Dodany: 2021-09-01 16:23|Autor: pawelw

Książki i okolice> Konkursy biblionetkowe

3 osoby polecają ten tekst.

MAGIA W LITERATURZE - konkurs nr 250


Przedstawiam konkurs nr 250, który przygotował Iskaral Krost (w cywilu - Sznajper)


MAGIA w LITERATURZE - KONKURS nr 250

Witajcie adepci nauk tajemnych!

Wyciągnijcie pióra i pergaminy, przystępujemy do egzaminu z magii stosowanej.

Zasady:

α. Przyznaję po jednym punkcie za autora i tytuł każdego grymuaru. Maksymalnie można otrzymać 50 punktów.
β. Po odgadnięciu autora masz jedną szansę na odgadnięcie tytułu.
γ. W przypadku jednakowej liczby punktów, o kolejności na podium, decyduje data ostatniej punktowanej wiadomości.
δ. Odgadnięte fragmenty wysyłajcie sową na adres (...) . W temacie podajcie swój login.
ε. Termin nadsyłania odpowiedzi minie 11 września o 23:59.

1.
X wszakże był rad.
- Trafnie wybrałem drogę - powiedział. - Wreszcie doszliśmy do mieszkalnej części podziemia i mam wrażenie, że jesteśmy teraz już dość blisko wschodnich stoków góry. Ale wspięliśmy się, jeśli się nie mylę, znacznie ponad Bramę D. Sądząc z przewiewu znaleźliśmy się w wielkiej sali. Zaryzykuje trochę większe światło.
Podniósł różdżkę, która na chwilę zajaśniała niby błyskawica. Wyolbrzymione cienie podskoczyły w górę i uciekły, przez mgnienie oka wędrowcy widzieli rozpięte nad swoimi głowami ogromne sklepienie, wsparte na szeregu potężnych filarów wyciosanych ze skały. Przed nimi, a także na prawo i na lewo ciągnęła się wielka, pusta sala. Czarne ściany, gładkie i równe jak szkło, połyskiwały i lśniły. Zauważyli też trzy inne wejścia, mroczne, sklepione otwory w ścianach: środkowe - na wschód, dwa boczne na dwie przeciwległe strony. Potem światło zgasło.
- Na razie nie ośmielę się na nic więcej - powiedział X.

2.
– [...] Wszyscy ci, którzy próbują zgłębić wyższe tajemnice, prędzej czy później próbują swych sił w rzucaniu zaklęć. Muszę przyznać, że ja również uległem tej pokusie. Rozumiesz, byłem chłopcem, a który chłopiec nie marzy potajemnie, że odkryje w sobie niezwykłe moce? Moje wysiłki nie przyniosły mi jednak więcej niż tysiącowi uczniów przedtem i tysiącowi tych, którzy przyszli po mnie. Muszę ze smutkiem stwierdzić, że magia nie jest skuteczna.
– Czasami jednak jest – sprzeciwił się X. – Miałem przecież ten sen i Y. też. A na wschodzie są magowie i czarnoksiężnicy...
– Są tam ludzie, którzy podają się za magów i czarnoksiężników – poprawił go Z. – Miałem w C. przyjaciela, który potrafił wyciągnąć człowiekowi z ucha różę, ale nie wiedział o magii więcej ode mnie. Och, nie ulega wątpliwości, że istnieje wiele rzeczy, których nie rozumiemy. Mijają stulecia i tysiąclecia, a człowiek za swego życia widzi zaledwie kilka zim. Patrzymy na góry i zwiemy je wiecznymi... a przecież z biegiem czasu góry wznoszą się i upadają, rzeki zmieniają bieg, gwiazdy spadają z nieba, a wielkie miasta zatapia morze. Sądzimy, że nawet bogowie są śmiertelni. Wszystko się zmienia. Być może magia była ongiś na świecie potężną siłą, ale to już przeszłość. Została po niej jedynie smużka dymu, który utrzymuje się jeszcze w powietrzu, choć wielki pożar już wygasł. A nawet tę pozostałość rozwiewa wiatr. Ostatnim węgielkiem była V., a ona uległa zagładzie. Smoków już nie ma, olbrzymy wyginęły, a o dzieciach lasu i całej ich wiedzy zapomniano.

3.
Sam X. nie pamiętał już, kiedy był tak szczęśliwy. Od sześćdziesięciu lat przestrzegał wszystkich regulaminowych zasad magicznych i nagle mógł się zabawić jak jeszcze nigdy w życiu. Nie zdawał sobie sprawy, że w głębi duszy najbardziej lubił sprawiać, żeby różne rzeczy rozpadały się z plaśnięciem.
Ogień strzelał z czubka jego laski. Dookoła fruwały uchwyty, kawałki drutu i wirujące żałośnie kółka. A co najlepsze, ani razu nie brakło mu celów. Druga fala wózków, bardziej ściśnięta, starała się przelać ponad tymi, które zachowywały kontakt z gruntem. Nie udawało im się, ale mimo to próbowały. I próbowały desperacko, ponieważ trzecia fala przedzierała się już nad nimi, gniotąc i zgrzytając. Tyle że słowo "próbowały" nie jest tu najwłaściwsze - przywodzi na myśl jakiś świadomy wysiłek, możliwość, że istnieje także stan "niepróbowania". Coś w tym nieustającym ruchu, w tym, jak miażdżyły się nawzajem, sugerowało, że druciane koszyki mają w tej kwestii tyle swobody, ile woda w spływaniu w dół.
- Yo! - krzyknął X. Pierwotna magia uderzyła w zgrzytliwą plątaninę metalu. Na ziemię spadł grad kółek.
- Masz gorącą thaumaturgię, ty du... - zaczął X.
- Nie przeklinać! Nie przeklinać! - Y. zdołał przekrzyczeć hałas. Walczył z Piekielnym Draniem, który krążył wokół jego kapelusza. - Nie wiadomo, w co może się to obrócić!

4.
X. pozostawił cynę płonącą. Paliła się powoli, nie musiał się obawiać, że jej zabraknie. Stał tak, a mgły delikatnie otulały jego ciało. Wirowały i kręciły się, tworząc lekki, ledwie dostrzegalny prąd wokół niego. Znały go, traktowały jak swojego, wyczuwały M.

Skoczył. Odpychając się od metalowego komina za plecami, wykonał długi poziomy skok. W locie rzucił kolejną monetę. Maleńki kawałek metalu poleciał w ciemność i mgłę. Odepchnął się od monety, nim ta uderzyła w ziemię, swoim ciężarem popchnął ją w dół, aż uderzyła o kamienie. Skoro tylko dotknęła bruku, Odpychanie X. wyniosło go w górę, zmieniając drugą połowę skoku w zgrabny łuk.

Wylądował na kolejnym spiczastym drewnianym dachu. Odpychanie Stali i Przyciąganie Żelaza były pierwszymi rzeczami, których nauczył go Y. „Kiedy Odpychasz coś, to jakbyś napierał na to swoim ciężarem” mówił mu stary wariat. „Nie możesz zmienić tego, ile ważysz - jesteś M., nie jakimś mistykiem z północy. Nie Przyciągaj nic, co waży mniej od ciebie, chyba że chcesz, aby przyleciało do ciebie jak kamień, i nie Odpychaj niczego cięższego od siebie, chyba że chcesz zostać popchnięty w przeciwnym kierunku”.

5.
Y. zbliżyła się do monolitu, położyła dłoń na chropawej powierzchni kamienia, ostrożnie zgarnęła, z niego pył i zeschłe listki.
- Ci, którzy uważają magię za naukę - podjęła - również mają rację. Zapamiętaj to, X. A teraz podejdź tu, do mnie.
Dziewczynka przełknęła ślinę, zbliżyła się. Czarodziejka objęła ją ramieniem.
- Zapamiętaj - powtórzyła. - Magia jest Chaosem, Sztuką i Nauką. Jest przekleństwem, błogosławieństwem i postępem. Wszystko zależy od tego, kto się magią posługuje, jak i w jakim celu. A magia jest wszędzie. Wszędzie wokół nas. Łatwo dostępna. Wystarczy wyciągnąć rękę. Spójrz. Wyciągam rękę.
Kromlech zadrżał wyczuwalnie. X. usłyszała głuchy, odległy huk, dobiegające z wnętrza ziemi dudnienie. Wrzosy zafalowały, spłaszczone wichrem, który nagle runął na wzgórze. Niebo pociemniało gwałtownie, zakryte chmurami pędzącymi z niesamowitą prędkością. Dziewczynka poczuła na twarzy krople deszczu. Zmrużyła oczy w ogniu błyskawic, którymi nagle zapłonął horyzont. Odruchowo przytuliła się do czarodziejki, do jej czarnych pachnących bzem i agrestem włosów.
- Ziemia, po której stąpamy. Ogień, który nie wygasa w jej wnętrzu. Woda, z której wyszło wszelkie życie i bez której to życie jest niemożliwe. Powietrze, którym oddychamy. Wystarczy wyciągnąć rękę, by nad nimi zapanować, zmusić do uległości. Magia jest wszędzie. Jest w powietrzu, w wodzie, w ziemi i w ogniu. I jest za drzwiami, które Koniunkcja Sfer przed nami zamknęła. Stamtąd, zza zamkniętych drzwi, magia niekiedy wyciąga rękę do nas. Po nas. Wiesz o tym, prawda? Poczułaś już dotknięcie magii, dotyk ręki zza zamkniętych drzwi. Dotyk ten przepełnił cię strachem. Taki dotyk każdego przepełnia strachem. Bo w każdym z nas jest Chaos i Ład, Dobro i Zło. Ale nad tym można i trzeba panować. Trzeba się tego nauczyć. I ty nauczysz się tego, X. Po to przyprowadziłam cię tu, do tego kamienia, który od niepamiętnych czasów stoi na przecięciu tętniących mocą żył. Dotknij go.
Głaz drżał, wibrował, a wraz z nim drżało i wibrowało całe wzgórze.

6.
– Przy czym to byliśmy? A, tak. Kłopot z nauką krzesania polega na tym, że kolor istnieje niezależnie od nas, ale poznajemy go tylko poprzez nasze doświadczenie. Nie wiemy dlaczego, ale niektórzy mężczyźni, subchromaci, nie potrafią odróżniać czerwieni od zieleni. Inni nie odróżniają niebieskiego i żółtego. Oczywiście, kiedy mówisz człowiekowi, że nie widzi koloru, którego nigdy nie widział, może ci nie uwierzyć. Każdy, kto mu mówi, że czerwony i zielony różnią się od siebie, może po prostu stroić sobie z niego okrutne żarty. Może nie uwierzyć albo może zaakceptować istnienie czegoś, czego nigdy nie widział. To ma swoje teologiczne konsekwencje, ale to ci daruję. Upraszczając sprawę, skoro istnieją niepełnosprawni chromatycznie ludzie – nawiasem mówiąc, są to prawie zawsze mężczyźni – to dlaczego mieliby nie istnieć ludzie wybitnie wrażliwi na kolory, superchromaci? Okazuje się, że istnieją. Ale to są prawie zawsze kobiety. Więcej, niemal połowa kobiet potrafi różnicować kolory na najwyższym poziomie. W przypadku mężczyzn zdarza się to tylko jednemu na dziesięć tysięcy.
– Chwileczkę, więc mężczyźni są poszkodowani pod każdym względem? Częściej zdarzają się ślepi na kolory i rzadziej naprawdę dobrzy w ich widzeniu? To niesprawiedliwe.
– Ale za to możemy podnosić ciężkie przedmioty.
– I sikać na stojąco, tak – burknął X. [...]
Y. udał, że go nie słyszy.
– Mówię ci o tym wszystkim, żeby wyjaśnić specjalne przypadki, od których zacząłem, a mianowicie podczerwień i nadfiolet. Jeśli widzisz ciepło, istnieje spore prawdopodobieństwo, że możesz je krzesać.
– To znaczy, że mogę rozpalić ogień, o tak? Ziuu? – X. zakreślił szeroki łuk ręką.
– Tylko jeśli powiesz przy tym „ziuu”. – Y. się zaśmiał.

7.
Y. zatrzymał się przy potężnie zbudowanym młodzieńcu, który, w przeciwieństwie do pozostałych, zupełnie nie zwrócił na X. uwagi. Siedział otoczony przez sterty trzciny, przewlekając długie łodygi z niemal nieświadomą wprawą. Obok leżało kilka stożkowych koszy, wszystkie identyczne.
– To jest Tkacz – powiedział Xowi Y. – To jemu możesz dziękować za to, że nie masz połamanych żeber.
– Czy jesteś uzdrawiaczem, sir? – zapytał młodzieńca X.
Tkacz wbił w niego spojrzenie pozbawionych wyrazu oczu, a na jego ustach pojawił się niemrawy uśmiech. Po chwili zamrugał, jakby wreszcie zdołał rozpoznać X. – Cały połamany wewnątrz – powiedział, wypowiadając słowa z taką szybkością, że X. ledwie zdołał je rozpoznać. – Kości i żyły i mięśnie i organy. Trzeba było naprawiać. Długo, długo naprawiać.
– Naprawiłeś mnie? – zapytał.
– Naprawiłeś – powtórzył Tkacz. Znowu zamrugał i wrócił do swoich zajęć, jego palce wznowiły przerwaną pracę. Nawet nie podniósł wzroku, gdy Y. i X. zaczęli się oddalać.
– Jest opóźniony? – zapytał X.
– Nikt nie jest pewien. Całymi dniami wyplata kosze, rzadko się odzywa. Przestaje wyplatać tylko wtedy, gdy akurat uzdrawia.
– Jak nauczył się sztuki uzdrawiania?
Y. zatrzymał się i podniósł rękaw na lewej ręce. Na przedramieniu miał wąską bliznę, ledwie widoczną. – Kiedy przedzierałem się, próbując wydostać się z namiotu Lorda Bitew, jeden z jego Jastrzębi trafił mnie kopią. Zaszyłem tę ranę, jak potrafiłem, ale żaden ze mnie uzdrowiciel. Kiedy dotarłem w góry, wdała się gangrena, ciało wokół rany sczerniało i zaczęło śmierdzieć. Wtedy trafiłem między tych ludzi i Tkacz odłożył swoje sitowie i położył dłonie na moim ramieniu. Poczułem… ciepło, to niemal parzyło. Kiedy odsunął dłonie, rana wyglądała tak jak teraz.
X. obejrzał się na Tkacza, siedzącego pośród sitowia i koszy,[...]. – Ciemność – powiedział. Rozglądając się po czujnych twarzach mijanych ludzi, nowy ton pieśni stał się dla niego jasny. – Oni wszyscy to mają.

8.
X. kazał nam stanąć w dwóch rzędach, według wieku i wzrostu, a także według płci, dziewczęta ustawił za chłopcami i bardziej na prawo.
- Nie będę tolerował najmniejszego rozkojarzenia ani zachowania powodującego rozproszenie uwagi - uprzedził. - Jesteście tu po to, żeby się uczyć, a nie dla zabawy.[...]
- Przez siedemnaście lat byłem mistrzem Mocy w tej twierdzy. Do tej pory uczyłem małe grupki, dyskretnie. Jeśli ktoś zawodził pokładane w nim nadzieje, był po cichu oddalany. Jak dotąd Królestwu wystarczała garstka przyuczonych. Przekazywałem wiedzę tylko najbardziej obiecującym, nie tracąc czasu na tych, którzy nie mieli talentu albo nie potrafili zachować dyscypliny. Od piętnastu lat nie uczyłem korzystania z Mocy nikogo. Teraz jednak nastały złe czasy. [...] Legendy prawią, że w dawnych dniach było wielu biegłych w korzystaniu z Mocy i pracowali oni wraz ze swoim królem, by odwrócić niebezpieczeństwo od kraju. Może rzeczywiście tak było, a może stare podania prawią fałszywie. Tak czy inaczej, mój król nakazał mi spróbować utworzyć większą grupę kształconych w Mocy i ja, zgodnie z jego wolą, spróbuję to uczynić.
Całkowicie ignorował piątkę dziewcząt. Nawet nie spojrzał w ich stronę. Lekceważył je tak wyraźnie, że zacząłem się zastanawiać, czym też mogły aż tak go obrazić. [...]
W drugim rzędzie, tuż za mną, poruszył się któryś z chłopców. W mgnieniu oka X. znalazł się przed nim.
- Nudzimy się? Męczy nas gadanie starego człowieka?
- Tylko kurcz złapał mnie w łydkę, panie - odparł chłopak głupio.
X. zdzielił go wierzchem dłoni w twarz, aż chłopakowi odskoczyła głowa.
- Bądź cicho i stój spokojnie. Albo wyjdź. Mnie to obojętne. Jest zupełnie jasne, że brak ci wytrzymałości, by osiągnąć biegłość we władaniu Mocą. Król jednak uznał, że jesteś wart, by się tutaj znaleźć, więc będę próbował cię uczyć.
Zadrżałem wewnętrznie. Bo X., mówiąc do winowajcy, patrzył na mnie. Jak gdybym to ja, przedziwnym sposobem, ponosił odpowiedzialność za czyny tamtego chłopca.

9.
Na skalnej półce nad portalem pojawiła się jakaś postać, która uniosła wysoko ręce. Włosy miała długie i srebrzyste.
Grzywa Chaosu. X. Władca czarnoskórych T., który widział sto tysięcy zim, który kosztował krwi smoków, który rządzi ostatnimi ze swych pobratymców, siedząc na Tronie Smutku w królestwie tragicznym i niesamowitym, królestwie pozbawionym własnego terytorium.
X. był bardzo daleko i na tle swego ogromnego gmachu wydawał się maleńki, niemal pozbawiony znaczenia. To złudzenie miało wkrótce prysnąć. Gdy rozkwitła aura jego mocy, Y. z wrażenia wciągnęła powietrze w płuca.
Jeśli widzę ją z tak daleka...
– Połączcie się ze swymi grotami – rozkazała załamującym się głosem. – Szybko!
Gdy X. gromadził moc, ze środkowego wzgórza wystrzeliły ku niemu bliźniacze kule błękitnego ognia. Uderzyły w O[...] przy podstawie, wstrząsając całą skałą. T. wypuścił falę pozłacanych płomieni, którym towarzyszyła bursztynowa piana i czerwone języki dymu.
Władca O[...] nie pozostał dłużny. Na pierwsze wzgórze runęła czarna, wijąca się fala. Wielki mag odbił ją, padając na kolana, lecz martwicza moc spustoszyła wzgórze i spłynęła w dół po stokach, pochłaniając najbliższe szeregi żołnierzy. Czarny jak niebo o północy rozbłysk pochłonął bezradnych ludzi. Potem rozległ się łoskot, który wstrząsnął ziemią. Gdy ogień przygasł, żołnierze leżeli w gnijących stertach, skoszeni niby zboże.
[...] Pradawna magia. Tchnienie Chaosu.
Oddychała szybko i płytko. Czuła, jak napływa w nią jej grota […]. Ukształtowała ją, szepcząc pod nosem łańcuchy słów, a potem wypuściła moc. C. podążył za jej przykładem, czerpiąc z własnej groty [...]. L. otoczył się swym tajemniczym źródłem i kadra przyłączyła się do bitwy.
Y. widziała tylko walkę, lecz jakaś część jej jaźni zachowała dystans wobec wydarzeń, obserwowała je jak przez mgłę, uwiązana na smyczy przerażenia.
Świat stał się wcieleniem koszmaru. Czary płynęły w górę, by uderzyć w O[…]. Ich deszcz padał na ziemię, ślepy i niszczący. Gleba wzbijała się w górę w grzmiących kolumnach. Skalne odłamki przeszywały ludzkie ciała z taką samą łatwością, z jaką rozżarzone kamienie przebijają śnieg. Opadający pył pokrywał i żywych, i martwych. Niebo pociemniało, przybierając bladoróżową barwę, a słońce stało się przesłoniętym mgiełką miedzianym dyskiem.

10.
Y. mieszkał, pracował i spał w wannie, przemieszczając się z jednego jej końca w drugi za pomocą wprawnych ruchów płetwiastych dłoni i żabich nóg. Jego cielsko, na pozór pozbawione kości, trzęsło się przy tym jak rozdęte jądro. Był stary, tłusty i zrzędliwy, nawet jak na [...]. Przypominał ozdobiony kończynami worek krwi, ze słabo wyodrębnioną głową pośrodku której znajdowała się wielka, wiecznie ponura gęba.
Dwa razy w miesiącu wylewał wodę z wanny, a bywalcom kazał polewać się świeżą wodą – kąpiel ta sprawiała mu taką przyjemność, że stękał i pierdział z zadowolenia. W rzeczywistości [...] mógł bezpiecznie spędzać z dala od wody nawet i okrągłą dobę, ale Y. miał to gdzieś. Chlubił się swoją gnuśnością i opryskliwością jedno i drugie z upodobaniem praktykując w brudnej wodzie. X. nie mógł oprzeć się wrażeniu, iż Y. dobrowolnie angażuje się w swoiste brutalne przedstawienie: zdawał się rozkoszować własnym dążeniem do absolutnej obrzydliwości. [...]
Na bufecie stało kilka prymitywnych figurek wykonanych z wody, na oczach X. wsiąkających wolno w stare drewno. Dwie z nich rozpadały się coraz gwałtowniej, aż wreszcie zatraciły do reszty swój kształt i stały się niewielkimi kałużami. Y. od niechcenia zaczerpnął wody z wanny i począł lepić. W jego rękach ciecz zachowywała się jak glina; zatrzymywała postać, którą nadały jej wprawne dłonie. Drobiny brudu i przebarwienia ze starej wanny Y. zostały uwięzione we wnętrzu figurek. [..] spłaszczył palcem miniaturową twarz i uszczypnął ją, wyciągając długi nos, a następnie ścisnął rękami nogi wielkości małych kiełbasek. Po chwili ustawił przed X. gotowego homunkulusa.
– Tego ci potrzeba? – spytał.
X. dopił szybko resztę piwa.
– Dzięki, Y. Doceniam to.
Ostrożnie dmuchnął na figurkę, która posłusznie przewróciła się wprost w nadstawione dłonie. Chlupnęła z cicha, ale Isaac wciąż wyczuwał napięcie powierzchniowe, które utrwalało nadany przez Y. Kształt. [...] przyglądał się jego poczynaniom z cynicznym uśmieszkiem. Nie zwracając nań uwagi, uczony wybiegł z lokalu, by jak najszybciej dostarczyć niezwykłe dzieło do laboratorium.

11.
Szczur spał sobie w najlepsze na kolanach X.
- Mógłby zdechnąć i wcale bym nie zauważył. Wczoraj próbowałem zmienić mu sierść z szarej na żółtą, żeby miał ciekawszy wygląd, ale zaklęcie nie podziałało. Pokażę ci, zobacz...
Pogrzebał w swoim kufrze i wyciągnął bardzo wysłużoną różdżkę. W kilku miejscach była wyszczerbiona, a na końcu połyskiwało coś białego.
- Powypadała prawie cała sierść jednorożca. No, ale spróbujmy...
Właśnie podniósł różdżkę, kiedy drzwi do przedziału znowu się otworzyły. [...]
- Och, robisz czary? No to popatrzymy. Usiadła. X. sprawiał wrażenie nieco zaskoczonego.
- Ee... No dobra. Odchrząknął.

Słoneczko, masełko, stokrotki żółciutkie
Cyraneczko, żądełko, pieniążki złociutkie,
Zmieńcie szczura tego, głupiego, tłustego,
W szczura mądrego i całkiem żółtego!

Machnął różdżką, ale nic się nie stało.
[Szczur] był nadal szary i nawet się nie obudził.
- Jesteś pewny, że to prawdziwe zaklęcie? - zapytała dziewczynka. - No, nawet jeśli tak, to chyba nie najlepsze, prawda? Próbowałam kilku prostych zaklęć, tak dla wprawy, i wszystkie podziałały.

12.
- Przyjechało was ośmiu, tak?
- Zgadza się - odrzekł mag.
- I podobno nie ma wśród was nikogo dorosłego.
- Są i starsi, i młodsi ode mnie - rzekł X. oględnie. „Nikogo dorosłego” - też coś!
Królewicz podskoczył, usiadł na blacie stołu, kiwając nogą i przypatrując się X. badawczo. Zdecydowanie działał Iskrze na nerwy.
- Phi... - rzekł Y. lekceważąco. - To szkółka. Na pewno nie umiecie porządnie czarować. Tak samo i ja bym potrafił, gdybym nauczył się zaklęć.
- Na pewno nie - odparł X. i usiadł bez zaproszenia w fotelu, rozpierając się w nim wygodnie.
- Na pewno tak. Skąd wiesz, że nie? To powiedz jakieś zaklęcie, naucz mnie, a zobaczymy, któremu z nas lepiej pójdzie!
Aaaa, to o to chodzi, pomyślał X., a głośno powiedział:
- Avatum koro ivite.
- Avatum koro ivite - powtórzył w skupieniu następca tronu, po czym ukradkiem rozejrzał się wokoło.
- Nie działa!
- Nie powiedziałem, że zadziała - odparł X. z szyderczym uśmieszkiem. - Macie tu takie pojęcie o magii jak żaby o astronomii. Zaklęć nie ma i nigdy nie było. Magia jest aktem woli oraz talentu, a nie grą w słówka.

13.
X. zbliżył się na może dziesięć kroków. Wiedział, że mimo przechwałek czarownik musi być zmęczony i czeka na okazję do rzucenia niezawodnego czaru. Za plecami Y. skalna płaszczyzna załamywała się i mknęła w dół, skąd dochodził do nich łoskot wody. Dla maga jedyną szansą ucieczki była droga jedną ze Ścieżek Mocy.
Udając, że poprawia tarczę, oficer rozpiął rzemień podtrzymujący ją na przedramieniu.
– Dlaczego, czarowniku? Dlaczego? Y. opuścił rękę i spojrzał na niego jak na zwierzę, które nagle przemówiło.
– No proszę, nagle zaczynamy zadawać pytania. A skąd to wzięła nam się ta maniera? Zrezygnowaliśmy ze ślepego wykonywania rozkazów i próbujemy zrozumieć, co się wokół nas dzieje? Wysilamy namiastkę umysłu, który do tej pory zajmował się tylko żarciem, piciem i szukaniem dziury, w którą można by wsadzić kuśkę? I cóż to wymyśliliśmy?
X. zatrzymał się dziesięć kroków od maga, opuścił ręce i wziął głęboki wdech, próbując uspokoić rozszalałe serce.
– Talent jest dziedziczny – zaczął, robiąc pół kroku do przodu. – To wiedzą nawet dzieci. Ale zarówno czarodzieje, jak i czarodziejki, mają poważne kłopoty z dorobieniem się w pełni zdrowego potomstwa. Przeważnie rodzą im się potworki, wypaczone przez Moc. Talent dziedziczy się przeważnie z przeskokiem, po ciotkach, wujkach i innych krewnych. A od setek lat znalezienie sposobu na kontrolowanie tej dziedziczności jest marzeniem każdej gildii czarodziejów. To dałoby jej przewagę nad innymi – zamiast cały mi miesiącami, a niekiedy nawet latami poszukiwać dzieci uzdolnionych, można by założyć hodowlę. Dynastię magów, z pokolenia na pokolenie potężniejszych i znaczących coraz więcej. Aż w końcu nikt nie mógłby się im oprzeć.

14.
- Wystarczy już - wtrącił X., zupełnie mnie zaskakując. - A więc te dwa denary - podsunął mi dwa pod nos - mogą pochodzić z tej samej sztaby, racja?
- Tak naprawdę to chyba odlewane są oddzielnie… - Urwałem pod jego natarczywym spojrzeniem. - Jasne.
- A więc jest coś, co wciąż je łączy ze sobą, racja? - Znowu tak na mnie spojrzał.
Naprawdę to wcale tak nie uważałem, ale wiedziałem, że lepiej nie przerywać.
- Racja.
Położył oba denary na stole.
- A więc, kiedy poruszę jeden z nich, drugi też powinien się poruszyć, tak?
Zgodziłem się, bo widziałem, że tego po mnie oczekuje, i sięgnąłem po jedną z monet. Ale X. schwycił moją rękę, pokręcił głową.
- Najpierw musisz im to zasugerować. Musisz je przekonać.
Wyciągnął skądś miseczkę i wlał do niej kleistą kroplę żywicy sosnowej. Zanurzył jeden z denarów w żywicy, a potem przykleił drugi do niego, wypowiedział kilka słów, których nie zrozumiałem, i powoli rozsunął obie monety, po chwili połączone już tylko pojedynczymi nitkami żywicy.
Jedną położył na stole, drugą wciąż trzymał w dłoni. Wymamrotał jeszcze coś, rozluźnił się.
Uniósł rękę, a denar na stole poruszył się w ślad za drugą monetą. Potem jego dłoń zatańczyła w serii skomplikowanych ruchów, a brązowy kawałek żelaza zaczął podskakiwać do taktu.
Przeniósł wzrok z mojej twarzy na monetę.
- Prawo sympatii jest jednym z podstawowych wymiarów magii. Stwierdza, że im bardziej podobne są dwa przedmioty, tym silniejsza więź sympatetyczna. A im silniejsza więź, tym łatwiej przedmioty oddziałują na siebie.

15.
X. sądził najpierw, że jako uczeń wielkiego maga dostąpi od razu wtajemniczenia i od razu osiągnie biegłość w czarodziejskiej mocy. Myślał, że będzie rozumieć język zwierząt i mowę liści w lesie, że swoim słowem będzie poruszał wiatry i nauczy się przeistaczać siebie w każdy kształt, w jaki zapragnie; że być może obaj z Mistrzem pobiegną obok siebie pod postacią jeleni lub pofruną do [...] ponad górą na orlich skrzydłach.
Ale wcale tak nie było. Wędrowali najpierw w dół Doliny, a potem coraz bardziej na południe i zachód naokoło góry, szukając noclegu w małych wioskach albo spędzając noc na bezludziu jak ubodzy najemni czarownicy, wędrowni rzemieślnicy albo żebracy. Nie wkroczyli w żadną tajemniczą dziedzinę. Nic się nie zdarzyło. Dębowa laska maga, którą X. oglądał po raz pierwszy z pełną entuzjazmu trwogą, była tylko grubą laską do podpierania się w marszu. Minęły trzy dni i cztery dni, a wciąż jeszcze Y. nie wypowiedział ani jednego zaklęcia w obecności X., ani też nie nauczył go niczego, o imionach, runach lub czarach.
Mimo że bardzo małomówny, Y. był tak łagodny i spokojny, że X. wkrótce przestał się go lękać, a dzień czy dwa później ośmielił się już na tyle, że spytał swego Mistrza:
- Kiedy zacznie się moja nauka, panie?
- Już się zaczęła - odpowiedział Y..
Zapadło milczenie, jak gdyby X. starał się powstrzymać coś, co musiał powiedzieć. Wreszcie powiedział to:
- Ale ja się jeszcze niczego nie nauczyłem!
- Bo nie zdałeś sobie jeszcze sprawy, czego uczę - odparł mag, stąpając dalej miarowym, długonogim krokiem po drodze, która wiodła przez wysoką przełęcz między [...].

16.
Najwyraźniej w świecie Czarodziej przyjął jego sprawę. X. podążył za nim do sąsiedniego pomieszczenia. Było to laboratorium, którego półki i podłogi, poza jednym oczyszczonym miejscem, były zawalane magicznymi przyrządami.
- Odsuń się - powiedział krótko Y., choć X. nie bardzo miał gdzie. Osobowość Czarodzieja trudno by nazwać przyjemną. Rok pracy u niego nie będzie należał do przyjemności. Ale opłacałoby się, gdyby X. dowiedział się jaki jest jego talent magiczny i gdyby okazał się on coś wart.
Y. wziął z półki małą buteleczkę, potrząsnął nią i postawił na podłodze, pośrodku pentagramu - figury pięciobocznej. Następnie wykonał rękoma odpowiednie gesty i śpiewnie wypowiedział jakieś słowa w tajemniczym języku.
Z butelki wyskoczył korek i zaczął wydobywać się dym. Utworzył sporą chmurę, a potem przybrał kształt demona. Demon nie należał do groźnych - jego rogi były tylko szczątkowe, a ogon zakończony miękką kitką, a nie ostrym kolcem. Poza tym nosił okulary, z pewnością przywiezione z [...], gdzie takie przyrządy są często używane do wzmacniania słabego wzroku mieszkańców. W każdym razie tak twierdzą mity. X. nieomal się zaśmiał. Krótkowzroczny demon!
- O B.! - Zaintonował Y.. - Wzywam cię na mocy władzy przyznanej mi przez Układ, abyś powiedział jaki talent magiczny posiada obecny tu chłopak, X.! [...]
Demon skupił siły.
- Ma magię - silną magię, ale...
Silną magię! X. odczuł przypływ nadziei.
Ale nie potrafię zgłębić jej istoty - zakończył B. Wykrzywił się do Dobrego Czarodzieja. - Przykro mi stary durniu. Poddaję się.
To spływaj - niedouku. - warknął Y.

17.
Słońce chyliło się ku zachodowi, a X. kreślił na ziemi run odpowiedzialny za ogłuszanie. Rysował go tak długo, aż nabrał pewności, że nie popełnił żadnego błędu. Wtedy wyciągnął pędzel i miseczkę z farbą z zestawu do malowania znaków i starannie naniósł symbol na lewą dłoń. Dmuchał na nią lekko, aż farba całkiem wyschła.
Malowanie prawej dłoni stanowiło większe wyzwanie, ale młodzieniec pamiętał z własnego doświadczenia, że przy odpowiedniej dozie koncentracji potrafił kreślić runy również lewą dłonią, choć zazwyczaj trwało to dłużej.
Gdy nastały ciemności, delikatnie zacisnął dłonie, by się upewnić, że farba nie popęka bądź nie odpadnie. Usatysfakcjonowany, podszedł do chroniących oazę obelisków i przyjrzał się krążącym nieopodal demonom, które już wywęszyły zdobycz.
Stojący najbliżej bariery otchłaniec niczym się nie wyróżniał. Był to zwykły piaskowy demon mierzący około czterech stóp, z długimi przednimi i muskularnymi tylnymi odnóżami. Spostrzegłszy ofiarę, zaczął wywijać najeżonym kolcami ogonem.
W chwilę później zaszarżował. Gdy odbił się do skoku, X. częściowo zasłonił dwa znaki. Osłona została przerwana i potwór przeleciał przez nią, zaskoczony brakiem oporu. Młodzieniec błyskawicznie cofnął dłoń. Cokolwiek miało się wydarzyć, demon nie miał szans przeżyć. Istniały tylko dwie możliwości – albo zginie z ręki człowieka, albo go zabije i spłonie w promieniach wschodzącego słońca. Ucieczka z silnie chronionej oazy stanowiła trud ponad jego siły.
Demon zerwał się na nogi, sycząc i szczerząc rzędy zębów. Zatoczył krąg. Jego węźlaste mięśnie napinały się, gdy poruszał energicznie ogonem. Nagle zaryczał niczym tygrys i skoczył.
X. wyciągnął przed siebie dłonie. Miał dłuższe ręce od odnóży potwora i ledwie dotknął jego łuskowatej piersi, runy rozbłysły. Ciszę nocy przeciął dziki skowyt. Demon odbił się od znaków i z łoskotem uderzył w ziemię kilka kroków dalej. X. wyraźnie widział smużki dymu unoszące się z jego ciała. Rozciągnął usta w szyderczym uśmiechu.

18.
X. zamknął zmarłemu oczy, następnie odwrócił się do Y. Y. stał po drugiej stronie komnaty, przypatrując się resztkom drzwi haremu, wiszącym na jednym zawiasie. Marszałek podszedł tam, zajrzał do środka. Żołnierze już godzinę temu przegnali kobiety, zabierając je do innych części pałacu wraz z resztą dziwek Uprzywilejowanych.
– Furia niewiasty – mruknął Y.
– W rzeczy samej – zgodził się X.
– Nijak nie zdołalibyśmy tego przewidzieć.
– Im to powiedz. – Marszałek ruchem głowy wskazał cztery ciała, ułożone w rzędzie pod ścianą, a także piąte, które zaraz miało do nich dołączyć. Pięciu prochowych magów. Pięciu przyjaciół. Wszystko przez jedną Uprzywilejowaną, której nie uwzględnili w swoich planach. X. właśnie wpakował kulkę w łeb Odźwiernemu, człowiekowi, któremu zwykle ściskał dłoń. Naznaczeni towarzyszyli mu jedynie na wszelki wypadek, gdyby w starcu tliła się jeszcze wola walki. Nie spodziewali się jeszcze jednej Uprzywilejowanej, ukrytej w burdelu. Przeszła przez drzwi niczym brzytwa gilotyny przez melon. Na dłoniach miała rękawice Uprzywilejowanych, jej palce tańczyły, a płynąca z nich magia rozdzierała ludzi X. na strzępy. Prochowy mag mógł bezbłędnie trafić w cel oddalony o mile. Mógł samą myślą prowadzić kulę po najbardziej zawiłej trasie i spożywać czarny proch, aby stać się silniejszym i szybszym od zwykłych ludzi. Niewiele to jednak było warte przeciwko czarom Uprzywilejowanego, rzucanym z niewielkiego dystansu.
X., Y. i Z. jako jedyni mieli czas zareagować, a i tak ledwie zdołali odeprzeć jej wściekły atak. Umknęła, a echo niszczycielskich czarów podążało jej śladem przez korytarze pałacu. Zapewne miały na celu zniechęcenie ewentualnego pościgu. Jej ostatni strzał okazał się śmiertelny dla Z., uderzyła jednak na oślep. Równie dobrze Y. albo nawet sam X. mogli umrzeć na łóżku Odźwiernego. Ta myśl zmroziła marszałkowi krew w żyłach.

19.
– Skąd się wzięli?
– Z K.
– Bardzo śmieszne. Chodzi mi o gildię i monopol.
– To proste. Pewnego wieczoru potężny czarownik stuka do drzwi mniej potężnego czarownika. „Zawiązuję ekskluzywną" gildię, powiada. „Albo od razu do niej wstąpisz, albo rozmażę cię na ścianie, tak że zostanie gówno i kapcie". Drugi mag naturalnie się zgadza i mówi...
– „Z przyjemnością. Zawsze chciałem należeć do gildii".
– No właśnie. We dwóch idą do trzeciego. „Przyłącz się do nas", mówią. „Albo walcz z nami, tu i teraz, dwóch na jednego". Powtarzają to do skutku, aż do drzwi ostatniego niezależnego czarownika w okolicy puka trzystu czy czterystu członków gildii. Kto odmówi, zginie.
– Muszą mieć jakieś słabe punkty.
– Naturalnie, chłopcze. To śmiertelnicy, tacy sami jak my. Jedzą, srają, starzeją się, umierają. Ale przy tym są jak szerszenie: zadrzyj z jednym, a wszystkie się zlecą, żeby podziurawić cię jak sito. Niech Trzynastka ma w swojej opiece każdego, kto zabije ****maga, celowo albo przez przypadek.
– Dlaczego?
– To ich najstarsza reguła, reguła nieznosząca wyjątków: jeżeli zabijesz ****maga, cała gildia rzuca bieżące sprawy w diabły i zaczyna cię ścigać. Znajdą cię. Nie cofną się przed niczym. Zabiją ci przyjaciół, rodzinę, wspólników. Spalą dom. Zniszczą wszystko, co kiedykolwiek zbudowałeś. Zanim w końcu dosięgną i ciebie, dopilnują, żeby twój ród raz na zawsze zniknął z powierzchni ziemi.
– Nikt im się nie sprzeciwia?
– Nie, to nie tak. Możesz walczyć z którymś z nich, jeśli masz z nim na pieńku. Jeżeli jednak posuniesz się do zabicia go... Gra niewarta świeczki. Już lepiej popełnić samobójstwo. Przynajmniej nie wymordują wszystkich, którym ufasz i których kochasz.
– Nieźle...
– Nieźle, powiadasz? – X. pokręcił głową. – Już same czary robią na ludziach wrażenie, ale najgorsza jest ta francowata mściwość ****magów. Dlatego kiedy staniesz z takim twarzą w twarz, padasz mu do nóżek i grzecznie mówisz „proszę pana".

20.
Zdążyła postawić na kuchence patelnię, kiedy od strony schodów dobiegł ją przedziwny dźwięk, coś jakby dyszenie, oraz odgłos uderzającego o drewno papieru. Pomyślawszy o J., w obronnym geście uniosła łopatkę. Kiedy jednak prowadzące na schody drzwi uchyliły się, wyłoniło się zza nich coś znacznie mniejszego.
C. wciągnęła głośno powietrze. Oto w progu stał papierowy pies merdający krótkim papierowym ogonem.
Jego ciało składało się z mnóstwa kawałków papieru łączących się niemal niezauważalnie od głowy aż do ogona. Psiak nie miał oczu, ale nos owszem, jak również wyraźny pyszczek, który otworzył się i wydał przedziwne szczeknięcie. Wyglądał jak skrzyżowanie labradora z terierem i sięgał kolan C.
Zaszczekawszy raz jeszcze, podbiegł do niej i zaczął wąchać jej buty.
Z dreszczem, który przebiegł jej wzdłuż kręgosłupa, odłożyła łopatkę, zrzucając przy tym fenkuł na ziemię. Kucnęła i pogłaskała psa po głowie. Wydała się zaskakująco twarda, no i oczywiście poczuła łaskotanie w opuszkach palców, niemal tak, jakby głaskała prawdziwe futro.
– Witaj, psiaku! – rzuciła, a piesek podskoczył i wsparł się przednimi łapami o jej kolana, po czym polizał ją suchym papierowym językiem.
C. zaśmiała się i podrapała go za uszami. Dyszał z zadowolenia. – Skąd się wziąłeś?

21.
Słucham więc, co pana sprowadza?
– Wczoraj był pan łaskaw pokazywać sztuki...
– Ja? – zawołał zdumiony mag. – Pan daruje! Raczy pan chyba żartować! Mnie to przecież nawet nie przystoi!
– Proszę mi wybaczyć – powiedział speszony bufetowy. – Ale przecież... seans czarnej magii...
– Ach, no tak, no tak! Cóż więc sprowadza pana do mnie w związku z tym seansem?
– Przepraszam najuprzejmiej, ale ośmielam się przypomnieć, że między innymi poleciały tam z sufitu papierki... – Bufetowy zniżył głos i obejrzał się z zażenowaniem. – No i wszyscy je łapali. Przychodzi więc do mnie do bufetu młody człowiek, daje czerwońca, ja mu wydaję osiem pięćdziesiąt reszty... Potem drugi...
– Też młody?
– Nie, starszy. Przychodzi potem trzeci, czwarty... A ja wszystkim wydaję resztę. A dzisiaj sprawdzam kasę – a w kasie zamiast pieniędzy kawałki papieru. Na sto dziewięć rubli nacięli bufet.
– Aj–ja–jaj! – zawołał artysta. – Czyżby oni naprawdę sądzili, że to są prawdziwe pieniądze? Nawet nie dopuszczam do siebie myśli, że mogli to zrobić świadomie.
Znękany bufetowy spojrzał zezem, ale nic nie powiedział.
– Czyżby kanciarze? – zapytał gościa zaniepokojony mag. – Czyżby wśród mieszkańców Moskwy mogli się znaleźć kanciarze?

22.
Nazajutrz zwolniony ze służby i radosny Szymek zaczaił się w krzakach, by popatrzeć na krzątającą się w obejściu Jarosławnę. Jednakże ze zdziwieniem poczuł, że jego miłości jakby zaczęło ubywać. Mnóstwo jej ubyło zwłaszcza wtedy, kiedy młynarczycy go wypatrzyli i zaczęli pokpiwać, że Jarosławna ma nowego zalotnika. Dziewczyna zaperzyła się, krzyknęła:
- Wynoś się stąd, świniopasie jeden! Przestań za mną łazić! Przestań się na mnie gapić! Wynocha! - I uciekła z płaczem, przy wtórze szyderczego śmiechu młynarczyków.
Zdesperowany jej nieczułością powlókł się z powrotem do wiedźmiej chatki.
Och, Jarosławna!, myślał z wyrzutem, Jarosławna, moja słodka Jarosławna! I czternaście mórg, dopowiadał jakiś uparty głos w jego czaszce. Cztery krowy. Puchowa pierzyna... Ale to się zmieni, przekonywał się stanowczo. Jeszcze dwa dni, wywar z miłostki i wszystko się zmieni.
Tak się rozmarzył, że dopiero solidne bodnięcie ściągnęło go z powrotem na ziemię. Cap B. zabeczał bezczelnie i uciekł. Czemuś ten cap strasznie go nie cierpiał i trykał przy każdej okazji. Zeźlony chłopak ruszył za kozłem, który przemyślnie umknął do chaty. Jednak popychany słusznym gniewem Szymek nie zawahał się.
- Już jesteś? - zdziwiła się B., a gęba Szymka sama rozdziawiła się ze zdumienia.
W izbie bowiem siedziały trzy dorodne, młode dziewuchy, a jedna z nich właśnie przemówiła głosem B. (tylko młodszym i mniej piskliwym). Miały na sobie rozchełstane, głęboko wycięte kiecki, jakie zwykła przywdziewać wioskowa ladacznica. Tylko gdzież było owej ladacznicy o wdzięcznym mianie Gronostaj do zaczarowanej wiedźmy!
- Ja tak... za capem... przepraszam - wybąkał przejęty Szymek i uciekł.
Z wnętrza chaty dobiegł go zgodny rechot trzech wiedźm. Pokładały się ze śmiechu. Przezornie zrezygnował więc z kolacji i wrócił do swoich świń.
Rano B. wyglądała całkiem zwyczajnie.
- Ty się mnie boisz, Szymek? - zagadnęła.
- No, nie... - skłamał niezdarnie. - Nie bardzo.
- Bo nie ma się co bać. - Pokiwała głową. - Rację mają dziewuchy, strasznie się ostatnimi czasy rozleniwiłam. Zepsułam miotłę, przestałam się odmieniać zaklęciem „młoda-i-piękna”, nawet z nietopyrkami od dawna się nie włóczę. Ech, prowincja, stagnacja. Nie to, co kiedyś... - Zamyśliła się nad czymś posępnie. - Ale póki tu jesteś, nie będę czarować. Żebyś się zanadto nie spłoszył.
- E, mnie tam wszystko jedno - mruknął. - Zmieniajcie się, jako chcecie.
- Tak? - rzuciła zalotnie B. Zamachała chudziutkimi ramionami, odwinęła się żwawo i znów przed Szymkiem stała czarnowłosa dziewoja, którą onegdaj widział w chacie. - Dzisiaj jarmark w Zielonkach. Wrócę wieczorem. - Wyrwała sztachetę z płotu, podkasała wysoko kieckę, usiadła okrakiem i odleciała.

23.
Wzmożoną chwiejbę pokładu najdotkliwiej odczuwał T. R. towarzyszył starcowi. Po raz kolejny przekonywał się, że [...] mędrzec-Przyjęty niekoniecznie musi być jakąś przedziwną istotą, z której powaga, dostojność i siła promieniują nieustannie, w każdych warunkach. To był człowiek po prostu. Zwykle nieco żartobliwy, a nawet rubaszny, teraz ciężko doświadczany przez morską chorobę, na co dzień zaś poświęcający się wybranemu zajęciu, które było omal takim samym zajęciem jak i każde inne. Obowiązkiem żołnierza było znać się na wojnie, obowiązkiem marynarza - na morzu; obowiązkiem zaś Przyjętego - rozumieć S. I nic więcej. Zapewne, że rozumienie S. dawało dostęp do sił, które użyte być mogły w wielu sytuacjach; w końcu to S. rządziła światem. Pojmował jednak teraz R., jak zabawne, w istocie, jest nazywanie Przyjętego magiem, czy też w niektórych krainach S. - utożsamianie go niemal z jakimś czarownikiem.
- Czy nie możesz jakoś sprawić, panie - zapytał wreszcie, widząc okropną bladość olbrzyma - by dolegliwości były nieco mniejsze?
Tamten uśmiechnął się prawie.
- Mogę, kapitanie, czy też raczej - mógłbym. Ale moja siła, podobnie jak siła każdego spośród Przyjętych, płynie z rozumienia S. Znamy potęgę Pasm i dlatego właśnie wiemy, kiedy można i należy jej użyć. Kapitanie, czy gdyby dano ci moc rozkazywania wichrom, przyzywałbyś je zawsze, ilekroć chciałbyś zdmuchnąć świeczkę?

24.
- Magia! - oświadczył pan Canning, minister spraw zagranicznych. - Nie mówcie mi o magii! Jak wszystko inne, i ona pełna jest komplikacji. Rozczarowuje!
Nie mijał się z prawdą. Pan X. zawsze chętnie udzielał długich i skomplikowanych wyjaśnień, czemu to lub tamto nie jest możliwe. Raz mimochodem powiedział coś, czego później żałował. Zdarzyło się to w Burlington House, gdy tłumaczył lordowi Hawkesbury, ministrowi spraw wewnętrznych , że aż dwunastu magów musiałoby pracować dniem i nocą nad pewnym zadaniem. Wygłosił długą, nużącą mowę o żałosnej sytuacji angielskiej magii i zakończył ją słowami:
- Chciałbym, aby było inaczej, ale jak zapewne wiadomo waszej lordowskiej mości, utalentowani młodzieńcy wybierają armię, marynarkę i Kościół. Moją profesję bardzo zaniedbano. - I westchnął ciężko.
Właściwie wcale nie zamierzał nad tym ubolewać, może jedynie zwrócić uwagę na swój niepospolity talent. Niestety, lord Hawkesbury wpadł na całkiem nowy pomysł.
- Och! - wykrzyknął. - Więcej magów, tak? Rozumiem. No właśnie. Może szkoła? Albo towarzystwo pod patronatem Jego Królewskiej Mości? Cóż, szczegóły zostawimy panu. Gdyby był pan łaskaw sporządzić stosowne opracowanie, chętnie je przeczytam i przedłożę pańskie propozycje innym ministrom. Wszyscy wiemy, jak znakomicie radzi pan sobie z tego rodzaju notami, pisze jasno i przejrzyście, a do tego wyraźnie. Sądzę nawet, że wykroimy dla pana skromną sumkę na ten cel. Proszę się tym zająć w wolnej chwili, bez pośpiechu. Wiem, że jest pan zapracowany.
Biedny pan X.! Nic nie mogłoby go bardziej przerazić niż kreowanie nowych magów.

25.
– Zwykli akwatycy potrafią kontrolować prądy wodne, przywołać wodę albo wilgoć z powietrza lub niedalekiego źródła. Zawiadują pływami w naszym porcie. Jednakże pod wpływem jurdy parem akwatyk może zamienić własny stan skupienia ze stałego w ciekły lub gazowy i z powrotem, a także to samo uczynić z innymi obiektami. Nawet ze ścianą.
K. kusiło, żeby temu zaprzeczyć, ale nie potrafił inaczej wyjaśnić tego, co właśnie widział.
– Jak?
– Trudno powiedzieć. Wie pan o amplifikatorach, jakie stosują niektórzy g.?
– Widziałem je. – Zwierzęce kości, zęby, łuski. – Słyszałem, że trudno je zdobyć.
– Bardzo. One jednak tylko zwiększają moc g. Jurda parem zmienia jego percepcję.
– No i?
– G. manipulują materią na najbardziej fundamentalnych poziomach. Nazywają to Małą Nauką. Pod wpływem parem są w stanie manipulować szybciej i znacznie precyzyjniej. Teoretycznie jurda parem to używka pobudzająca tak samo jak jej kuzynka. Jednak wydaje się, że wyostrza zmysły g. Dzięki temu działają z nadzwyczajną szybkością. Stają się dla nich realne rzeczy, które zwyczajnie nie powinny być możliwe.
– A jak to działa na takich nędznych sukinsynów jak ty czy ja?
Van Eck najeżył się nieco, kiedy trafił do jednego wora z K., ale odpowiedział:
– Zabija. Zwykły umysł nie jest w stanie znieść parem nawet w najmniejszych dawkach.


==========
Aktualizacja po zakończeniu konkursu:
Tytuły utworów, z których pochodzą konkursowe fragmenty, znajdziesz tutaj:

rozwiązanie konkursu


Wyświetleń: 519
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 12
Użytkownik: pawelw 2021-09-01 16:24 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam konkurs nr 2... | pawelw
Jakoś tak szybko minęły wakacje i czas na kolejny konkurs.
To już 250! Też jakoś to tak szybko zleciało...

25 fragmentów przygotował dla nas Sznajper tym razem we wcieleniu Wielkiego Kapłana Cienia.
To na pewno będzie magiczny konkurs!

Wśród wszystkich uczestników konkursu wylosuję nagrodę od ePWN. Szczęśliwy zwycięzca będzie mógł wybrać książkę z oferty księgarni PWN (do 50zł). Tym bardziej zachęcam do uczestnictwa.
Użytkownik: wwwojtusOpiekun BiblioNETki 2021-09-01 17:25 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam konkurs nr 2... | pawelw
Zwykle nie biorę udziału w konkursach, ale w tym przypadku na pierwszy rzut oka rozpoznaję około połowy tytułów, więc chyba się skuszę. :-)

Nie jestem pewien, czy dobrze rozumiem zasady - można wysłać kilka maili z odpowiedziami na kolejne odgadnięte fragmenty?
Użytkownik: Sznajper 2021-09-01 17:43 napisał(a):
Odpowiedź na: Zwykle nie biorę udziału ... | wwwojtusOpiekun BiblioNETki
Zapraszam serdecznie :)

Chodzi o to, że jeżeli odgadniesz autora ale nie tytuł, to masz tylko 1 szansę na podanie prawidłowego tytułu. Po to, by nie strzelać mailami dotąd, dopóki nie trafi się we właściwy.
Użytkownik: Sznajper 2021-09-01 21:23 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam konkurs nr 2... | pawelw
Zapomniałem napisać, ale tak, podpowiadam chętnym, które książki przeczytali, albo znają autorów.
Użytkownik: pawelw 2021-09-01 21:32 napisał(a):
Odpowiedź na: Zapomniałem napisać, ale ... | Sznajper
Powiadają, że Iskaral Krost jest naprawdę dobrym podpowiadaczem uzdrowicielem, czasem tylko mylą mu się trucizny z lekarstwami.
Użytkownik: mika_p 2021-09-04 16:33 napisał(a):
Odpowiedź na: Powiadają, że Iskaral Kro... | pawelw
Lekarstwo w odpowiedniej dawce też jest trucizną.
Melduję się w konkursie czyli.
Użytkownik: Sznajper 2021-09-05 22:25 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam konkurs nr 2... | pawelw
Miałem weekendową obsuwę w odpisywaniu na wiadomości, ale do wszystkich wyleciały już sowy z odpowiedziami.
Użytkownik: Sznajper 2021-09-07 09:41 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam konkurs nr 2... | pawelw
Analizując dotychczasowe odpowiedzi uczestników, mogę stwierdzić, że fragmenty nr 1, 3, 5, 11, 20, 21 i 22 są banalnie łatwe i możliwe do opanowania nawet przez początkujących adeptów magii.

2, 4, 9, 15 i 18 zawierają bardziej zaawansowane zaklęcia, ale wciąż popularne.

Najtrudniejsze i wymagające mistrzowskiej precyzji i skupienia są 8, 10, 14, 19 i 25. Bardzo trudna do opanowania jest także 12, choć kryje się za nią banalne zaklęcie.
Użytkownik: mika_p 2021-09-07 22:13 napisał(a):
Odpowiedź na: Analizując dotychczasowe ... | Sznajper
No i się zgadza, te banalnie łatwe mam w komplecie :)

Chciałabym się za to dowiedzieć czegoś o tajemniczej 7, trudnej 8, zaawansowanej 9 i 15 i równie tajemniczej 16. Albo gdzieś już spotkałam tych magów, albo wszyscy są do siebie podobni i mi się mylą - kapelusz, broda, szata, magia.
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 2021-09-08 12:10 napisał(a):
Odpowiedź na: No i się zgadza, te banal... | mika_p
8 i 16 też nie mam.
7 nie czytałam, jedynie wydedukowałam na podstawie opisu, więc niełatwo mataczyć. Tytuł może się na pierwszy rzut oka kojarzyć nie tyle z magią, co ze skutkami aktywności przynajmniej jednej z powszechnie znanych ras paranormalnych (która, jak mi się zdaje, w dusiołku nie występuje).
W 9 kapelusz, szata i broda nie są potrzebne. Wystarczy umieć korzystać z czegoś, co z nazwy może się wydawać elementem terenu. No a ten srebrnowłosy - z powierzchowności bardzo przypomina reprezentanta rasy wymyślonej przez innego rodzica, ale on i jego pobratymcy nie mają czerwonych ani fioletowych oczu, a poza tym nie wynurza się spod ziemi, tylko wręcz przeciwnie, korzystając z pojazdu, który ma coś wspólnego z ciałem niebieskim.
Bohater 15 spod skrzydeł maga z laską trafi do szkoły, gdzie - podobnie jak do późniejszych miejsc swojej działalności - z trzech możliwych dróg podróżowania można dotrzeć lub się wydostać tylko dwiema (a jednej, związanej z imieniem, dopiero się musi nauczyć).
Użytkownik: wwwojtusOpiekun BiblioNETki 2021-09-08 15:57 napisał(a):
Odpowiedź na: No i się zgadza, te banal... | mika_p
Bohater 8 z urodzenia jest wszechstronnie utalentowany, próbuje sił w różnych zawodach, niekoniecznie związanych z magią.

16 nie czytałem, wiem jednak, że już sam tytuł jest trochę magiczny, nie mówiąc o samej krainie.
Użytkownik: Sznajper 2021-09-10 10:02 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam konkurs nr 2... | pawelw
Przypominam, że na Wasze odpowiedzi czekam do północy w sobotę 11 września.
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: