Dodany: 2022-07-29 10:21|Autor: misiak297

Redakcja BiblioNETki poleca!

Książka: Zakatarzony masażysta
Zeydler-Zborowski Zygmunt (pseud. Helner Tomasz lub Zorr Emil)

1 osoba poleca ten tekst.

Masażysta w muślinowej masce


Mieszkająca w Podkowie Konstancja Dobrowiecka, zamożna starsza kobieta, regularnie korzysta z masaży. Tym razem zabieg nie może się odbyć – masażysta Kazimierz Walendziak musi wyjechać na pogrzeb do Gdańska. Nieoczekiwanie jednak dzwoni, że się przeziębił, więc zrezygnował z udziału w rodzinnej uroczystości. Może przyjść, aby wykonać masaż, ale założy maseczkę, aby nie zarazić swojej klientki. Gosposia wpuszcza zamaskowanego mężczyznę do środka i wychodzi po zakupy (jak zezna później: „Pewnie z godzinkę mi zeszło. Tu trzeba postać, tam trzeba postać. Ile to czasu traci się w tych kolejkach, to pan sobie nie wyobraża. Mężczyźni w ogóle nie wiedzą, co to znaczy pójść po zakupy”[1]). Po powrocie zastaje swoją panią uduszoną…

Okazuje się, że Walendziak nie zapowiadał swojej wizyty – nie ma kataru, uczestniczył w pogrzebie w Gdańsku. Kim był zatem zamaskowany fałszywy masażysta? Stefan Downar ma twardy orzech do zgryzienia. Musi poszukać sprawcy wśród najbliższych denatki. Czy ciocię udusił niepracujący siostrzeniec, raczej podejrzany typ, choć zdolny do samokrytyki („Ciotka miała może trochę przestarzałe poglądy na życie, ale niezależnie od tego... Prawdę powiedziawszy, siostrzeniec, czyli ja, nie bardzo jej się udał. Co tu będziemy owijać w bawełnę? Lubię sobie pograć w pokera i na wyścigach, lubię popić, lubię się zabawić z dziewczynkami”[2])? A może to Wanda Podgórecka, potężna siostra Konstancji („Tak właśnie wyglądała zapewne Sienkiewiczowska Horpyna lub któraś z mitycznych Walkirii, Szerokie, muskularne ramiona, potężne dłonie, jakby stworzone do gięcia i łamania żelaznych sztab, imponujący kark, którego w żaden sposób nie można było porównać z łabędzią szyją - wszystko to upodabniało siostrę pani Dobrowieckiej do zawodowej atletki, która przed chwilą opuściła arenę cyrkową”[3])? Zbiedniała, a miała siostrze za złe romans z prawie dwadzieścia lat młodszym mężczyzną („Kobieta z naszej sfery nie powinna się tak deklasować”[4]). Czy na morderstwo poważył się szwagier zmarłej, zwany kochanym Augustem? Chyba, że sprawcą jest jeszcze ktoś inny? Wychodzi na jaw, że to nie jest pierwsze morderstwo w tej rodzinie…

To naprawdę sprawnie napisany kryminał. Intryga jest całkiem udana, do tego Zygmunt Zeydler-Zborowski pisał w świetnym stylu. Każda postać została ciekawie poprowadzona, a same opisy bohaterów są bardzo plastyczne. Oto na przykład charakterystyka Lutka Sobieszańskiego, siostrzeńca Konstancji:

„Był przedziwnie wypłowiały. Wyglądał jak człowiek, którego przez dłuższy czas moczono w silnym roztworze środków piorących. Jasnobeżowe, niezbyt starannie odprasowane ubranie oraz nijakiego koloru krawat potęgowały jeszcze to wyrażenie. Wiek nieokreślony. Mógł mieć zarówno dwadzieścia pięć, jak i czterdzieści kilka lat”[5].

Kapitalne są także dialogi. Zostańmy przy tym Lutku:

- Czy można wiedzieć, z czego się pan utrzymuje? - spytał Downar.
Sobieszański wykonał jakiś dziwny młynek dłońmi, a następnie bezradnym gestem rozłożył szeroko ręce.
- Bardzo trudno to sprecyzować, panie majorze, bardzo. Sam się nawet nieraz dziwię, jak to się dzieje, że ja jakoś egzystuję, nie pracując.
- Jeść pan jednak coś musi - nastawał Downar, - Tym bardziej, że jak słyszę, jest pan przyzwyczajony do dobrego odżywiania od wczesnego dzieciństwa. A artykuły spożywcze kosztują, nawet i te prywatne obiadki zapewne nie są wydawane gratisowo.
- Jasne, że nie. Niestety, za wszystko trzeba płacić.
- No, więc? Skąd pieniążki?
- Jakby to panu majorowi wytłumaczyć...? Widzi pan... moja świętej pamięci mamusia zostawiła mi trochę biżuterii, którą ja powoli, ale systematycznie upłynniam. Poza tym... Od czasu do czasu coś wygram w brydża. Brydż to właściwie jedyna rzecz, którą umiem robić. Wszystkie te nauki szkolne i uniwersyteckie wyleciały mi z głowy. A w ogóle doszedłem do przekonania, że na studia to szkoda czasu. Bardzo szybko człowiek zapomina tego, czego się nauczył.
- A poza brydżem? - Downar był niestrudzony. - Nie bardzo mogę uwierzyć w to, żeby z brydża można się było utrzymać.
- Poza brydżem? - powtórzył Sobieszański. Robił wrażenie człowieka szczerze zakłopotanego. - Bo ja wiem... Tak jakoś... No... kombinuje się...
- Co się, kombinuje?
- No... od czasu do czasu jakaś transakcyjka. Wie pan jak to jest. Kupił, sprzedał, zarobił parę złotych. Same drobiazgi”[6].

Dodajmy jeszcze do tego rozmaite peerelowskie smaczki. Walendziak naprawdę ma na imię Sebastian, ale używa drugiego imienia, bo „Sebastian to tak jakoś trochę dracznie”[7]. Kiedy Downar uświadamia Sobieszańskiemu, że jego sytuacja nie wygląda dobrze, ten odpowiada: „Ja także nie wyglądam dobrze. Zabradziażyłem się trochę”[8]). Z innych ciekawych słów pojawia się „miglanc”, a zamiast „samochód” mówi się „wóz”. Przebywając w Amsterdamie (bardzo ciekawy wątek), Downar przelicza guldeny na czarnorynkowe dolary. Sobieszański chce zaimponować śledczym, częstując ich coca-colą (obaj wybierają ją zamiast lemoniady, soku pomarańczowego, a nawet kropelki koniaku, który Lutek popija ze względu na swoje problemy z żołądkiem). Najbardziej rozbawił mnie major Downar, pędzący do „SAM-u” po szwajcarską czekoladę z orzechami, aby przekonać pewną kokieteryjną kwiaciarkę do rozmowy, bo nie zgodziła się na całusa („- E tam… Pan to jakiś niedzisiejszy. Takie ekwiwalenty były dobre sto lat temu”[9]).

Co tu kryć – to był świetnie spędzony czas!

[1] Zygmunt Zeydler-Zborowski, „Śmierć grabarza. Zakatarzony masażysta”, Wydawnictwo LTW, 2022.
[2] Tamże, s. 140-141.
[3] Tamże, s. 153.
[4] Tamże, s. 155.
[5] Tamże, s. 140.
[6] Tamże, s. 144-145.
[7] Tamże, s. 127.
[8] Tamże, s. 188.
[9] Tamże, s. 199.

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 308
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: