Dodany: 01.08.2023 14:30|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Czytatnik: Czytam, bo żyję

2 osoby polecają ten tekst.

Czytatka-remanentka VII23


Tu lektury z lipca b.r., w przypadku których nie starczyło mi weny na regularne recenzje.

Bauer Ljudovit – Tri medvjeda i gitara (4)
Sympatyczna książeczka dla młodszych dzieci (pobrana z bezpłatnego serwisu z lekturami szkolnymi, z zestawu dla 1 klasy szkoły podstawowej) w której samego tekstu jest bodaj mniej, niż w przeciętnym artykule z tygodnika. Bohaterami są trzej synowie starego niedźwiedzia Bruna, z których każdy ma inną umiejętność – jeden, Bukalo, perfekcyjnie łowi ryby, drugi, Mrgud, jest mistrzem w zdobywaniu miodu, a trzeci, Bero o artystycznej duszy, umie patrzeć, słuchać i opowiadać o tym. A także ma talent muzyczny, co wychodzi na jaw, gdy niedźwiedzie znajdują w lesie gitarę. A ponieważ są to niedźwiedzie bajkowe, których egzystencja przebiega nieco inaczej, niż w przyrodzie, okazuje się, że sztuka może pomóc, kiedy komuś dokuczy proza życia… Bajkowość podkreślają trochę odjechane ilustracje, na których zwierzęta teoretycznie realne mają zmienione proporcje, absurdalne kolory futer czy piór lub detale „pożyczone” od innych gatunków.

Wolni Ciutludzie: Opowieść ze Świata Dysku (Pratchett Terry) (powt.; ocena bez zmian)
Powtórka po latach znów satysfakcjonująca, bo choć chyba jednak wolę te odsłony Świata Dysku, w których jest mniej mrocznej magii (tu – straszliwa Królowa elfów, wysyłająca na świat potwory z koszmarów sennych i porywająca dzieci), a więcej przyziemnej ironii i życiowej goryczy, to tutaj mam za to genialnie gadających (po raz setny, albo coś koło tego, brawa dla Piotra Cholewy, bo niewielu jest tłumaczy, którzy daliby radę TAK odtworzyć ten język!) i generalnie zabawnych Nac Mac Feeglów (scena z kotem Hultajem oduczanym przez nich łapania ptaków – bezcenna!), mam ropucha-byłego prawnika, a obecnie familiara panny Tyk, no i Tiffany, dziewczynkę, jaką sama chciałabym być, gdybym czytała ten cykl, będąc w jej wieku: odważną, ale nie nazbyt brawurową, wygadaną, ale nie bezczelną, pragmatyczną, ale niepozbawioną intuicji. Ależ się to przyjemnie czytało!

Krzywda (Stelar Marek (właśc. Biernawski Maciej)) (4)
Druga część cyklu z Dominikiem Przeworskim dowodzi – tak, jak najlepszy w dorobku Stelara cykl z Dariuszem Suderem (nb. tutaj to nazwisko nosi oficer jednostki policji niemieckiej, współpracującej ze śledczymi z Nowego Warpna) – że autor najlepiej czuje się, nie schodząc z terenu klasycznego kryminału (ewentualnie z lekką domieszką sensacji). Jest tu wszystko, co być powinno: zbrodnia popełniona w sposób spektakularny i wyraźnie rzucający podejrzenia na konkretną osobę, pewna liczba „czerwonych śledzi”, czyli fałszywych tropów, trochę drobiazgów odkrywanych właściwie przypadkiem, a mających znaczący wpływ na znalezienie sprawcy, a prócz tego pokazanie prowadzącego śledztwo jako normalnego człowieka, z jego wszystkimi problemami i ułomnościami, i dobrze odtworzone lokalne realia oraz klimat. Sama intryga może niezbyt oryginalna – bo znów pokłosie wojny, a konkretnie działań hitlerowców, ubeków i żołnierzy wyklętych – ale całość napisana przyzwoicie, ładnym językiem, bez usterek technicznych. A że Przeworski chłopak miły, to i następny rozdział jego przygód też się chętnie przeczyta.

Introwertyzm to zaleta czyli Jak prosperować w ekstrawertycznym świecie (Laney Marti Olsen) (3,5)
Jeśli swój introwertyzm kiedykolwiek postrzegałam jako zaletę, to jedynie dlatego, że nigdy się nie nudziłam sama ze sobą, nigdy nie przeszkadzała mi praca, w której miałam do czynienia ze słowem pisanym i nie musiałam się do nikogo odzywać, a w sytuacjach wymagających długotrwałego skupienia, które inni postrzegali jako opresję, czułam się jak ryba w wodzie. W każdym innym aspekcie raczej życia mi nie ułatwiał. I po lekturze nadal nie jestem przekonana, czy w istocie jest zaletą. Owszem, MA zalety, natomiast w niektórych kontekstach społecznych jest totalną zawadą i nic tego nie zmieni. Jeśli o samą książkę chodzi, z mojej perspektywy wygląda na to, że autorka nie bardzo się mogła zdecydować, czy chce napisać publikację popularnonaukową, dzięki której introwertycy będą mogli lepiej poznać siebie, a ich ekstrawertyczni bliscy czy przyjaciele dowiedzieć się, dlaczego tamci są właśnie tacy, czy poradnik, uczący jak mają sobie radzić introwertycy w kontaktach z ekstrawertykami i vice versa, więc postanowiła te gatunki „pożenić”. Zdecydowanie ciekawsze są właśnie te partie objaśniające, jak działa mózg u osób należących do jednego i drugiego typu, jakie zachowania będą dla nich charakterystyczne w określonych sytuacjach i dlaczego. Te poradnicze zrobione są w sposób… typowo amerykański, nie umiem na to znaleźć innego określenia. Na przykład propozycja przygotowywania sobie przed spotkaniem towarzyskim – i poćwiczenia „przed lustrem albo z przyjacielem”[175] gotowych zdań do wykorzystania w czasie rozmów na imprezach, narad w pracy itd. Albo porady, jak uniknąć rutyny w związku dwojga introwertyków: „Zwiększcie częstotliwość kontaktów towarzyskich, umawiając się raz na tydzień z inną parą (…). Zapytaj partnera, czy ma jakieś ukryte pragnienie, a następnie zrób coś, co jest z tym związane. Na przykład, jeśli on zawsze pragnął pojechać do Nepalu, wypożycz książkę o tym kraju. Jeśli ona od dawna marzyła o nauce w światowej sławy szkole kucharskiej Cordon Bleu, zapisz ją na kurs kuchni francuskiej w miejscowej szkole gastronomicznej”[118]. A i jedne, i drugie są nieco przegadane – gdyby z tekstu wyeliminować wszystkie powtórzenia myśli czy informacji wcześniej podanych, „schudłby” pewnie o jakąś 1/3.

Szachy pod wulkanem (Nesser Håkan) (3,5)
Długo się przymierzałam do tej lektury, bo po pierwsze, nie lubię czytać cykli powieściowych w niewłaściwej kolejności, więc czekałam na sposobność wypożyczenia poprzedniego tomu, a po drugie, jeśli polubię bohatera/-ów, to nie przepadam za chwilą, kiedy zdam sobie sprawę, że na następne z nim/-i spotkanie będę musiała czekać nie wiadomo ile i czy w ogóle się ono odbędzie (bo, na przykład, co z tego, że Marinina napisała jeszcze kilkanaście kryminałów z Nastią Kamieńską, skoro z uwagi na sytuację polityczną pewnie ich już w Polsce nie zobaczymy). I kiedy w końcu się za nią zabrałam, nie odczułam takiej satysfakcji, jakiej oczekiwałam. Sam Barbarotti jest sympatyczny, jak zwykle, ale jakiś taki niemrawy – fakt, że zbliża się do sześćdziesiątki, więc i ciało już nie takie, choć nadal sprawne, i psychika bardziej podatna na wypalenie, i jeszcze chwilowo został sam, czego od dawna nie doświadczał, bo dzieci zjeżdżają do domu rzadko i nie wszystkie, a obecna partnerka Eva wyjechała do Australii, by wesprzeć syna, który znalazł się w kłopotach – więc jest to trochę usprawiedliwione. I gdyby był to jedyny mankament „Szachów pod wulkanem”, mógłby w ogóle mankamentem nie być. Ale jest tego więcej. Sprawa znikających po kolei, a wcześniej prześladowanych przez jakiegoś tajemniczego mściciela trojga literatów wlecze się okropnie, przez długi, długi czas w ogóle nie postępując, a następnie wyjaśnia się niemal w mgnieniu oka. Fragmenty narracji, pisane z punktu widzenia zaginionych, zdają mi się za bardzo rozciągnięte, postacie pojawiające się na scenie podczas śledztwa – za mało wyraziste, a motyw zbrodni – nazbyt wyeksploatowany. I ogólnie czytało mi się jakoś ciężej – sama nie wiem, czy dlatego, że bezpośrednio przedtem miałam do czynienia z prozą wyjątkowo ładną pod względem językowym, czy z powodu zmiany tłumacza (której przy „Smętnym szoferze z Alster” jakoś mocno nie odczułam).


(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 200
Dodaj komentarz
Legenda
  • - książka oceniona przez Ciebie - najedź na ikonę przy książce aby zobaczyć ocenę
  • - do książki dodano opisy lub recenzje
  • - książka dostępna w naszej księgarni
  • - książka dostępna u innych użytkowników (wymiana, kupno)
  • - książka znajduje się w Twoim schowku
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: