Dodany: 2022-08-26 15:56|Autor: idiom1983

Redakcja BiblioNETki poleca!

Książka: Dunbar
St Aubyn Edward

3 osoby polecają ten tekst.

Balladyna na motorze po angielsku?


Typ recenzji: oficjalna PWN
Recenzent: idiom1983 (Krzysztof Gromadzki)

Pytanie o to, jak należy inscenizować klasykę światowej literatury, jest niemal tak samo stare jak sama klasyka, a nawet jak sama literatura. Na przestrzeni wieków, w odmętach wielu następujących po sobie i przemijających epok, krytykujących to, co dane im było zastać przed sobą, równocześnie nieustannie zapatrzonych w idealne wzorce z przebrzmiałej nie tak dawno przecież przeszłości, pośród mnóstwa mód, konwenansów i kłębiących się pomysłów, trendów i światopoglądów, artyści i inscenizatorzy zawsze stawali przez spędzającym im sen z powiek dylematem: Czy pełną namiętności, uczuć, wyzwań i wątpliwości dramatyczną historię literackich bohaterów przedstawić przed oczami wymagającego i elokwentnego widza, ubraną w klasyczny kostium właściwy dla czasów, kiedy dana historia się rozgrywała, czy też całą rzecz sportretować w przystępniejszym dla współczesnego odbiorcy anturażu, w którym to widz, a nie twórca sztuki czy utworu, poczułby się jak ryba w wodzie? A może najlepiej będzie, choć to niezmiernie trudne i ryzykowne, połączyć to, co dawne z tym, co nowe, i na bazie takiego rewolucyjnego kolażu wykuć nowe kanony interpretowania nieśmiertelnej klasyki? Na tak postawione pytanie nie ma chyba jednej, całkowicie poprawnej i w pełni właściwej odpowiedzi. Wszystko zależy od tego, w jakich proporcjach konserwatywna tradycja i innowacyjna nowoczesność połączą się w umysłach interpretatorów, aby ci zamknęli w swoim przedstawieniu dzieło sztuki godne najwyższych kulturalnych i artystycznych laurów.

Siódmego lutego 1974 roku, na deskach warszawskiego Teatru Narodowego odbyła się premiera jednego z najgłośniejszych i najwybitniejszych przedstawień w całym dorobku polskiej sztuki scenicznej. "Balladyna" Juliusza Słowackiego w reżyserii i interpretacji Adama Hanuszkiewicza, wywołując skrajne i gwałtowne emocje, bez wątpienia stała się jednym z największych wydarzeń kulturalnych tamtych czasów. W samym środku peerelowskiej szarzyzny, tylko delikatnie osłodzonej czasami gierkowskiej prosperity, nad którymi już zaczynały się zbierać pierwsze czarne chmury nadchodzącego kryzysu, przedstawienie Hanuszkiewicza szokowało widzów zerwaniem z romantycznym kostiumem naszkicowanym przez Słowackiego, pełnymi garściami czerpiąc i nawiązując do osiągnięć i dokonań przełomowego dla dziejów świata dwudziestego stulecia. Kwintesencją rewolucyjności spektaklu Hanuszkiewicza była dziś już legendarna scena, kiedy wcielająca się w postać Goplany, ubrana w stylizowany na kostium amerykańskiej aktorki Jane Fondy z kultowego filmu "Barbarella" Bożena Dykiel, wjechała na scenę motocyklem japońskiej marki Honda. Rozmach przedstawienia momentalnie przykuł uwagę opinii publicznej, windując recenzje i opinie o spektaklu na pierwsze strony najpoczytniejszych gazet. Przed kasami biletowymi warszawskiego teatru ustawiały się długie kolejki, a ceny biletów u koników osiągały zawrotne sumy. Największą miarą powodzenia Hanuszkiewiczowskiej "Balladyny" był sukces spektaklu wśród młodego pokolenia widzów, które zobaczyło odbrązowioną kreację głównej bohaterki, to znaczy młodą, wkraczającą w dorosłość kobietę, a nie posągową sylwetkę sztywno wykreowaną w zamierzchłych, dawno minionych czasach. Licealistki anno domini 1974 uświadomiły sobie, że Balladyna, którą obejrzały na teatralnej scenie, tak samo jak one potrafi zazdrościć przystojnego adoratora swojej najlepszej przyjaciółce, a nawet własnej rodzonej siostrze. I aby zdobyć sobie jego przychylność, tak jak one same, nie cofnie się przed niejednym niechlubnym postępkiem. Oczywiście w tym zachłyśnięciu się zachwytem nad interpretacją Hanuszkiewicza znaleźli się i tacy, którzy, będąc przyzwyczajonymi do klasycznej interpretacji sztuki Słowackiego, bez ogródek krytykowali reżyserską wizję ukazanej teatralnym widzom historii zazdrosnej i mściwej Balladyny. Sam Hanuszkiewicz pozostał dziwnie spokojny wobec burzy, którą zupełnie świadomie i z pełną premedytacją rozpętał. Krytykom powtarzał, że mimo jego usilnych starań, w dalszym ciągu to Słowacki robi Hanuszkiewicza, a nie odwrotnie. On tylko odkleił długą, siwą, a przede wszystkim sztuczną brodę wieszcza, mędrca i starca od liczącego sobie zaledwie dwadzieścia pięć lat młodzieńca, jakim był Słowacki w momencie, kiedy pisał swój inspirowany wierzeniami dawnych Słowian oraz "Makbetem" Williama Szekspira dramat.

Identyczne wyzwanie stanęło przed angielskim pisarzem Edwardem St Aubyn, kiedy wydawnictwo Hogarth Press zaproponowało mu udział w projekcie napisania nowych, uwspółcześnionych wersji największych i najgłośniejszych dramatów genialnego twórcy ze Stradford-upon-Avon. Obok St Aubyna w projekt zaangażowano pisarzy tej miary i sławy co Margaret Atwood, Howard Jacobson, Jeanette Winterson, Jo Nesbo czy Gillian Flynn. Już samo znalezienie się w tak doborowym towarzystwie musiało być sporym wyróżnieniem dla autora bestsellerowego cyklu powieściowego "Patrick Melrose", z bezpruderyjną szczerością i z wiwisekcyjnym zacięciem opisującego życie brytyjskich kręgów arystokratycznych, którym bardzo daleko do nieszczerze lansowanej na pokaz gawiedzi doskonałości. W moim mniemaniu z karkołomnym zadaniem napisania uwspółcześnionej wersji "Króla Leara" St Aubyn poradził sobie dobrze, jednak do miary genialnej wizji i interpretacji "Balladyny" Hanuszkiewicza sporo mu jednak zabrakło. Na usprawiedliwienie brytyjskiego pisarza w jego artystycznym pojedynku z polskim reżyserem trzeba jednak uczciwie przyznać, że nasz rodak, inscenizując spektakl na deskach teatru, dysponował nieporównanie większą gamą środków i paletą możliwości twórczych niż jego pisarski adwersarz z kraju nad Tamizą. Wszystkie te okoliczności, w połączeniu ze stosunkowo słabo znanym i dość obojętnie odbieranym w Polsce "Królem Learem", przynajmniej w porównaniu z innymi szekspirowskimi dramatami, wpłynęły na moje wnioski, kiedy, może w nieco karkołomny sposób, próbowałem porównać finał artystycznych dociekań i starań obydwu tych ciekawych i kreatywnych twórców sztuki.

W powszechnej opinii krytyków literatury na całym świecie "Król Lear" uchodzi za jeden z największych literackich i dramatycznych utworów Szekspira, aspirując do miana arcydramatu wszech czasów, z pokaźnymi szansami na zwycięstwo w takim plebiscycie, o ile oczywiście ktokolwiek i kiedykolwiek zdecydowałby się go ogłosić. Był inspiracją chociażby dla wspomnianego już wcześniej Juliusza Słowackiego, który cytuje jego fragmenty w swoim opozycyjnym względem "Dziadów" Adama Mickiewicza "Kordianie". Sława "Króla Leara" przekraczała granice państw, kontynentów, mórz i oceanów, a jego najsłynniejszą bodaj filmową adaptacją jest film giganta reżyserii światowego kina, Japończyka Akiro Kurosawy pt. "Ran", co po japońsku można przetłumaczyć jako bunt, rebelia lub powstanie, gdzie historia legendarnego brytyjskiego monarchy przeniesiona została do Japonii przełomu XV i XVI wieku, w sam środek procesu osłabienia władzy centralnej rządzącego krajem szoguna epoki Sengoku i frakcyjnych walk pomiędzy zwaśnionymi samurajskimi feudałami. W postać króla wcielali się najwybitniejsi aktorzy, jak chociażby sławny Lawrence Olivier, a kościec dramatycznej intrygi sztuki Szekspira wrył się niemal w DNA literackiej i nie tylko tożsamości całej anglosaskiej kultury, od Wielkiej Brytanii poczynając, kończąc zaś na położonych na antypodach Australii i Nowej Zelandii.

W historii Henry'ego Dunbara - osiemdziesięcioletniego właściciela globalnego medialnego koncernu, który piął się do bogactwa poprzez nieuczciwe zagrania, nieczyste machlojki i wrogie przejęcia, a teraz, przytłoczony starością i chorobą, oszukany przez dwie spośród trzech swoich córek, zwraca się do tej trzeciej, uprzednio wydziedziczonej, imieniem Florence o ratunek dla dorobku całego swojego życia - każdy brytyjski czytelnik, od dziecka obznajmiony z pełnym kontekstem całej głębokiej i niełatwej sztuki, momentalnie wychwyci o wiele więcej literackich smaczków i aluzji, niż niepozorny polski recenzent powieści St Aubyna i autor tych skromnych wynurzeń i refleksji. W mojej ocenie "Dunbar" to dobra powieść, niepozbawiona ikry i dobrze dopracowana, niemniej jednak pozostająca tylko satelitą oryginału, która, jak wszystkie satelity, świeci wyłącznie światłem odbitym od prawdziwej gwiazdy, jaką jest i na zawsze już pozostanie ponadczasowy i genialny dramat genialnego Williama Szekspira. Oddając jednak Bogu to, co boskie, a Cezarowi to, co cesarskie, trudno będzie każdemu, kto sięgnie po "Dunbara", zaprzeczyć opinii, że powieść St Aubyna idealnie nadaje się na literacki aperitif, zaostrzający czytelniczy apetyt na główne danie wielkiej intelektualnej uczty, w postaci "Króla Leara" w pełnej, pięknej i najczystszej krasie.

Ocena recenzenta: 4,5/6

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 827
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 2
Użytkownik: Losice 2022-09-02 20:57 napisał(a):
Odpowiedź na: Typ recenzji: oficjalna P... | idiom1983
Zaliczam się do szczęśliwców, którzy dzięki wspaniałej pani polonistce, w ósmej klasie szkoły podstawowej oglądali kultową "Balladynę" w reżyserii Adama Hanuszkiewicza w Teatrze Narodowym w Warszawie.
Oglądałem również równie słynną i bulwersującą (wówczas) adaptację "Kordiana" Słowackiego, gdzie w głównej roli Hanuszkiewicz obsadził (grającego na drabinie) młodego aktora Andrzeja Nardellego. Ten bardzo obiecujacy aktor, dla którego rola Kordiana była debiutem scenicznym, pochodził z Mysłowic - zmarł tragicznie w czerwcu 1972 roku (utonął kąpiąc się w Narwi) - miał 25 lat.
Użytkownik: idiom1983 2022-09-02 22:03 napisał(a):
Odpowiedź na: Zaliczam się do szczęśliw... | Losice
Mityczny Król Lear i legendy na temat jego panowania odgrywają w wyobraźni Brytyjczyków taką samą rolę, jak w polskiej tradycji legendy o Piaście Kołodzieju i postrzyżynach jego syna Siemowita, legenda o Królu Popielu, którego myszy zjadły, czy najbardziej chyba zbliżona do opowieści o Learze, legenda o Księciu Kraku i jego córce Wandzie, co nie chciała Niemca. Warto też dodać, że podczas scenicznych prób do "Króla Leara", wcielając się w rolę tytułową, zmarł na teatralnej scenie odtwórca roli Michała Wołodyjowskiego w dwóch pierwszych ekranizacjach "Trylogii" Sienkiewicza w reżyserii Jerzego Hoffmana, jeden z najwybitniejszych polskich aktorów wszech czasów - Tadeusz Łomnicki. Pozdrawiam! 😃
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: