Dodany: 2022-05-10 15:52|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Książka: Zbuntowani
Márai Sándor

2 osoby polecają ten tekst.

Gdy dorośli zawodzą, nie chce się dorosnąć


Jest rok 1918. Trwa wojna. Przez miejsce akcji – nieokreślone miasto, o którym więcej za chwilę – nie przetacza się front, ale i tak pozostawia ona na nim swoje ślady: „ojcowie poszli, starszych braci zabrano”[1]. Jedni z nich – jak mąż młodej kobiety, u której wynajmuje mieszkanie aktor Amadé– nie wrócą już nigdy, inni – jak szewc Zakarka i młodziutki Lajos Prockauer, którego zaraz po maturze wzięto do wojska – wrócili okaleczeni fizycznie i psychicznie, a losy jeszcze innych – choćby pułkownika Prockauera i doktora, ojca Ábla, w którego mieszkaniu rozpoczyna się akcja, a także i samych maturzystów, głównych bohaterów powieści, którzy „za sześć tygodni będą musieli włożyć mundury i, z naszywkami ochotnika czy bez nich, pod koniec sierpnia zostaną wysłani na front” [2] – wciąż się ważą. W czasach pokoju Ábel, Béla, Ernő i Tibor, a także towarzyszący im z doskoku bracia Garrenowie, Péter i Tamás, byliby pewnie bardziej dumni z uzyskanego właśnie certyfikatu dorosłości, uprawniającego do publicznego palenia papierosów, picia alkoholu i tylu innych zakazanych rzeczy (choć, jak konstatuje pierwszy z nich, przypatrując się fotografiom wywieszonym w szkolnym korytarzu, w porównaniu z absolwentami z poprzedniego pokolenia są o wiele dziecinniejsi). Ale świat dorosłych ich zawiódł, rozsypał się na kawałki, pozbawił ich codziennej rutyny i pewności co do następstwa zjawisk („nie cierpię tego, czego nas uczą. Nie wierzę w to, co oni wierzą. (…) A teraz nie wiem, co będzie”[3] – mówi Ábel), więc przez ostatni rok przed maturą rozpaczliwie starali się nie dorosnąć. Założona przez nich „banda” „z okruchów tamtego świata (…) próbowała coś stworzyć, zbudować pod niebem mały klosz, pod którym mogli się skryć i z gorzkim grymasem patrzeć przez szybę na ten drugi świat”[4]. Najgłupszym, a jednocześnie najstraszniejszym w skutkach jej wyczynem były kradzieże, ot, tak tylko, bez jakiegokolwiek celu: zabrane z domów przedmioty gromadzili w specjalnym magazynie, za pieniądze sprawiali sobie rzeczy całkowicie bezużyteczne, na przykład dziwaczne ubrania, nadające się co najwyżej na kostiumy teatralne. Jeden z nich w swoim zapale mocno przesadził. Drugi, doraźnie go ratując, dopuścił się kradzieży grubszego kalibru i zabrane spod łóżka matki rodzinne srebra zastawił w lombardzie. A teraz nadeszła chwila, w której wszystko może się wydać. Chłopcy liczą na pomoc jedynego (bo nie można tu liczyć Lajosa, który po krótkim i dramatycznym epizodzie wojowania próbuje jakby cofnąć czas, trzymając się z młodszym bratem i jego kolegami) dorosłego, z którym się zbliżyli w ostatnich czasach, lecz czy słusznie? A jeśli się okaże, że nie tylko aktor, ale także któryś z nich nie gra fair (co już od pewnego czasu podejrzewają)?

Dziwna jest ta powieść. Dziwna nie tylko ze względu na odrealnienie miejsca akcji. A jest ono niewątpliwe; nie trzeba nawet być szczególnym orłem z geografii, żeby się zorientować, że opis miasta – które „śpi wśród gór. (…) Przez miasto biegnie rzeka, wartka górska rzeka, powietrze jest ostre i twarde. Po górskich zboczach wspina się gęsty las. Na szczycie najwyższej z gór długo błyszczy śnieg, z czego mieszkańcy są dumni, ponieważ krajobraz ten nadaje miastu charakteru alpejskiego. (…) Miasto położone jest nad morzem, właściwie niewielką zatoką”[5] – nie może dotyczyć żadnej miejscowości znajdującej się w granicach dzisiejszych Węgier. W byłym cesarstwie austrowęgierskim, owszem – i to niejednej spośród tych leżących wzdłuż wschodniego wybrzeża Adriatyku, od Triestu aż po Dubrovnik. Jednak nie ma w powieści ani jednej postaci, która by nosiła nazwisko włoskie czy słowiańskie, nie ma wzmianki, by ktokolwiek posługiwał się językiem innym niż węgierski. Przypuszczałam (i później znalazłam argument na korzyść tej tezy w posłowiu następnego tomu), że autor celowo stworzył miasto nieistniejące, by uniknąć ewentualnych pytań o odniesienia do rzeczywistości; to miała być powieść nie o konkretnym miejscu i konkretnych ludziach, lecz o zjawiskach i mechanizmach, powodujących, że relacje między ludźmi układają się tak, a nie inaczej.

Jednym z tych zjawisk jest wywołany nie przez samą wojnę, ale bez wątpienia przez nią przyspieszony, krach funkcjonującego przez wieki systemu społecznego, z jego podziałem na klasy, jego obyczajowością i kulturą, dotkliwy szczególnie dla tych, którzy – jak niemal wszyscy chłopcy z „bandy”, a także będący ich rówieśnikiem sam autor – wywodzili się z zamożnego mieszczaństwa i drobniejszych posiadaczy ziemskich (o tym wielokrotnie wspomina Márai czy to w swoich dziennikach, czy w dwóch obszernych dziełach autobiograficznych, a i w niektórych powieściach można znaleźć echa tego procesu). Świat, który znali, mogą co najwyżej utrwalić w pamięci, bo więcej go już nie zobaczą. Każdy taki przełom, obojętnie, gdzie i kiedy miał miejsce, powoduje w ludzkich umysłach przewartościowania: coś, co się dawniej miało za najważniejsze, nagle przestaje się liczyć, dotychczasowe strategie zabezpieczania przyszłości okazują się bezwartościowe, niezmieniające się od lat tradycje zostają zastąpione przez przychodzące i odchodzące mody. To jeszcze nie taka „płynna nowoczesność”, jaką w naszej epoce przekonująco opisał Bauman, ale dla ludzi o ówczesnej mentalności jest już wystarczająco płynna, by wprowadzić w ich życie chaos i niepewność jutra – i wystarczająco szkodliwa, by zagrozić ich duchowej integralności. Zresztą nie tylko duchowej, bo jeśli dusza się rozsypuje na kawałki, to i ciało jest w niebezpieczeństwie; chłopcy przekonają się o tym na własnej skórze, kiedy jeden z nich pojmie, że ani zapatrzeniem w innych i pokornym ich naśladowaniem, ani nienawiścią i zdradą nie dojdzie do punktu, w którym uda mu się „wyskoczyć z własnej skóry. (…) To nieprawda, że tego się można nauczyć. (…) nie ma tych pieniędzy, władzy, siły czy wiedzy, dzięki którym można to nadrobić”[6]. Czy jest w tym bolesnym stwierdzeniu pełna racja, czy nie do końca, to już inna sprawa…

Oczywiście, jak w każdej powieści o przekraczaniu granicy dzielącej dzieciństwo od dorosłości, musi się znaleźć i motyw seksualności. Wszyscy czterej główni bohaterowie myślą o kobietach, mówią o kobietach… choć akurat uczynkiem nie grzeszą. Ale prócz tej typowej nuty pojawia się i inna: jeden z chłopców ma w sobie coś takiego, że inni do niego lgną. Do tej pory każdemu (albo prawie każdemu) zdawało się, że to czysta przyjaźń. Ábel „starał się odciągnąć Tibora od bandy i być z nim sam na sam. (…) Gdy nie był z nim, czuł tylko bolesne zmieszanie i dezorientację. Przygotowywał się do spotkań, na każdą okazję wymyślał jakąś niespodziankę, chciał się przypodobać”[7]. Ernő nawoływał Tibora przez sen, a jak mówi jego ojciec, „człowiek woła we śnie kogoś po imieniu tylko wtedy, gdy cierpi”[8]. I dopiero długo potem, po szokującej scenie, której wszyscy byli świadkami, powiedział mu, co myśli: „masz w sobie coś, co napyta ci w życiu wiele biedy. Coś, na co nic nie można poradzić i co przyciąga do ciebie ludzi. Szczególnie ludzi pewnego pokroju”[9] – „pewnego”, czyli takiego, jak aktor, który „sprowadzał na złą drogę młodych chłopców”[10], jak właściciel lombardu Havas, który z niespodziewaną szczerością wyznał członkom „bandy”, że jego prawdziwą naturę odkryła przed nim, gdy był już po czterdziestce, prostytutka ze Lwowa, mówiąc mu prosto w oczy: „Ty nie możesz z kobietami!”[11]. A pamiętajmy, że to czasy, w których homoseksualizm, nawet w tych krajach, gdzie w świetle prawa nie był przestępstwem, otaczano aurą niemoralności i skandalu. Márai należał do tych pisarzy, którzy nigdy nie próbowali epatować dosłownością, ale i bez tej dosłowności wymowa sytuacji jest dostatecznie jasna, a trauma, jaką przeżywają chłopcy, dostatecznie bolesna…

Sporo jeszcze można by mówić o wymowie poszczególnych elementów konstrukcyjnych powieści – na przykład o tym, dlaczego na scenie praktycznie nie pojawiają się kobiety (w jednym epizodzie dochodzi do głosu schorowana i sfrustrowana małżeństwem pułkownikowa Prockauerowa, pozostałe przewijają się jedynie w tle, wypowiadając co najwyżej pojedyncze zdania) – i pewnie nawet więcej, niż napisała w (świetnym!) posłowiu tłumaczka, Teresa Worowska, ale wróćmy do tego, dlaczego „Zbuntowani” są powieścią dziwną. Panująca w niej atmosfera jest tak duszna i mroczna, że ma się wrażenie, jakby się we własnej osobie zostało zmuszonym do przebywania w cuchnącej palinką sypialni Ábla, w zakurzonych izdebkach nad gospodą Cudaczną, w woniejącym silnymi pachnidłami pokoju aktora, w ciemnych i przesyconych „mieszanką zapachową płótna, farb, dziewięćdziesięcioprocentowego alkoholu, ciał, kurzu i brudu”[12] pomieszczeniach teatru, do przemarszu przez miasto, gdzie „przedmioty, domy, całe place (…) nasycają się wiosennym światłem księżycowym i puchną niczym trupy w wodzie”[13]. Wśród bohaterów nie ma bodaj jednej osoby, którą dałoby się polubić i sekundować jej poczynaniom; współczuć można, owszem, prawie każdemu, można stać się ciekawym czyichś dalszych dziejów, ale nikt, literalnie nikt, nie jest kimś takim, by w jego koleje losu angażować się osobiście i trzymać kciuki za happy end. Ani takim, o kim pomyślałoby się: „chciał/-a/bym mieć takiego przyjaciela/brata/chłopaka”. To wielkie ryzyko i wielka odpowiedzialność ze strony pisarza, wprowadzić nas w taki świat, między takich ludzi. Bo przecież można by tę powieść rzucić w kąt po piętnastu stronach. A jednak nie rzucamy. Czytamy do końca, potem jeszcze raz wracamy do pewnych scen i opisów, potem jeszcze raz, żeby znaleźć cytaty, z których wymową się zgadzamy… i z każdym takim powrotem oceniamy ją wyżej. Bo stworzyć parę sztampowych, jednowymiarowych postaci i pokierować ich losem tak, żeby wszyscy byli zadowoleni – ukarać złych, nagrodzić dobrych – potrafi każdy grafoman. A stworzyć bohaterów tak trudnych, niejednoznacznych, skażonych występkiem, których się nie da lubić, ale którzy mimo to przyciągają czytelnika złożonością swoich motywacji i zachowań, potrafi tylko pisarz wybitny. Jak Márai.

[1] Sándor Márai, „Zbuntowani”, przeł. Teresa Worowska, wyd. Czytelnik, 2009, s. 38.
[2] Tamże, s. 16.
[3] Tamże, s. 88.
[4] Tamże, s. 94.
[5] Tamże, s. 63.
[6] Tamże, s. 229.
[7] Tamże, s. 108-109.
[8] Tamże, s. 33.
[9] Tamże, s. 229.
[10] Tamże, s. 210.
[11] Tamże, s. 236.
[12] Tamże, s. 146.
[13] Tamże, s. 143.


(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 113
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: