Dodany: 2021-09-08 20:50|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Czytatnik: Czytam, bo żyję

1 osoba poleca ten tekst.

Bardzo zakurzona historia, lecz wcale nie nieaktualna


Co może czytelnika skłonić, żeby poszedł do biblioteki po książkę, która nie ma ani jednej recenzji, ba, ani jednej oceny w żadnym z serwisów czytelniczych? Albo trzeba ją samemu znać i pamiętać na tyle, by dojść do wniosku, że warto byłoby przeczytać powtórnie i ocenić, albo ktoś musi człowieka do tego zachęcić. Tzw. prasa kobieca, jeśli nawet prowadzi dział kultury, zwykle rekomenduje w nim chwilowo modne nowości albo wiecznie (od pewnego czasu) modne poradniki pseudopsychologiczne typu „zmień się w jeden dzień”, „chcesz – znaczy możesz” itd. Jedyne z tego rodzaju czasopism, po które jeszcze czasem sięgam, skuszona nazwiskami felietonistów (a to Mariusz Szczygieł odpowiada na listy czytelniczek, a to Anna Brzezińska zajmuje się jakimś zjawiskiem w ujęciu mniej lub bardziej historycznym), wprowadziło ostatnio skromną – nieanonsowaną nawet w spisie treści – rubryczkę „Przeczytaj, zanim wyrzucisz”, w której Aleksandra Boćkowska, autorka bardzo udanych książek historyczno-reporterskich, „To nie są moje wielbłądy” i „Księżyc z Peweksu”, pisze o lekturach wydanych lata temu, zalegających na półkach od niepamiętnych czasów i przypadkowo z tej niepamięci wyciąganych. Tym razem wynalazła autentyczny pamiętnik aktorki jednej z warszawskich scen, ukrytej pod pseudonimem – trudno się zresztą dziwić, zważywszy na osobisty charakter zapisków. Ich autorka w rzeczywistości nazywała się Jolanta Czaplińska. Takiego nazwiska kompletnie nie kojarzyłam, ale cytaty przytoczone przez Boćkowską wydały mi się na tyle interesujące, że przy najbliższej wizycie w bibliotece Niespełnienie (Lubicz Anna (właśc. Czaplińska Jolanta)) wypożyczyłam. Trochę się obawiałam, że lektura – jak to często autentyki, pisane przez ludzi nie parających się piórem zawodowo – okaże się jako całość płaska i nieciekawa, ale spotkało mnie zaskoczenie: prawdę mówiąc, niejedne dzienniki, których autorami byli „prawdziwi” literaci, były w moim odczuciu znacznie nudniejsze i sztywniejsze. A o czym opowiada ten?

(Ponieważ autorka swoje własne refleksje wypowiada ustami postaci fikcyjnej, bohaterkę-narratorkę nazywam dalej konsekwentnie Anną). Anna jest stosunkowo młodą, bo trzydziestoparoletnią aktorką. Ma za sobą trudne dzieciństwo – półsieroctwo, ubóstwo, złe doświadczenia z jedną z kobiet, które miały jej zastąpić matkę – i satysfakcjonującą młodość, gdy bez trudu dostała się do szkoły teatralnej i również bez trudu ją ukończyła. Wydawałoby się, że to doskonały start: w wieku 20 lat „dyplom w kieszeni, etat w teatrze i narzeczony-marynarz”[12]. Ale już niebawem okazuje się, że dyplom i etat pospołu nie oznaczają jeszcze tego, o czym marzy młoda dziewczyna, wybierająca karierę sceniczną: żeby zbierać dobre recenzje, dostawać kwiaty i rozdawać autografy, trzeba grać. Grać większe role, nie takie, „które się nazywają Dziewczyna Pierwsza, Dziewczyna Druga, Chór dziewic albo Orszak królowej”[36] i wymagają tylko obecności na scenie, a w przypadku wyjątkowego szczęścia – wypowiedzenia paru mało ważnych zdań. Ale innych na razie dla niej nie ma. Narzeczony-marynarz na odległość nie pomaga, przeciwnie, wydaje się coraz mniej ważny, aż w końcu ustępuje miejsca spotkanemu przypadkiem dawnemu koledze gimnazjalnemu. A ten dopiero po ślubie daje Annie odczuć, że „spacer, kawiarnia (…), rozmowy o Prouście”[14] to już przeszłość, że żona jest mu potrzebna głównie po to, by mu zapewnić codzienną obsługę, a jej zawód – jej pasja – to nic niewarta fanaberia. Ten związek nie ma przyszłości, ale trwa – przetrwał nawet „blisko trzyletnie rozstanie w kilka miesięcy po przyjściu na świat Ani”[80] – nie przynosząc korzyści emocjonalnych ani Annie, ani Janowi; ba, żeby tylko nie przynosząc korzyści! On żonę ignoruje, obraża, dopuszcza się i przemocy fizycznej, o której lekceważąco mówi „szturchnąłem, uderzyłem, jakby to był drobiazg”[107]. A ona wytrzymuje rok za rokiem, nie tyle czekając na jakąś zmianę z jego strony, co na cud w życiu zawodowym, który pozwoli jej zapomnieć o przykrościach i niewygodach w domu. Skrytym uczuciem darzy starszego kolegę z teatru, nie zapominając o tym, że jej fantazja to coś, „co mogło być, a czego nie było i nie będzie”[21]; Konrad jest jej życzliwy, mógłby zostać jej przyjacielem (w pierwszym i najważniejszym tego słowa znaczeniu), ale kiedy jej potrzeba wsparcia, on zapada na śmiertelną chorobę, i to ona musi „starać się pomóc, starać się sprawić mu jakąś drobną przyjemność – i modlić się o jego zdrowie i życie”[47]. Więc nadal czeka na szansę w swoim teatrze, wiążąc się w międzyczasie z drugą, nieoficjalną sceną, gdzie odnajduje coś na próżno dotąd wyczekiwanego: „atmosferę twórczej i bezinteresownej pracy”[45]. I jeszcze wierzy: „może kiedyś jednak otworzy się przede mną brama, że odnajdę do niej klucz, jak to trafia się dzieciom w czarodziejskim ogrodzie”[45]. A role, no, cóż, trafia się jedna lepsza, a potem znów zastępstwo – które nawet nie zawsze dochodzi do skutku: gdy potencjalna zastępczyni wyuczy się roli, może się okazać „zupełnie niepotrzebna, bo koleżanka zrezygnowała z filmowej propozycji”[18] – i „statystowanie, statystowanie, statystowanie, epizod, epizod mniejszy, statystowanie, statystowanie, nagłe zastępstwo w dużej roli w przeciągu kilku godzin, nagłe zastępstwo w dużej roli z dnia na dzień, statystowanie, duża rola-dublura, statystowanie, statystowanie, statystowanie”[100]. Po rozwodzie Anna nabiera wiatru w żagle; obiecuje sobie: „przystępuję do nowej walki w życiu. Walki o to, żeby nie tylko być w teatrze, ale także być tam sobą”[113]. I rzeczywiście coś rusza: szykuje się „wyjazd z teatrem do Związku Radzieckiego”[123], premiera w drugim teatrze, nagrania w radiu. A oprócz tego pojawia się ktoś, kto po kilku tygodniach znajomości staje się dla niej najważniejszy. Na krótko, bo gdy „szczęście już zakwitło i ma wydać owoc”[123], przystojny i szarmancki adorator zmienia się w kłamcę i tchórza. Anna zostaje „przede wszystkim matką”[176] i kończy pisanie dziennika, konkludując: „teraz niewiele już mnie zaskoczy i rozczaruje. Może się jednak mylę?”[176].

Taka w gruncie rzeczy prosta, można by rzec: banalna historia, ale robi wrażenie. Zwłaszcza, gdy uprzytomnimy sobie, że przypadek Anny nie był i nie jest rzadkością. W wielu zawodach bywa tak, że rzeczywistość rozmija się z oczekiwaniami; jednak w tych artystycznych, gdzie trzeba zostać zauważonym już na starcie, a o powodzeniu decydują nie tylko zdolności i chęci, lecz również okoliczności, na które kandydat do sukcesu nie ma wpływu (bo, na przykład, dyrekcja teatru dobiera repertuar pod kątem głównych ról dla dwojga czy trojga najbardziej zasłużonych aktorów, a dyrekcja wydawnictwa orzeka, że akurat jest większe zapotrzebowanie na radosne romanse, niż na poezję), o niespełnienie wyjątkowo łatwo. Nawet, jeśli ktoś – inaczej, niż Anna – nie wstydzi się dopominać o szansę. Lżej to znosić, jeśli się ma udane życie rodzinne, jeśli można liczyć na wsparcie najbliższych, a gdy wszyscy uważają marzenia o sukcesie za głupie mrzonki i radzą się zająć czymś pożytecznym, albo gdy ich to w ogóle nie interesuje, trudno wydobyć się z emocjonalnego dołka… Permanentne uczucie zawodu często wywołuje zazdrość, skłania do niepochlebnego oceniania przełożonych i kolegów – a jednak Anna wyraźnie stara się tego unikać, winiąc za swoje niepowodzenia nie konkretnych ludzi, lecz raczej niedociągnięcia organizacyjne. Tym bardziej jej żal – i tym bardziej chce się wierzyć, że skoro nie praca, to może chociaż córki przyniosły jej radość, gdy już przestała utrwalać swoje emocje na kartach dziennika…

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 178
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: