniem przeczytałem Twoją analizę. Z wieloma punktami się zgadzam (zwłaszcza ten wątek z wujkiem i niedoszłą ciotką - dokładnie, zostawia niesmak, zupełnie inny niż zamierzyła autorka. A wątek Tillytucka to jest czysta kopia wątku z panem Harrisonem).

Z drugiej strony - trudno mi znaleźć powiązanie między Judysią i Zuzanną. Obie są pomocami domowymi, ale jednak mają trochę inne osobowości. Owszem Iza Gordon też szukała sobie męża, ale ci jej dwaj absztyfikanci nawet się nie pojawili na powieściowej scenie. Tutaj konflikt między siostrami jest znacznie mocniejszy. Pye'owie jednak poza Józią funkcjonują trochę na drugim planie cyklu o "Ani", raczej jako nazwisko-ikona, a rodzinę Mai możemy trochę lepiej poznać.

Właśnie dla mnie postacie w tej dylogii są nakreślone dużo mocniej - i to jest duży atut tej książki. No i ten kłopotliwy rys Pat, nieistniejący wcześniej u Montgomery i jednak potworne zakończenie... Lubię tę dylogię mimo wszystkich jej wad. Z latami coraz bardziej doceniam jej książki spoza nurtu o "Ani".

Ale fakt, LMM bywała wtórna.
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 26.08.2023 21:01 napisał(a):
Odpowiedź na: Z zainteresowaniem przecz... | misiak297
Hm... jeśli chodzi o te porównania... to tak:
1/ może i Judysia i Zuzanna mają trochę inne osobowości, ale każda z nich jest filarem rodziny, który trzyma wszystko w garści, gdy właściwa pani domu jest zbyt zapracowana lub chora, każda kocha dzieci chlebodawców jak swoje, każda ma problem z tym, żeby ich choć na trochę opuścić (Zuzanna tam na chwilę wyjeżdża do jakiejś krewnej, ale Judysia nawet i to nie), każda nie wstydzi się swego staropanieństwa i nie marzy o ożenku;
2/ Alek i Alonzo od Izy pojawiają się na chwilę, kiedy Ania jest w gościnie u Izy, ale to jest jedyna różnica. I Iza, i Elka bez końca roztrząsają, czy wolą tego, czy tamtego (i w analogicznych okolicznościach padają te słowa na temat nosa), by w końcu zakochać się bez pamięci w świeżo poznanym gościu, który może nie jest taki przystojny jak tamci, ale ma w sobie coś, co go czyni najpiękniejszym.
3/ z rodziny Mai poznajemy głównie matkę, pozostałe osoby pokazują się w migawkach; w Ani oprócz Józi na dłużej obecna jest Gertie i Antoś, matka Józi odzywa się gdzieś w epizodach, żeby coś skrytykować. Oczywiście, że to nie jest identyczne, pomijając już fakt, że Józia nie zostaje bratową Ani (ani na odwrót), ale nie musi być cała fabuła przekalkowana, żeby widać w tym było cień wtórności. W Avonlea stale się mawia, jacy to złośliwi, wścibscy, przemądrzali etc. są ci Pye'owie, tutaj jest analogiczna sytuacja z Binnie'mi; jak ktoś jest Binnie, to wiadomo, że do bani (co zresztą Ty sam chyba też zauważyłeś w swojej recenzji).

Właśnie pomimo wad i tak mi się obie powieści podobały (choć druga o pół oczka mniej, chyba głównie przez tę nieszczęsną historię ze stryjem Tomem i panią Marylką, oraz dziecinne zachowanie Pat). Znacznie bardziej niż te dopisywane na siłę do cyklu o Ani "Spełnione marzenia" :-).
Legenda
  • - książka oceniona przez Ciebie - najedź na ikonę przy książce aby zobaczyć ocenę
  • - do książki dodano opisy lub recenzje
  • - książka dostępna w naszej księgarni
  • - książka dostępna u innych użytkowników (wymiana, kupno)
  • - książka znajduje się w Twoim schowku
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: