Dodany: 2021-11-29 23:28|Autor: idiom1983

Edward Waverley jak Ostatni Samuraj


Typ recenzji: oficjalna PWN
Recenzent: idiom1983 (Krzysztof Gromadzki)

Historia Wysp Brytyjskich, bynajmniej niejednorodnych pod względem narodowym i etnicznym, co i rusz wstrząsana była długotrwałymi wojnami o władzę i własne panowanie wojowniczych narodów nad ościennymi ziemiami i ludami. Równie często, jak walki przeciwko sobie, poszczególne brytyjskie królestwa nawiedzały długie, krwawe i wyniszczające wojny domowe, toczone o królewską koronę dla członków własnego możnego rodu, który w zamian za mnogie nadania ziemskie, tytuły, godności i zaszczyty gromadził pod bronią licznych stronników i sprzymierzeńców, aby z ich pomocą sięgnąć po upragniony cel, jakim była umoszczona na monarszym tronie, silna i potężna, przybrana w purpurę i gronostaje, niemal absolutna królewska władza. Nie jest trudno sobie wyobrazić, że cel ten bardzo często uświęcał środki, służące do jego osiągnięcia, a własne zwycięstwo mogło się dokonać tylko kosztem brutalnej rozprawy z pokonanymi, wypędzonymi, zakutymi w kajdany w więziennych lochach, a nierzadko także skrytobójczo zamordowanymi, zabitymi na polu bitwy lub straconymi na katowskim szafocie politycznymi przeciwnikami i oponentami.

Do zmagań o angielską koronę przystępowało liczne grono Pretendentów, którzy - nazywając swoich rywali uzurpatorami, opierając się na własnych, czasem silnych i mających solidne podstawy prawne, czasem zaś wątłych, żeby nie powiedzieć, że wyimaginowanych pretensjach do tronu - wzniecali powstania lub dokonywali najazdów, żeby odzyskać należne sobie władztwo i panowanie. Najsłynniejszym Pretendentem w dziejach był książę Normandii Wilhelm, początkowo, z racji swego nieprawego pochodzenia, zwany pogardliwie Wilhelmem Bękartem. W 1064 roku uratował on od śmierci posłującego doń z ramienia króla Anglii Edwarda Wyznawcy Harolda Godwinsona, którego okręt rozbił się na normandzkim wybrzeżu. Harold, syn zmarłego potężnego Earla Godwina, faktycznego władcy Anglii, przez wielu postrzegany był jako naturalny następca sędziwego i nieposiadającego dziedzica swojego tronu króla Edwarda. Książę Normandii uwięził feralnego posła, a w zamian za odzyskanie wolności wymusił na Godwinsonie złożenie hołdu lennego i przyrzeczenie Harolda, że ten poprze jego pretensje do angielskiego tronu. Dodatkowo sprytny Wilhelm, bez wiedzy swojego jeńca, umieścił pod będącym przedmiotem przysięgi kościelnym ołtarzem święte relikwie, czyniąc ewentualne wiarołomstwo i krzywoprzysięstwo Harolda godnym potępienia i bezbożnym świętokradztwem. Po śmierci króla Edwarda i obwołaniu Harolda królem Wilhelm zdecydował się na zbrojne dochodzenie swoich praw. 28 września 1066 roku wylądował w Zatoce Pevensey na wybrzeżu Susseksu, a 14 października zwyciężył w krwawej i zaciętej bitwie pod Hastings. Choć pod samym Wilhelmem zabito podczas bitwy trzy konie, a anglosaska piechota - walczący osadzonymi na długich styliskach toporami bojowymi, skryci za murem tarcz osławieni huskarlowie - długo rozbijali uderzenia normandzkiej konnicy, dalsza walka straciła rację bytu, kiedy trafiony strzałą w oko zginął Harold. Zwycięski Wilhelm, zwany odtąd Zdobywcą, w dzień Bożego Narodzenia przywdział Koronę Króla Edwarda w Opactwie Westminsterskim. Jego wyczyn, uwieczniony na słynnej Tkaninie z Bayeux, był ostatnią udaną obcą militarną inwazją w dziejach, dokonaną na Wyspy Brytyjskie. Ponad cztery wieki później inny Predendent, Henryk Tudor, hrabia Richmond, po swojej matce Małgorzacie Beaufort potomek króla Edwarda III, wylądował 7 sierpnia 1485 w walijskim Milford Haven, ażeby wystąpić przeciwko królowi Ryszardowi III Yorkowi. Konflikt między Henrykiem a Ryszardem, stanowił zwieńczenie trwającej 30 lat tzw. Wojny Dwóch Róż, o schedę do Korony pomiędzy dwoma bocznymi liniami wymarłej dynastii Plantagenetów: Lancasterami i Yorkami. Lancasterowie posiadali w swoim herbie czerwoną różę, Yorkowie natomiast różę białą. Podczas długiej i toczonej ze zmiennym szczęściem wojny, gdzie szala zwycięstwa często przechylała się z jednej strony na drugą, miała miejsce najkrwawsza w całej angielskiej historii bitwa pod Towton. W starciu tym, stoczonym 29 marca 1461 roku, zakończonym zwycięstwem Yorków, poległ co setny zdolny do noszenia broni mężczyzna, zamieszkujący ówczesną Anglię. Do decydującej rozprawy pomiędzy Henrykiem a Ryszardem, doszło 22 sierpnia 1485 roku pod Bosworth. Sama bitwa miała dramatyczny przebieg, bowiem obaj przeciwnicy, dysponując mniej więcej takimi samymi siłami, nie mogli rozbić wojsk rywala, jednocześnie nie mogąc samemu zostać przez nie pokonani. Kiedy Yorkowie zaczęli uzyskiwać przewagę, a sam Henryk znalazł się w sytuacji zagrożenia życia, do walki po jego stronie włączyła się mamiąca obu konkurentów mglistymi obietnicami poparcia armia lordów Tomasza i Williama Stanleyów. Wówczas część dotychczasowych stronników Ryszarda zdradziła go, odstępując od walki, a on sam zdecydował się na straceńczą szarżę na walny hufiec Henryka, mając nadzieję dosięgnąć wroga lub samemu chwalebne zginąć, jak na prawdziwego króla przystało. Spotkało go to ostatnie, a zwycięstwo Tudora było bezapelacyjne. Uwiecznioną przez Williama Szekspira w jego dramacie "Ryszard III", ze słynnymi słowami nieszczęsnego Yorka: "Królestwo za konia!" bitwę pod Bosworth, powszechnie uznaje się za koniec epoki średniowiecza w historii Anglii.

Ostatnim Pretendentem do angielskiej Korony był książę Karol Edward Stuart, wnuk zdetronizowanego przez tzw. Sławetną Rewolucję z 1688 króla Jakuba II, a po swojej matce Klementynie prawnuk króla Polski Jana III Sobieskiego. On to w 1745 roku powrócił do ojczyzny, żeby na czele szkockich górali i możnowładców, zwanych jakobitami, a także nielicznych francuskich posiłków, wywołać powstanie skierowane przeciwko wywodzącemu się z niemieckiej dynastii Elektorów Hanoweru królowi Jerzemu II. Książę Karol Edward, liczący sobie wówczas zaledwie 24 lata młodzieniec, będąc przez swoich przeciwników z racji młodego wieku określany sarkastycznym mianem "Bonnie Prince Charlie" - "Ślicznego Księcia Karolka", pragnął osadzić na brytyjskim tronie swojego ojca Jakuba III, aby w przyszłości zostać jego dziedzicem. Dzieje tej tyleż romantycznej, co lekkomyślnej ekspedycji wypełniają karty powieści sir Waltera Scotta "Waverley".

Okoliczności powstania powieści same w sobie zasługują na uwagę. Scott zaczął ją pisać w 1805 roku, a następnie, po kilku początkowych rozdziałach, nie widząc szans na powodzenie tego przedsięwzięcia, zarzucił pisanie na blisko dziesięć długich lat. Dopiero wiosną 1814 roku, zupełnie przypadkowo przetrząsając szuflady w poszukiwaniu przyborów wędkarskich, natrafił na porzucony nieumyślnie własny rękopis. Jego treść tak bardzo zaintrygowała pisarza, że w ciągu najbliższych kilku miesięcy cała opasła powieść o niesamowitych przygodach angielskiego szlachcica Edwarda Waverleya, nieopatrznie wplątanego w sam środek jakobickiego powstania i wojny domowej, ukazała się drukiem. Sukces wydanej pod pseudonimem powieści przeszedł najśmielsze oczekiwania samego autora. Powodzenie "Waverleya" sprawiło też, że parający się do tej pory głównie poezją Scott zasłynął również jako autor znakomitych powieści historycznych, w tym tak głośnych i chętnie przenoszonych na kinowy ekran, jak "Rob Roy" czy "Ivanhoe". Było to wynikiem nie tylko pierwszorzędnego talentu literackiego Scotta, ale też, jak sądzę, nad wyraz trafnym doborem tematyki i intrygującym czytelnika sposobem jej przedstawienia. Oto bowiem, po blisko 70 latach od opisywanych w powieści wydarzeń, kiedy wspomnienie ich było ciągle żywe w szkockim i angielskim społeczeństwie, zdołało jednak obrosnąć już pewnym poczuciem refleksji i zdroworozsądkowego chłodnego spojrzenia z dystansu upływającego czasu, Scott sportretował jakobitów - zwolenników tyleż szlachetnej, co przegranej sprawy - z poczuciem pewnej sympatii, a nawet podziwu dla osobistych przymiotów charakteru samego księcia Karola Edwarda oraz jego dumnych i ceniących nade wszystko rodowy honor zwolenników. W porównaniu z tym, jak w czasach elżbietańskich postąpiono ze wspomnianym już wcześniej królem Ryszardem III Yorkiem, kiedy to przy pomocy choćby Williama Szekspira i innych wybitnych literatów angielskich tamtej epoki, zbudowano jego trwałą, ciągnącą się przez pokolenia czarną legendę nikczemnego tyrana i skrytobójczego mordercy wszystkich rywali do tronu i władzy, z własnymi małoletnimi bratankami włącznie, powieść Scotta spogląda na szkockich powstańców może nie z bezkrytycznym entuzjazmem, ale na pewno z dużą dozą zrozumienia i współczucia.

Kiedy młody angielski szlachcic Edward Waverley przybył do szkockiego miasta Dundee, żeby objąć tam posadę kapitana w regimencie Królewskich Dragonów, dowodzonym przez pułkownika Adama Gardinera, zapewne nie przeczuwał jeszcze, jakich zapierających dech w piersiach przygód przyjdzie mu niebawem doświadczyć. Młody Edward nie spodziewał się pewnie i tego, że w ciągu kilku najbliższych miesięcy z lekkomyślnego bawidamka, czy z bujającego w obłokach lekkoducha i zaczytanego w książkach próżnego młodzieńca, przeobrazi się w dojrzałego i statecznego mężczyznę, który pozna, czym jest przyjaźń, honor, obowiązek i poczucie prawdziwego braterstwa. Kiedy podczas krótkiego urlopu, za namową stryja Everarda - dziedzica baronii Waverley Honour, który w przeciwieństwie do ojca Edwarda, Ryszarda, sprzyjał wygnanemu królowi Jakubowi Stuartowi - Edward odwiedzi posiadłość przyjaciela Everarda z ich młodych lat, barona Cosmo Comyne Bradwardine'a, poprzez splot postępujących po sobie w lawinowym tempie wydarzeń, intryg knutych poza swoimi plecami, a także za sprawą uczucia, które niespodziewanie zawładnie całym jego sercem, młody szlachcic porzuci mundur królewskiego dragona i ubrany od stóp do głów w tartan klanu Fergusa Mac-Ivora stanie się szkockim powstańcem, z oddaniem walczącym za sprawę Księcia Pretendenta Karola Edwarda. Dzierżąc w dłoni odpiętą od książęcego pasa i osobiście wręczoną mu przez niego szablę, sygnowaną nazwiskiem mistrza sztuki płatnerskiej Andrei Ferrary, wykaże się bezprzykładną odwagą, walcząc w zwycięskiej dla powstańców bitwie pod Prestonpans. Wykorzystując doskonałą znajomość terenu, najpierw pod osłoną nocy, a potem mglistego poranka, jakobici obeszli dogodne dla Anglików pozycje, aby potem całkowicie zaskoczyć sklecone naprędce wojska generała Cope'a, składające się w przeważającej większości z nieostrzelanych i niedoświadczonych rekrutów. Zaprawione w boju na białą broń oddziały szkockich górali, zrobiły śmiercionośny użytek ze swoich pałaszów typu claymore, z charakterystyczną bogato zdobioną rękojeścią w kształcie okrywającego dłoń szermierza kosza. Każdy, kto oglądał film "Rob Roy" z 1995 roku, pamięta zapewne mistrzowsko nakręconą scenę pojedynku między szlachetnym Robertem MacGregorem, a nikczemnym Archibaldem Cunninghamem. W pamięć zapadło mu zapewne i to, że walczący rapierem Cunningham zdołał zadać MacGregorowi kilka powierzchownych i niegroźnych ran, za to cięcie claymore'a, zadane przez wprawną rękę Rob Roya, dosłownie przerąbało na pół ciało okrutnego angielskiego szlachetki.

W bitwie pod Prestonpans Waverley staje się mimowolnym świadkiem tragedii swojego byłego regimentu, na własne oczy oglądając śmierć pułkownika Gardinera, którego Edward osobiście zawsze bardzo szanował, ceniąc jego charakter i wysokie kompetencje oddanego swoim żołnierzom dowódcy. Przytłoczony przyklejonym do jego nazwiska haniebnym piętnem zdrajcy i dezertera, rozdarty między poczuciem prawdziwie braterskiej więzi, jaka połączyła go z naczelnikiem klanu Mac-Ivorów Fergusem, a lojalnością wobec ojczyzny, którą Anglia nigdy przecież być nie przestała, przepełniony licznymi wątpliwościami i moralnymi dylematami rodem z antycznej tragedii, Waverley zmuszony jest dokonać trudnego wyboru pomiędzy dwiema równorzędnymi racjami, których na dobrą sprawę nie da się ze sobą w żaden sposób połączyć ani pogodzić. Jeszcze twardszy orzech do zgryzienia przysporzą Edwardowi jego perypetie sercowe. Zakochany w pięknej, mądrej i dystyngowanej siostrze Fergusa, Florze Mac-Ivor, która wbrew woli brata odtrąca jego zaloty, będąc bezgranicznie oddaną sprawie ponownego osadzenia dynastii Stuartów na brytyjskim tronie, nie dostrzega tego, jak głębokim, szczerym i prostodusznym uczuciem darzy go córka barona Bradwardine'a Róża. Jak bowiem słusznie zauważył autor jako bystry znawca ludzkiej natury: "Romantyczny kochanek bywa dziwnym bałwochwalcą, który nie pyta, z jakiego drzewa wystruga sobie bożyszcze (...)" [1]. Więcej szczegółów na temat przygód i porywów serca młodego angielskiego szlachcica już tutaj nie zdradzę, zachęcając przy tym gorąco do lektury samej powieści. Powieściowe koleje losu postaci Waverleya przywiodły mi na myśl skojarzenie z bohaterem filmu "Ostatni samuraj", Nathanem Algrenem. Ten weteran amerykańskiej wojny secesyjnej, targany alkoholowym nałogiem i trapiony koszmarami i wyrzutami sumienia po pacyfikacjach indiańskich wiosek, przepełnionych zabijaniem bezbronnych kobiet i dzieci, zaciąga się do amerykańskiego kontyngentu, mającego szkolić na nowoczesną modłę armię Cesarza Japonii Mutsuhito. Wzięty do niewoli w jednej z potyczek dowodzonych przez siebie młokosów z zaprawionymi w walkach samurajami, właśnie w szeregach samurajów odnajduje Algren wszystkie te wartości, których tak długo i usilnie poszukiwał. Ubrany w samurajskie kimono, ramię w ramię z ich wodzem Katsumotą, Algren staje do bitwy z cesarską japońską armią i z dowodzącymi nią amerykańskimi oficerami...

Po początkowych sukcesach, targane wewnętrznymi sporami powaśnionych ze sobą naczelników poszczególnych klanów, nie doczekawszy się ani odpowiedniej pomocy z zagranicy, ani szerszego niż w Szkocji poparcia w kraju, powstanie jakobickie zakończyło się klęską powstańców, rozbitych przez armię królewską, dowodzoną przez młodszego syna króla Jerzego II, Wilhelma, Księcia Cumberland. W stoczonej w dniu 16 kwietnia 1746 roku bitwie pod Culloden naprzeciw sił powstańczych stanęły zaprawione w walkach, ściągnięte z kontynentu pułki Hanowerczyków. Swoją siłę pokazała też będąca na wyposażeniu armii Cumberlanda artyleria, której niemal całkowicie pozbawieni byli zwolennicy Księcia Karola Edwarda. Artyleryjskie salwy i celny ogień muszkietów, zmusiły siły jakobitów do bezładnej szarży na wrogie pozycje. Rozproszeni w ten sposób Szkoci, zostali otoczeni przez siły królewskie, a następnie wybici lub wzięci do niewoli. Kiedy wiatr rozwiał dym armat i ucichł bitewny zgiełk, pole bitwy usłane było ciałami licznych poległych powstańców. Książę Wilhelm wydał rozkaz dobicia zalegających pobojowisko rannych i stracenia części wziętych do niewoli jeńców. Za ten czyn zyskał sobie wśród Szkotów miano rzeźnika Cumberlanda. Brutalność Wilhelma zraziła do niego nawet jego królewskiego ojca Jerzego i starszego brata, Księcia Walii i następcę tronu Fryderyka Ludwika. Wielu spośród pozostałych przy życiu jeńców, sprzedano jako niewolników do brytyjskich kolonii w Ameryce. Upadek powstania i popowstaniowe represje, wymierzone przede wszystkim w strukturę klanową wielkich i możnych szkockich rodów, oznaczał ostateczny koniec ukształtowanego od czasów średniowiecza szkockiego społeczeństwa i szkockiej niezależnej państwowości. Książę Karol Edward, także i w kobiecym przebraniu, przez kilka miesięcy ukrywał się pośród wiernych sobie ludzi, zanim na łódce należącej do Flory McDonald - zapewne autentycznego pierwowzoru literackiej postaci Flory Mac-Ivor - nie odpłynął na położoną na Hebrydach wyspę Skye, skąd francuski okręt zabrał go następnie na kontynent. O tych wydarzeniach opowiada przepiękna ballada "Skye Boat Song", po dziś dzień śpiewana w wielu szkockich domach, jako utulająca dzieci do snu kołysanka. W przeszło sto lat później, 25 października 1854 roku, podczas bitwy pod Bałakławą w czasie wojny krymskiej, ustawiony w dwuszereg 93 Pułk Górali Szkockich, którego żołnierze byli potomkami walczących pod Culloden jakobickich powstańców Księcia Karola Edwarda Stuarta, celnym ogniem swoich karabinów i kartaczy zatrzymał galopującą szarżę rosyjskich Ingermanlandzkich Huzarów. Relacja z bitwy korespondenta wojennego Williama Russella, opisująca dokonania szkockich piechurów, uwiecznione później na obrazie malarza Roberta Gibba pt. "Cienka czerwona linia", zyskała sobie duży rozgłos i uznanie w całym brytyjskim społeczeństwie. Z czasem termin "cienka czerwona linia" stał się synonimem całych brytyjskich sił zbrojnych, które jako nieliczna, acz doborowa i elitarna formacja, strzegła bezpieczeństwa rozsianych po całym świecie wielu brytyjskich posiadłości czy terytoriów oraz zamieszkujących je poddanych miłościwie panującej im Królowej Wiktorii. Raz jeszcze krnąbrni i hardzi szkoccy górale pokazali drzemiącą w ich wnętrzach potężną siłę dzielnych i walecznych serc.

Powieść Waltera Scotta "Waverley" to zanurzony po brzegi w szkockiej kulturze, tradycji i poezji, folklorze tamtejszych górali, ich zwyczajach i mitach, legendach i przekazywanych z pokolenia na pokolenie podaniach o chwalebnych i odważnych czynach, dokonywanych przez swoich wiekopomnych przodków, fascynujący portret dumnego narodu, który targany obcą przemocą i nieubłaganym wichrem dziejowych zmian czy postępu technologicznego i obyczajowego, musi zmierzyć się z tymi przeciwnościami, chcąc zachować swoją odrębność i poczucie własnej narodowej tożsamości. To także niewolne od krytycyzmu względem trapiących każdy naród przywar, wad, grzechów i słabości, spojrzenie obdarzonego artystyczną przenikliwością pisarza na esencję narodowego ducha swoich rodaków, gdzie to, co szlachetne, miesza się z tym, co wszeteczne, a chwała bohaterów i hańba zdrajców, przenika nawzajem w takim samym stopniu mówiących po gaelicku, uboższych od sąsiadów z południa górali z Highlands, jak też używających języka scots, umiejscowionych na niżej położonych Lowlands możnych i bogatych arystokratów. Powieść Scotta, trudna w odbiorze przez wzgląd na drobiazgowe opisanie obcej i egzotycznej dla większości polskich czytelników szkockiej kultury, będzie prawdziwą literacką ucztą dla tych wszystkich, którzy traktują poznawanie tradycji innych narodów jak największą i najbardziej ekscytującą czytelniczą wyprawę w niezbadane głębiny tego, co kusząc swoją pięknością, tak długo pozostawało nieodkryte i nieznane. Tylko po to, żeby w chwili radosnego dla obu stron poznania, zachwycić sobą zanurzonego po same uszy w jej wspaniałościach odbiorcę bezgranicznie i bez reszty.

Ocena recenzenta 5/6

[1] Walter Scott, "Waverley", tłum. Teresa Świderska, Wydawnictwo MG, Warszawa, 2021, s. 40.








(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 124
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: