Dodany: 2021-08-25 08:22|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Katastrofa, jakiej jeszcze nie było


To wyglądało jak kadry z filmu katastroficznego – obrazu w rodzaju „Płonącego wieżowca”, który ćwierć wieku wcześniej zapierał dech prawie każdemu widzowi, równie emocjonującego, ale nakręconego z wykorzystaniem nowoczesnych efektów specjalnych. Tylko, że zdarzyło się naprawdę. I zmieniło życie nie kilkuset, lecz milionów ludzi: nie tylko tych, którzy zamach przeżyli (czasem, jak Elaine Duch, poważnie okaleczeni, niezdolni do pracy, czasem, jak Ronald Spadafora i wielu innych strażaków, w kilkanaście lat po akcji zapadający na śmiertelną chorobę na skutek wdychanych wówczas rakotwórczych oparów, a zawsze – nieodwracalnie naznaczeni traumą tego, co podczas katastrofy widzieli i sami przeżywali), nie tylko krewnych ofiar, nie tylko żołnierzy wysłanych niebawem do Afganistanu i Zatoki Perskiej, i ich rodzin, i ludności cywilnej, która podczas wojen ucierpiała (niekoniecznie będąc po stronie Al-Kaidy), ale praktycznie każdego, kto zdał sobie sprawę, do czego jest zdolny terroryzm na wielką skalę. Porwania samolotów – tak, to się przecież zdarzało i wcześniej, ale wykorzystanie ich jako broni masowego rażenia? Oczywiście, może prawdopodobieństwo uderzenia takiej „żywej torpedy” (żywej, bo przecież z kilkudziesięcioma albo i kilkuset osobami w środku) w Pałac Kultury czy w katedrę Notre Dame było cokolwiek mniejsze, jednak przecież nie zerowe, i pewnie każdy, kto (gdziekolwiek) wsiadał do samolotu po 11 września, krył gdzieś w zakamarkach psychiki obawę, że podzieli los pasażerów lotu 11 lub któregoś z trzech pozostałych, a każdy, kto się znalazł na jednym z wyższych pięter jakiejś budowli – że już stamtąd zejść nie zdoła…

Mitchell Zuckoff, dziennikarz „Boston Globe” i wykładowca dziennikarstwa na tamtejszym uniwersytecie, już w kilka dni po tragedii napisał „reportaż o tytule »Sześć żyć«, który stał się miniaturowym modelem dla tej książki”[1] i który ukazywał wydarzenia z perspektywy indywidualnych uczestników katastrofy. Zbierane potem przez lata dane – w poszukiwaniu których, prócz rozmów „z tymi, którzy przeżyli, członkami rodzin i przyjaciółmi ofiar, ze świadkami, ratownikami, urzędnikami, naukowcami i wojskowymi”, penetrował „dokumenty państwowe, raporty organów ścigania, protokoły sądowe, książki, magazyny, filmy dokumentalne, audycje radiowe i różne strony internetowe”[2] (bibliografia zajmuje 12 stron, przypisy z odsyłaczami – ponad 50!) – pozwoliły mu utrwalić na papierze przebieg wszystkich czterech katastrof wraz z losami kilkudziesięciu osób, a o dalszych kilkuset przynajmniej wspomnieć.

Ich historie wstrząsają właśnie przez to, że zaczynają się tak pospolicie: wstali, zjedli śniadanie, wyszli z domu lub z hotelu – jeśli byli poza domem, to jeszcze zadzwonili do najbliższych – i udali się do pracy albo na lotnisko. Jedni robili to, co zwykle: wertowali dokumenty, telefonowali, analizowali wskaźniki giełdowe, przygotowywali i wydawali posiłki, sprzątali, przynosili pocztę, czuwali nad prawidłowym działaniem wind i klimatyzacji, pilotowali samolot lub obsługiwali jego pasażerów, czekali na wezwanie w stacji pogotowia ratunkowego lub w remizie; inni akurat tego dnia odbiegli od codziennej rutyny, odbywając ważne spotkania w interesach lub w sprawie pracy, wybierając się na wakacje, wycieczki czy w odwiedziny do dawno niewidzianych krewnych, albo – jak małżeństwo chińskich emerytów – wracając do kraju po dłuższym pobycie w Stanach. Praktycznie na każdego z nich – albo na telefon czy sms od niego – ktoś czekał: jeśli nie współmałżonek i dzieci, to rodzice, rodzeństwo, dziadkowie, przyjaciele (nikt nie oczekiwał wiadomości tylko od dziewiętnastu mężczyzn o bliskowschodnich rysach i oliwkowej cerze, dziewiętnastu zamachowców, którzy sami skazali się na śmierć wraz ze swoimi ofiarami; dziewiętnastu, bo ten, który prawdopodobnie miał być dwudziestym, parę tygodni wcześniej zrobił na urzędniku imigracyjnym wyjątkowo złe wrażenie i nie został wpuszczony do Stanów). Ci, którzy zdążyli się doczekać, z przerażeniem dowiadywali się, że ich bliska osoba znajduje się w samolocie, który najpewniej nie doleci do celu („Nie sądzę, że z tego wyjdę. Nie chcę umierać”[3], mówił do żony pasażer lotu nr 93, a jego współtowarzysz podróży zapewnił swoją: „Szykujemy się z kilkoma osobami, chcemy coś zrobić”[4]) albo w płonącym budynku, który za chwilę się zawali („Nie wiemy, czy iść, czy zostać. (…). Nie chcę iść w ogień, boję się”[5], powiedziała mężowi kadrowa z biura na 90 piętrze wieży południowej).

Tak samo, jak indywidualne tragedie, porusza – czy wręcz szokuje – obraz globalnego nieprzygotowania na taką sytuację; prawda, że podobne wydarzenie trudno sobie było wyobrazić, ale równie trudno oprzeć się wrażeniu, że nie trzeba było aż tak wielkiej wyobraźni, by ściślej przestrzegać procedur bezpieczeństwa na lotniskach, dopracować sposób komunikacji między różnymi rodzajami służb, przygotować kilka wersji planów ewakuacji wieżowców na wypadek, gdyby któryś z nich okazał się nie do wykonania… Bo dlaczego na pokład każdego z samolotów wpuszczono po kilku pasażerów uzbrojonych w noże? Dlaczego personel naziemny nie wiedział, że przynajmniej niektórzy z nich mogą stwarzać zagrożenie? („tak zwana lista TIPOFF Departamentu Stanu, czyli lista obserwowanych terrorystów, zawierała ich [nazwisk] sześćdziesiąt tysięcy, a mimo to szef wydziału bezpieczeństwa ruchu lotniczego FAA nie wiedział o ich istnieniu. Wśród osób na liście byli (…) porywacze lotu numer 77” [6]). Czemu ludziom, którzy po zapaleniu się północnej wieży zaczęli uciekać z południowej, powiedziano: „Nie ma potrzeby ewakuacji. Jeśli ktoś jest w trakcie opuszczania budynku, może użyć drzwi i wind, by powrócić do swojego biura”[7]?

Zuckoff opisuje przebieg wydarzeń, przenosząc uwagę czytelnika z miejsca na miejsce, z osoby na osobę, a czyni to tak plastycznie, że widzimy postacie – choć nie zawsze potrafimy sobie wyobrazić ich twarze – i całą scenerię, jakbyśmy, godzina po godzinie, oglądali dokument filmowy, którego kamera towarzyszyła bohaterom od rana owego feralnego dnia aż po godzinę śmierci lub ratunku. Bez beletryzowania („wszystkie wzmianki o myślach lub emocjach pochodzą z wypowiedzi osób, w których umysłach powstały”[8]), bez nadmiernego patosu, bez zbytecznego rozwodzenia się nad drastycznymi obrazami (których uniknąć nie sposób, ale przedstawić je taktownie i oszczędnie – to już jeden z sekretów reporterskiej sztuki), spokojnym, wyważonym językiem opowiada historię, która jeszcze dziś, po 20 latach, może zmrozić krew w żyłach.

Polskiemu przekładowi można zarzucić jedynie parę drobnych potknięć („zacisnął szczękę”[9], „mieli dwoje synów”[10], „ból od poparzeń (…), które (…) spowodowały opuchliznę uszu tak dużą, że były powiększone aż dwukrotnie”[11], „o jej apaszce od Avonu”[12]; jeden błąd – „Ron bronił się przed przyjęciem tego do wiadomości. Tłumaczył sobie, że Ron [powinno być: David – przyp. rec.] niedawno leczył się na raka i pewnie dlatego jest zdezorientowany”[13] – być może jest dziełem samego autora, ale jeśli nawet tak, można było go poprawić i dać przypis), o których się jednak szybko zapomni – a wrażenia z lektury i pamięć o dniu tragedii pozostaną na długo…

[1] Mitchell Zuckoff, „11 września: Dzień, w którym zatrzymał się świat”, przeł. Adrian Stachowski i Paulina Surniak, wyd. Wydawnictwo Poznańskie, 2021, s. 21.
[2] Tamże, s. 23.
[3] Tamże, s. 232.
[4] Tamże, s. 237.
[5] Tamże, s. 395.
[6] Tamże, s. 197.
[7] Tamże, s. 369.
[8] Tamże, s. 22.
[9] Tamże, s. 79.
[10] Tamże, s. 154.
[11] Tamże, s. 495.
[12] Tamże, s. 495.
[13] Tamże, s. 559.



(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 186
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: