Dodany: 2022-05-13 17:08|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Ktoś bliski prosi o pomoc, a pomóc się nie da...


Taka książka jest ważna i potrzebna, bo porusza wciąż tylko marginalnie obecny w zbiorowej świadomości temat komfortu (a w polskich warunkach – raczej dyskomfortu…) umierania. Dość typowy przypadek: ojciec autora, nie skończywszy jeszcze 60 lat, nagle dostaje żółtaczki. Kilka badań i wszystko jasne: rak trzustki, rozpoznanie praktycznie równe wyrokowi śmierci – i nie dlatego, że to się dzieje w Polsce, bo po prostu nie wynaleziono dotąd leczenia, które dawałoby choćby jednemu na trzydziestu chorych szanse przeżycia dłuższego niż rok. Operacja i chemioterapia podjęte już praktycznie bez nadziei, ale na początku każdy – i lekarz, i pacjent, i rodzina – wierzy albo próbuje wierzyć, że może to będzie ten jeden czy dwa procent, w którym „coś” się uda. Trudno powiedzieć, czy bardziej wykańcza organizm rak, czy chemia, w każdym razie po kilku miesiącach choroby wszyscy wiedzą, że „to już umieranie”, ale ponieważ „ma sześćdziesiąt lat, jest za młody na umieranie i ma mocne serce, więc to może potrwać”[1]. Wysiada po kolei cały przewód pokarmowy, słabną mięśnie, choremu mąci się w głowie, ale nie na tyle, by nie zdał sobie sprawy, że już nie ma o co walczyć. Mimo katolickiego światopoglądu, któremu – inaczej, niż syn – jest wierny do końca, po którymś kolejnym ataku bólu i wymiotów „już chce to zakończyć”[2]; prosi syna o „coś na wszelki wypadek, żeby było pod ręką (…). Żebym chociaż mógł jak pies! Żebym jak pies mógł zdechnąć, jak nasz Morris, żebym mógł odejść, zasypiając po prostu”[3]. Najprostsze byłoby przedawkowanie leków przeciwbólowych, ale, po pierwsze, chory musi móc połknąć tabletki, a po drugie, syn nie jest pewien, czy na pewno poskutkuje: „Co, jeśli podając mu sevredol, zafunduję mu jeszcze większe katusze?”[4]. Nikt nie potrafi pomóc, a krótkotrwałe pobyty w szpitalu – w tym na oddziale paliatywnym, który „ma na celu uśmierzenie dokuczliwych objawów, zaspokojenie potrzeb psychosocjalnych i duchowych chorego oraz wspieranie jego rodziny”[5] – tylko pozornie rozwiązują problemy (to znaczy, rozwiązują jeden, stwarzając nowe...). Zwłaszcza, że trwa pandemia, więc rodzina nawet nie ma wstępu do pacjenta. A personel nie ma do niego ani do jego przerażonych bliskich cierpliwości. Więc ostatecznie kończy się tak, jak zawsze: cierpienie rośnie, rośnie, aż osiągnie poziom nie do zniesienia, aż cierpiący człowiek przestaje rozumieć powtarzane co dzień, co godzinę zapewnienia: „robimy wszystko, żeby ci ulżyć w cierpieniu”[6]. No, nie wszystko, bo „wszystko” byłoby dopiero wtedy, gdyby człowiekowi wolno było odejść tak, jak psu, któremu weterynarz podaje stosowny zastrzyk. Ale człowiekowi nie poda go ani lekarz, ani członek rodziny, bo to wedle prawa zbrodnia, a wedle religijnych reguł grzech śmiertelny. Czy większym przestępstwem i większym grzechem jest dać choremu zasnąć bez bólu, czy pozwalać, żeby się przez wiele dni, tygodni, miesięcy tak potwornie męczył?

W każdym, kto miał w rodzinie podobną sytuację, zostaje ona na długo. Może na zawsze. Przeczytanie tych wyznań młodego artysty, zapisującego swoje odczucia przez cały okres schyłkowej fazy choroby ojca, nie naprawi tego, co już się stało, ale przynajmniej pozwoli zrozumieć, że nikt, kto pragnąc ulżyć bliskiej osobie, rozważa wykroczenie przeciw prawu i obowiązującym normom moralnym, nie jest zwyrodnialcem ani zbrodniarzem; że to sytuacja tragiczna, a jednak normalna. Normalne jest i to, że w takim położeniu każdy czy prawie każdy woli, by ta osoba umarła jak najszybciej, niż, by tak cierpiała, i to, że nawet, gdyby był przekonany o moralnej słuszności swojego odczucia, i tak nie czuje się na siłach jej pomóc. W każdej innej kwestii – tak, ale nie w tej. I, że cokolwiek by zrobił, nie pozwoli mu to zaznać spokoju.

Jest to opowieść jeszcze bardziej brutalna i wstrząsająca, niż „ojciec.prl” Staszewskiego czy „Stary król na wygnaniu” Geigera, których narratorzy musieli się zmierzyć z demencją – ale nie z tak nasilonym fizycznym cierpieniem – swoich ojców. I chyba zupełnie nieretuszowana, nie tylko w zakresie opisów objawów chorobowych ojca i związanych z nimi doznań syna; ten ostatni znajduje też miejsce na wyłożenie ogromu swojej awersji do kościoła katolickiego i w ogóle wszelkiej religii (a nie jest to proces wyzwolony przez chorobę ojca, tylko trwający od dawna), nie stara się też ani trochę ograniczyć wulgaryzmów, którymi sypie zdecydowanie ponad miarę (i gdyby tylko w sytuacjach, gdy wyprowadza go z równowagi cierpienie ojca lub zachowanie określonych osób! Ale nie, jest i „naku...amy zen”[7] w streszczeniu codziennych czynności we własnym domu autora – tu myślę, myślę, i nie umiem wymyślić, jaki czasownik miał zastąpić ten „wytworny” dziwoląg językowy – i „fala wszystko rozj..uje”[8] w opisie snu. Naprawdę niepotrzebnie. Bluzgać każdy potrafi, ale czy koniecznie trzeba to robić publicznie?)
Drugim elementem, który mi nie pozwolił tej książki ocenić wyżej, jest włączenie do niej dwóch fragmentów, niemających z zasadniczą treścią opowieści nic wspólnego, a razem zajmujących więcej niż 1/3 objętości: napisanej przez autora sztuki (60 stron), którą on sam nazywa „najlepszym zapisem emocji towarzyszących mi w tym czasie”[9] (przyznaję, że tych emocji w żaden sposób nie umiem odczytać, kompletnie nie rozumiejąc, co w ogóle może je łączyć z prześmiewczym – oczywiście fikcyjnym – dialogiem dwóch znanych pisarzy SF, do którego wtrącają się od czasu do czasu głosy osób trzecich, w tym kolejnej światowej sławy w tym gatunku, okazujące się jednak … jak by to powiedzieć… fikcją w fikcji. Ale tego rodzaju groteska nigdy do mnie nie trafiała) i utrwalonej na dyktafonie rozmowy z babką (24 strony), wspominającą wojenny pobyt w Niemczech, który raczej nie przekłada się na późniejsze losy rodziny. Rozumiem, że dla autora oba te teksty są ważne, choćby dlatego, że stworzone na świeżo i chciałby się nimi z kimś podzielić. Ale według mnie przytłaczają właściwą historię i wprowadzają w nią chaos.

Najchętniej wystawiłabym dwie oceny: jedną za rzeczywistą opowieść o doświadczeniach związanych z umieraniem bliskiej osoby (powiedzmy, 5,5) i drugą za tę resztę, czyli nadmiar wyrazów nieparlamentarnych i mankamenty kompozycyjne (najwyżej 2,5); średnia arytmetyczna wychodzi na równe 4, co nie w pełni oddaje moje wrażenia, ale niech będzie, skoro inaczej się nie da.

[1] Mateusz Pakuła, „Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję”, wyd. Nisza, 2021, s. 124.
[2] Tamże, s. 138.
[3] Tamże, s. 140.
[4] Tamże, s. 142.
[5] Tamże, s. 103.
[6] Tamże, s. 148.
[7] Tamże, s. 9.
[8] Tamże, s. 128.
[9] Tamże, s. 14.

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 142
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 2
Użytkownik: Marylek 2022-05-13 17:36 napisał(a):
Odpowiedź na: Taka książka jest ważna i... | dot59Opiekun BiblioNETki
Mnie też najpierw przeszkadzały te wtręty i zaburzały odbiór umierania ojca, szczególnie nonsensowne dialogi Dicka i Lema. Potem doszłam do wniosku, że to jest wentyl bezpieczeństwa. Pakuła uciekał od nadmiaru negatywnych emocji w pisanie tekstów własnych i tym też chciał się podzielić.

Tak jak u Caparrosa (Głód (Caparrós Martín)) były przerywniki w stylu chóru w tragedii greckiej, tak tutaj, mamy przerywniki w postaci twórczości niezwiązanej z głównym tematem. Tak to widzę.
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 2022-05-13 18:11 napisał(a):
Odpowiedź na: Mnie też najpierw przeszk... | Marylek
No, pewnie tak, niemniej jednak ta objętość sztuki wydaje mi się pewną przesadą. Może gdyby autor zamieścił tylko jej urywki, to by tak nie przeszkadzało.
Legenda
  • - książka oceniona przez Ciebie - najedź na ikonę przy książce aby zobaczyć ocenę
  • - do książki dodano opisy lub recenzje
  • - książka dostępna w naszej księgarni
  • - książka dostępna u innych użytkowników (wymiana, kupno)
  • - książka znajduje się w Twoim schowku
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: