Dodany: 2021-11-15 21:58|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Czytatnik: Czytam, bo żyję

Nieplanowana lektura, niezdefiniowane wrażenia - a wszystko przez legionistów...


Od wielu lat staram się dorzucić do listy lektur każdego listopada jakąś pozycję związaną z tematyką odzyskania niepodległości. Książkę na ten rok miałam już wybraną, ale, że czytelnicza fantazja potrafi chodzić doprawdy dziwnymi drogami, zwiodła mnie z obranej ścieżki, każąc mi pogrzebać w szafie w poszukiwaniu najstarszego elementu mojego księgozbioru. „Mojego” w odniesieniu do tej akurat książki to wyłącznie figura retoryczna, nie tytuł własności, bo zgodnie z dedykacją na jednej z początkowych stron, właścicielem jej (nie pierwszym, ale o tym później) był wujek Janek, najstarszy z braci babci Peli. Przypuszczam, że gdy byłam na studiach – na pewno nie wcześniej, bo wszystkie książki, jakie wtedy były u nas i u dziadków, tyle razy przeszły przez moje ręce, że nawet, jeśli którejś z nich mimo wszystko nie czytałam, do dziś jestem w stanie powiedzieć, w którym mieszkaniu na której półce stała – musiał ją pożyczyć komuś z pozostałych domowników. A potem, wiadomo, jak to w rodzinie, każdy myśli, że oddać zawsze zdąży. Ja odkryłam ją dopiero podczas porządkowania książek po mamie i, zaintrygowana datą wydania (1882), postanowiłam przeczytać, zanim przekażę jednej z kuzynek, którym wedle prawa się należy. Ale tyle było ciekawych lektur… a żadna z potencjalnych spadkobierczyń się nie dopominała… i całe szczęście, że sobie o tym zabytku przypomniałam, bo a nuż przeleżałby w szafie, aż go znajdzie następne pokolenie…

A co ma wspólnego Jan Sobieski i jego wiek: Tom 1 (Leliwa Ludwik Piotr (właśc. Rzewuska Jadwiga)) z narodzinami II RP? Niewiele, dokładnie rzecz biorąc, tylko dedykację (układ i pisownia oryginalne, zamaskowałam tylko nazwiska):

„Dola i niedola zawsze nas
męczyła Trud wojenny i Trwoga
w ciągle nas gnębiła. Więc na
Pamiątkę Janowi X
oddaje i na zawsze pszyjacielem
broni zostaje.
Nowy Sącz 6 Września 1919
Y Jan
Legionista”

Co robili legioniści w Nowym Sączu we wrześniu 1919 roku, nie mam pojęcia. Skąd miał książkę ofiarodawca – tym bardziej; na stronie tytułowej widać zarys owalnej pieczątki i dwie wypisane czarnym atramentem sygnatury, z których jedna jest przekreślona, a na ostatniej stronie – do której doszedłszy, zdałam sobie sprawę, że miałam w rękach zaledwie jeden tom czterotomowej publikacji – dość wyraźnie odbita pieczątka „Biblioteka Czytelni Akademickiej w Podgórzu”. Zaś na odwrocie spisu treści – autograf, którego nie umiem całkowicie rozszyfrować, ale na pewno nie jest on podpisem ani wujka, ani jego towarzysza broni.
Tej zagadki nie jestem w stanie rozwiązać, więc pozostało mi zapoznanie się z treścią książki.

Kilkunastostronicowy wstęp to w zasadzie pean na cześć polskiej arystokracji – która, nietknięta przez „demagogiczny i fałszywy powiew francuskiej rewolucyi”[XIII], jest „jakby klejnotem szlacheckim ogółu, moralny blask którego na cały naród spada”[XIII] – a szczególnie rodu Rzewuskich, którego najmłodszemu przedstawicielowi, hr. Adamowi, bratu Karoliny Sobańskiej i Eweliny Hańskiej, od lat 20. do 60. XIX wieku oficerowi w służbie carskiej, dedykowane jest całe dzieło. Nie słyszałam, by się jakoś szczególnie zasłużył dla ojczyzny, więc trochę mnie zdziwiła ta inwokacja: „Ty, orlę ptasze, z zburzonego gniazda zrzucony, na wszystkie sprzeczne drogi, ciężkie obowiązki, nieprzewidziane klęski, zasadzki i zdrady wystawiony, Ty jeszcze dowiodłeś, żeś Michała Floryana [Michała Floriana Rzewuskiego, uczestnika bitwy pod Wiedniem – przyp. mój] godny potomek”[XV]. Pomyślałam, że może samemu autorowi hrabia Adam wyświadczył jakąś szczególną przysługę, wpisałam nazwisko do wyszukiwarki, żeby się czegoś o nim dowiedzieć i… to była naprawdę niespodzianka, bo rzekomy Ludwik Leliwa okazał się… Jadwigą Rzewuską z Jaczewskich; zaskoczenie było tym większe, że nie była ona jakąś dalszą krewną adresata tych podniosłych słów, lecz jego osobistą małżonką (ślub wzięli mniej więcej dwadzieścia lat przed wydaniem tej książki; ona była siedemnastoletnią panną, on zbliżającym się do sześćdziesiątki wdowcem z maleńką córką z poprzedniego małżeństwa).

Właściwa narracja utrzymana jest mniej więcej w tym samym stylu, co przedmowa, i takąż prezentuje pisownię i słownictwo; zwłaszcza ta pierwsza może przyprawić o zgrzytanie zębów, będąc w sporej mierze diametralnie sprzeczną z dzisiejszymi normami ortografii (np. uledz, módz, znaleść, hanat azyatycki, legiendami, francuzkiego, chrześciaństwo, papieztwo, męztwo, spuzciznę, Jakób, nakoniec, na prawdę, dla tego, w obec, z pod, nadgrodę…). Ale to jeszcze nie tak trudno strawić. Gorzej, że w dziele teoretycznie historycznym niełatwo wyłowić fakty z powodzi patosu i egzaltacji patriotyczno-religijnej („Bóg w niezbadanych widokach swej sprawiedliwości, ukochał Polskę na równi z swym synem” [20]; „Jan Sobieski był wysłanym Bożym, ręką Opatrzności, prorokiem oręża. (…) Dla tego to już w saméj chwili jego urodzenia widzimy znaki choć w części oznajmujące posłannictwo, które spełnić mu wypada. Gdy pierwszém tchnieniem odetchnął i oczy swe na światło naszéj ziemi otworzył, straszliwa burza z łoskotem grzmotów, biciem piorunów i ogniście przedzierającemi niebo jasnemi błyskawicami tak silnie zamkiem oleskim wstrząsała, iż kilka osób słuch utraciło (…)” [164];) oraz subiektywnych opinii, które historykowi nie bardzo przystoją (jak twierdzenie, że „wzruszenie na widok rodzinnego miejsca jest kamieniem probierczym szlachetności duszy; kosmopolityzm to chwast zagranicznych krajów nam zupełnie nieznany”[237], czy też podział wojen na takie, „któreby wyższéj, niepojętéj cechy dla strategika nie nosiły, a chrześciańskiemu historykowi charakteru nadprzyrodzonych objawów woli Bożéj nie przedstawiały”[281] i w związku z czym, krótko mówiąc, nie są nic warte, niezależnie od idei, o którą by walczono, i takie, które „są walkami najwspanialszych rzeczy pod niebios sklepieniem, a mianowicie dwóch łamiących się ze sobą idei, z których jedna, chociażby od świata całego opuszczona, potęgą prawdy i sprawiedliwości zwycięża, aby dać głośne, niezaprzeczone i tyle pocieszające świadectwo dziejom ludzkim o wyrokach Boskich nad niemi”[282]).

Najciekawsze w tym wszystkim są cytowane dokumenty z epoki, a szczególnie „przepyszna Instrukcya [sporządzona przez pana Jakóba Sobieskiego, ojca przyszłego króla Polski, przed wysłaniem czternastoletniego Jasia i piętnastoletniego Marasia, jak w domu zwano pierworodnego Marka, na nauki do Akademii Krakowskiej – przyp.mój] która dwa wieki z połową licząc, dziś jeszcze najwykwintniejszym, najmędrszym planom wychowania śmiało za wzór służyć może”[175].
Nie jest ona przytoczona w całości, ale i tak zajmuje gdzieś koło 20 stron, z czego 5 potrzeba na wyliczenie modlitw i innych obowiązków religijnych, jakich odprawiania życzy sobie od synów pan wojewoda („na primicye (…) kto będzie prosił, kazać dać parę garcy wina, cielę iakie kupić etc.”[179]). Inne zalecenia dotyczą ubioru i higieny osobistej („dwa razy na tydzień niech białe chusty [to, zdaje się, eufemizm oznaczający bieliznę – przyp. mój] odmieniają. (…) Wannę im kupić, żeby przynajmniej dwa razy na miesiąc w wannie się myli. (…) niechaj według swej fantazyjej nigdy się nie ubierają, ale niech się zawżdy pytają P. Orchowskiego [był to uboższy szlachcic, pełniący rolę wychowawcy chłopców, wysłany wraz z nimi do Krakowa – przyp. mój], w co się im oblec każe, i tak się zawsze niech obłóczą, jak on im każe” [183]), zachowania form towarzyskich („…kiedy z Panem Sieniawskim będą, lubo nie jest Wojewodzic, tylko syn Chorążego, niech mu Jaś przed sobą rękę i miejsce zawsze prawe puszcza wszędzie, ale Maraś nie; niech go więc biorą między siebie w pośrzodek”[185]; „W święta i w niedziele, i we dnie od nauk wolne, chcę aby nigdy bez jakiego Professora nie jadali (…) aby, gdy ci Professorowie bywać będą, także i w powszednie dnie choć bywać będą, żeby przy stole nie o lada błazeństwie gadano (…). [195-196]), nauki i pisania listów do domu („Raz tedy w miesiąc będą pisywać do nas obadwa, do mnie po Łacinie, a do matki po Polsku. (…) i żeby P. Rożenkiewicz [nauczyciel] im tych listów ani poprawował, ani widział: bo ztąd ja poznam profit ich z łacińskich listów, poznam iudicium et venam, jako w nich rość będzie, z listów polskich, a niechcę, żebym w tém oszukany był; boby to u mnie rzecz była nieodżałowana, kiedyby mieli swojem piórkiem, a cudzą fantazyą pisać (…)” [193-194]). Kolejnych kilkanaście stron zajmuje wywód na temat idealności i uniwersalności „Instrukcyi”, którą Leliwa (zostańmy już przy tym przybranym nazwisku) uważa za jedyny akceptowalny przepis na wychowanie Polaka-katolika.

Jest też trochę interesujących cytatów ze wspomnień czy listów, opisujących przebiegi bitew, trochę opowieści niezupełnie historycznych, których nie znajdziemy w podręcznikach (na przykład o młodym człowieku, który przebił się nożem na oczach współbiesiadników, bo panna, którą pokochał, była z nim spowinowacona i rodzice nie wyrażali zgody na małżeństwo), ale generalnie była to lektura męcząca. Jednak bardziej patriotycznie nastawiają mnie teksty, których autorzy unikają napuszonej i przesadnej frazeologii…
A z oceną mam problem. Może ją kiedyś wystawię, na razie nie umiem się zdecydować.


(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 79
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: