Dodany: 11.04.2023 16:34|Autor: Marylek

Redakcja BiblioNETki poleca!

Książka: Dziadkowie
Caparrós Martín

6 osób poleca ten tekst.

O dziadkach, wnukach i Historii


Tytuł tej książki mówi wszystko. I nic. Nie jest to ani wspomnienie, ani reportaż, ani traktat filozoficzny, ani rozprawka o historii. A jednocześnie jest wszystkim tym po trochu, przyprawionym unikalnym stylem Caparrósa i wzbogaconym przez jego kreatywność.

Antonio Martín Caparrós Rosenberg (tak mówi o nim jego hiszpański paszport), osiągnąwszy wiek lat sześćdziesięciu, który w powszechnym mniemaniu predestynuje do bycia dziadkiem, sam próbuje zrozumieć, odnaleźć dziadków własnych. Co jest pomysłem karkołomnym i z góry skazanym na niepowodzenie, bo skoro nie da się zrozumieć człowieka, nie przeszedłszy chociaż mili w jego butach, to jak można zrozumieć kogoś, kogo naznaczyła wojna i samotność emigranta (Caparrós używa pojęć: uciekinier, ocaleniec), cierpienie, którego w genach przekazać się nie da, nie mówiąc o tym, że się nie chce?

Wincenty Rozenberg (lub Vicente Rosenberg) (rocznik 1902), z Chełma, później z Warszawy, polski Żyd, nieukończony prawnik, uciekając przed gettem ławkowym na Uniwersytecie Warszawskim, przed dziwnym znikaniem kolejnych przyjaciół przestających go znać, przed antysemityzmem, który z osoby pochodzenia semickiego czyni podczłowieka, och, sam do końca nie wie przed czym, wyjeżdża do Berlina, potem Amsterdamu, Paryża, aby w końcu odpłynąć do Buenos Aires.

Antonio Manuel Bernardo Caparrós Moreno (rocznik 1897), Hiszpan z Grenady, później z Madrytu, lekarz, społecznik, uczestnik wojny domowej i więzień reżimu Franco, mąż i ojciec, ratuje życie emigrując do Argentyny. Żona z dziećmi dołącza do niego później.

Martín Caparrós podejmuje się zadania niewykonalnego: na podstawie własnych wspomnień i cudzych opowieści, na podstawie kilku starych zdjęć, na bazie własnej wrażliwości i rozedrgania w odbiorze świata próbuje wczuć się w swoich dziadków - w ich sposób myślenia, widzenie rzeczywistości, uczucia. Jednocześnie, nie mogąc być nikim poza samym sobą, opierać się musi na tym, co sam mógłby w danej sytuacji odczuwać. "Mógłby" jest tu słowem kluczowym. Nieważne, jak bardzo chcielibyśmy zrozumieć najbliższego nawet człowieka, możemy się tyko łudzić, że nam się to udaje.

„Byli ocaleńcami, tymi, którym udało się przeżyć. Ja żyję, ponieważ oni uciekli – tak jak żyje, przypuszczam, mój syn, ponieważ uciekłem z Argentyny, kiedy byłem młodym chłopakiem, a moich przyjaciół mordowano.
I myślę sobie: gdyby tak nie być ocaleńcem; jakby to było, nie być nim” [1].

Czym jest dziedzictwo krwi? Jak wyobrazić sobie własnych dziadków jako chłopców w krótkich spodenkach, jako młodych mężczyzn, mających "całe życie przed sobą" - to fraza zupełnie niepojęta w kontekście zaistniałych dziejów? Jak zrozumieć strach przed czymś, czego się nie doświadczyło czy poczucie winy za coś, czego się nie przeżyło? "Dziadkowie" to hołd złożony przez wnuka antenatom, ale też krzyk bezsilnej rozpaczy przeciwko wojnie, wykorzenieniu, byciu przedmiotem manipulacji i gierek tych, którzy siedząc na wysokich stołkach decydują o losie milionów. Przeciwko bezradności ofiar, których imię brzmi: milion, a którzy nikogo nie obchodzą, bo przecież historia ma swoje prawa, rewolucja wymaga ofiar, a tak pięknie i szlachetnie jest umierać za... - tu można wstawić dowolny slogan.

"Wielkim przywilejem arystokracji jest wiedzieć, kim był i co robił pradziadek Hildebrand w 1782 roku. My, proletariusze, nie wiemy. Przez całe stulecia nie mieliśmy rejestrów, jedynie potomstwo. Nie mieliśmy historii, a już zwłaszcza ci z nas - jakże liczni - którzy byli dziećmi emigracji. Czy ktoś powiedział kiedyś, że proletariusze to przyszłość w czystej postaci?" [2].

"Dziadkowie" skupiają się na tych, którzy pozostali. Na traumie przeżycia, która staje się czymś, o czym nie da się z nikim porozmawiać, bo nikt nie rozumie. Przecież uciekłeś, ocalałeś. Żyjesz. Ciesz się tym. O co ci chodzi? Wnuk próbuje wziąć na siebie część doświadczenia dziadków. Zrozumieć. Jak czuł się ktoś, kto codziennie czekał na wyczytanie przez strażnika więziennego swojego nazwiska z listy skazanych na rozstrzelanie, a słyszał wciąż nazwiska kolegów i przyjaciół? Jak żyje się z obrazem matki, nagiej, z ogoloną głową, wpychanej wraz z tłumem innych upokorzonych kobiet do komory z prysznicem, z którego nie popłynęła woda?

„Antonio tęsknił za dawnymi chorymi. Dobre w nich było to, że winą za ich stan można było obarczyć zawsze tych samych podejrzanych: zły traf, nieszczęśliwy wypadek, jakiegoś boga, błąd natury, niedostatek wiedzy – a więc w rezultacie nie można było obarczyć nikogo. Ranni natomiast nosili na sobie piętno winy ludzi (…), ich wszystkich, głupców, którzy nie potrafili się porozumieć w jakiś inny sposób. Każdy ranny był jak cios między oczy, jak potwierdzenie powszechnej głupoty (…) [3].

„Nie sposób wyobrazić sobie tego, czego nikt nigdy nie widział, czego nikt dotąd nie uważał za możliwe (…) Vicente nie może zatem domniemywać tego, czego dowie się później: nie może domniemywać, że tysiące ludzi mordowano każdego dnia, tysiące zagazowywano (…), tysiące palono w owych piecach, z których płomienie buchały w niebo (…). Jego życie zostało przybite do tych czterech lat. Absolutnie decydujące było w jego życiu nie to, co go spotkało lecz to, co go nie spotkało” [4].

Co jest ważne potem? Czym jest pamięć, czym historia? A starość, czas gdy zostaje się dziadkiem? Ta ostatnia, według Caparrósa, jest konstruktem społecznym: „Od tysiącleci ludzie wiele wysiłku wkładają w to, żeby żyć kilka lat dłużej i zrobić się starym. (…) Przewodzą w tych zmaganiach lekarze, chemicy, farmaceuci, biolodzy; strasznie się natrudzili, ale wreszcie zwycięstwo wydaje się przesądzone: jego dowodem są zniszczone, coraz bardziej zawodne ciała (…). Chwilowo jedynym rozwiązaniem (…) jest bezmyślna mimesis: chodzi o to, by ów proponowany produkt kultury – ludzie starzy – był w miarę podobny do produktu natury – ludzi młodych; (…) Świat pełen jest ludzi starych, udających, że starzy nie są, zajętych ośmieszającym pragnieniem bycia tym, kim już nigdy nie będą. (…)
Moi dziadkowie do tego typu starych ludzi nie należeli" [5].

Nie, jego dziadkowie należeli do ludzi czynu, chcących mieć wpływ na własne losy. Nie spodziewali się, że za to też, jak za wszystko w życiu, trzeba będzie zapłacić. A już na pewno nie przyszło im do głów, że płacić może ich wnuk, bo będzie miał wystarczająco dużo empatii i wyobraźni, a przede wszystkim chęci, żeby czuć więź z losami swoich przodków. Trafi jednak na mur. Są bowiem rzeczy, które da się opisać, ale zrozumieć ich nie można. A trzeba z nimi żyć.

„Nie być w danym momencie w miejscu, gdzie działoby się z tobą coś najgorszego – oto chyba najbardziej uczciwa definicja wygnania. Nie być, kiedy określana jest twoja historia. Vincente nie był, ja nie byłem, Antonio przestał być. Jesteśmy uciekinierami – którzy uciekają przed samymi sobą, ma się rozmieć – uciekinierami prawdziwymi.” [6] Tak, bo nie ma innej ucieczki, niż przed samym sobą, a ta z definicji skazana jest na klęskę.

Dziadkowie Martína Caparrósa doczekali się wnuka obdarzonego wrażliwością i darem słowa. Pożyją dłużej niż trzy pokolenia, zachowani nie tylko w pamięci wnuka, ale i jego czytelników. Tyle, że nie ma to już dla nich żadnego znaczenia. Ma natomiast dla tych, którzy zechcą się nad ich historią pochylić.

---
[1] Martín Caparrós „Dziadkowie”, przeł. Marta Szafrańska-Brandt, Wydawnictwo Literackie, 2022, s. 301-2.
[2] Tamże, s. 292.
[3] Tamże, s. 233.
[4] Tamże, s. 253-4.
[5] Tamże, s. 298-9.
[6] tamże, s. 248-9.

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 872
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: