Dodany: 2021-05-04 01:49|Autor: ilia

Czytatnik: Life is brutal and full of zasadzkas ...

2 osoby polecają ten tekst.

Demony: Według kroniki radcy departamentu Geyrenhoffa


Radca Geyrenhoff

Szedłem przez Graben, ową piękną wiedeńską ulicą, na którą wychodzą okna wystawowe najbardziej uroczych sklepów z tysiącem wspaniałości. Powietrze wydawało mi się łagodne, pieniło się niby świeżo rozpuszczone płatki mydlane, pachniało i jakby zachowało w sobie wielkie bloki chłodu. Potężna błękitna chorągiew nieba nie ziała jeszcze upałem na asfalt, tylko miękkie, powiewające wstęgi ciepła muskały czoła, policzki i ręce. Przymknąłem oczy i w obłoku woni unoszących się teraz, wyraźnie odczuwalnym nad chodnikiem, rozsunęła się dla mnie obficie sfałdowana zasłona, zakrywająca przeszłość, i na przeciąg dwóch oddechów zyskałem żywy i głęboki wgląd w ów zaginiony świat, którego zewnętrzne filary stały tu jeszcze tak łudząco realne, którego ostatnie lata jeszcze przeżyłem: przy otwartych granicach przepływała tędy Europa, i to właśnie najżywiej w tej porze roku, kiedy nieprzemijający blask igra znów dokoła najgłębiej z nią spokrewnionego miasta, załamując jednak ze zdumieniem snopy swych promieni na wyszczerbionych kantach, na liniach i gruzach dawnej lekkości i beztroski...
Przy otwartych granicach przepływała tędy Europa, z przyjemnością wlewając się w koleiny tradycji miejscowego życia towarzyskiego, stanowiącego układny i jedyny w swoim rodzaju środek pomiędzy tutaj i teraz wzgórz, winnic, starych dworów i pradawnych obyczajów wiejskich jak też skromnego wdzięku małych szlacheckich pałacyków przy niezbyt szerokiej, spokojnej i chłodnej uliczce w centrum Starego Miasta: pomiędzy tym tutaj i teraz po jednej stronie, po stronie ducha, że tak powiem, rodzinnego i towarzyskiego życia, pomiędzy tym małym światem zaokrąglonych form – a tamtym odległym, rozwiniętym w najróżniejsze krajobrazy, klimaty i kostiumy, w lodowce, stepy, błękitne morza i południowe winnice, w wielojęzyczne bogactwo olbrzymiego państwa z wielkim przepychem jego starych form, które obowiązywały z dziada pradziada, i to nie tylko piastujących określone urzędy. Utrzymując się w równowadze pomiędzy tymi dwoma biegunami, przesuwał się ów beztroski korowód, uśmiechały się mądre, zachwycające kobiety, poruszali się dobrze wyglądający mężczyźni, którzy potrafili z często zadziwiająco małym nakładem inteligencji być pełnowartościowymi nosicielami i reprezentantami jednej z najbardziej uroczych kultur spośród wielu zaginionych jakie wydał nasz wiecznie spieszący się kontynent... (tom 1, str. 273-274)
-------------------------------
Selma Steuermann

Tak, pani Steuermann nie służyło ciągłe przeglądanie ilustrowanych czasopism, a zwłaszcza magazynów. Męczyło ją to, złościło, napawało melancholią, a w końcu rozgoryczeniem. Widziało się tam bowiem wciąż to samo w tysiącu odmianach i rodzajach, wciąż ten sam ideał epoki, szczupłe, wysportowane dziewczyny przy kierownicy, na plaży, na nartach, podczas gimnastyki albo przy innych okazjach i zajęciach. Te kobiety miały też zawsze ten sam wyraz twarzy, ten sam uśmiech i wszystko to wydawało jej się w gruncie rzeczy niesmaczne, a nawet nudne, ale z drugiej strony nie przypisywała sobie prawa do takiego sądu, bo może kierowała się po prostu zazdrością? Miała czterdzieści cztery lata, od dwunastu była wdową i właściwie nadal mogła uchodzić za piękna kobietę, wiedziała o tym. Przed sześcioma czy siedmioma laty, a więc niedługo po zakończeniu wojny, wszystko się zmieniło niejako z dnia na dzień, została uznana za starszą, otyłą damę... Tak, tak to było. Poczuła nagle pustkę dokoła siebie. Mężczyźni w tym samym wieku lub nawet starsi poszli na lep ilustracji w magazynach, zaczęli zachwycać się tancerkami bez ciała i serca i podobnymi lalkami, a niektórzy z nich, nie mówiąc już o młodych mężczyznach, zmobilizowali się, nauczyli jazdy na nartach i Bóg wie czego jeszcze, a teraz wyruszali nawet na weekendy razem z tą młodzieżą. To stawało się doprawdy nudne, w kółko to samo, te same rozmowy, te same powszechne zachwyty: nad jakąś gwiazdą filmową, tancerką czy mistrzynią w jeździe na łyżwach.
I niezmiennie była to osoba chuda jak szczapa.
A ona musiała przesiadywać w kawiarniach z tymi babsztylami. (tom 1, str. 74-75)

Nie wiem, ale ostatecznie wy także możecie się mylić, któż nie popełnia błędów? Co ona miałaby z młodości, gdyby wciąż deptała chłopcu po piętach, kładąc mu w głowę małżeństwo, stanowisko i tak dalej. W końcu straciłaby go właśnie przez to, nawet gdyby dziesięć razy wyszła za niego za mąż. A ponadto – może rzeczywiście coś w nim tkwi. Co my tam wiemy? A może byłoby najwłaściwsze, żeby zostawiła go w spokoju i pozwoliła mu kroczyć własną drogą. Jeśli do czegoś w życiu dojdzie – będzie jej nieskończenie wdzięczny, że tak postąpiła, bez ciągłych scen, jak dotychczas. Bez tych szpileczek. Przecież nie wszyscy ludzie są podli. Sądzę, że nie puści jej kantem, jeśli ona teraz powstrzyma się od wszelkich żądań. W przeciwnym wypadku – na pewno. Tak uważam. Oczywiście to tylko moje prywatne zdanie. Kiedyś jako młoda dziewczyna byłabym szczęśliwa, gdybym spotkała mężczyznę, który byłby trochę inny od wszystkich. Bo to są właśnie ci inni ludzie, jakby to powiedzieć, wybitni ludzie. Oni potrzebują towarzyszki, przyjaciółki, macierzyńskiej kobiety, a nie takiej dziewczyny, która raz po raz wyjeżdża z małżeństwem i zarobkowaniem. Właściwie na tym polega szczęście. Dziś, kiedy wszyscy młodzi mężczyźni są tacy głupi, zmanierowani i nie mają głowy do niczego poważniejszego... (tom 1, str. 81)
-------------------------------
Leonard

Tymczasem ściemniło się. Leonard dotarł do rogu Hannovergasse (przy której mieszkali Zilcherowie), minął Wallensteinstrasse i skierował się ku Kanałowi Dunajskiemu i do domu. (…)
Leżał na kanapie z odrzuconą w tył głową. Dunaj sięgał z daleka, od Komarom czy od dużej wyspy Schütt, aż do samego jego wnętrza. Leonard przypłynął tutaj. Osiadł na mieliźnie u Zilcherów. Jakże tu w jego pokoju było cicho! Również na holownikach zapach kawy lub tytoniu przecinał przykre wyziewy niby ostrze noża. Dzień przyniósł teraz swój właściwy, dojrzały owoc jak na talerzu: Leonard odczuł wyraźnie i chyba po raz pierwszy w życiu tak jasno, że jest sam, zupełnie sam. Pomimo iż ubiegłej niedzieli odwiedził matkę i ojczyma, a dziś po południu Milę (nie mówiąc o Zilcherach). Był sam, nie ma rady, nie ma co się miotać. Lepiej leżeć spokojnie na obitej skórą kanapie. (tom 1, str. 121)

Tymczasem nadszedł już sierpień.
W tym miesiącu także Leonard otrzymał przysługujący mu urlop. Fabryka miała dom wypoczynkowy dla swoich pracowników i robotników, dwie godziny jazdy od Wiednia, w górach. (…)
Dom stał w wielkim zdziczałym parku. Fontanna nie szumiała. Staw dawno wysechł. Kiedyś była to wielka posiadłość prywatna.
Leonard rozglądał się po tym parku, którego odleglejsza część, odwrócona od wiejskiej drogi, wznosiła się stromo w kierunku wysokopiennego lasu. Prowadziła do niego furtka. Leonard nie miał dziś ze sobą swojej łacińskiej książki, z którą zwykle siadywał w parku.
Opuścił go przez furtkę i wszedł w las. Było to nie tyle wyjście z i tak pustawego parku w ciszę leśną, ile wejście w zasadniczo odmienną sferę onieśmielenia. Na spadzistym zboczu wkrótce trafił na drogę. Z lewej strony, w górze, mimo słonecznego dnia las ginął w mroku, z którego rozbrzmiewał głos ptaka, powtarzający rytmicznie zawsze tan sam motyw z niezmiennymi przerwami. Z prawej, w perspektywie: jasność rozświetlająca drogę, rozrzedzenie i koniec lasu, krzaki, pojedyncze wysokie drzewa. W oddali zamglone skały. Rósł tu nie tylko ciemny las iglasty, spojrzenie napotykało również kopulaste wierzchołki drzew liściastych. Zewsząd bił mocny korzenny zapach wielu roślin. Ptak w głębi lasu zamilkł. Zapadła zupełna cisza. (tom 1, str. 130-131)

Leonard pochylił się powoli, powściągliwie, potem jeszcze trochę niżej nad dłonią Mary i trwał tak przez dwie sekundy.
Tak to więc jest, pomyślał bardzo jasno i tymi właśnie słowami. Wyprostowawszy się spojrzał na Mary i odczuł jej piękność jak urodę wysoko spiętrzonej fali. Była w nim uległość i nic ponadto. Tak to więc jest, pomyślał jeszcze raz. (…)
Uderzenie w bęben, którym rozpoczął się dla Leonarda ten wieczór, wybrzmiało, wracało echem, poruszało napiętą membranę jego wnętrza. Przez pół godziny wolno mu było siedzieć obok Mary. Ona sama go do tego zachęciła. Nadawała kierunek rozmowie, oszczędziła Leonardowi wysiłku prowadzenia konwersacji, ale od czasu do czasu pytała go o zdanie. (…)
Spojrzała na niego zaciekawiona. A jak przy tym wyglądała! Nieco ubawiona, zaciekawiona, ba, nawet kokieteryjnie. Znowu uderzenie w bęben odezwało się w Leonardzie. Grunt zachwiał mu się pod nogami, nowy grunt, na którym stawiał pierwsze kroki. Wszystko było zmienione. Musiał się niejednego nauczyć. Tak to więc jest. Jak w wypadku Scheindlera. Sądził, że wielka przemiana nastąpiła wówczas, na motocyklu, na szosie między Fraunkirchen a Wallern. Kiedy stado gołębi opadło na bruk ciemnej uliczki... Tak to więc jest. Nagle pojął, z olśniewającą jasnością, że wszelka prawdziwa przemiana nie może polegać tylko na odejściu od czegoś. Teraz było dokładnie tak jak wtedy, podczas urlopu w lecie, gdy odkrył tylną furtkę z parku, wychodzącą na zbocze. Na drogę przecinająca las. Nie tyle wyszedł z parku, ile wszedł w głąb lasu... (tom 2, str. 145-146)
-------------------------------
Pan Gürtzner-Gontard

Miernik postępowania łamie się niejako w chwili paniki i rewolty. Jeżeli człowiek w sytuacji, w jakiej się znalazł, nie stosuje własnej miary, własnego miernika określającego człowieczeństwo i to, co w jego granicach jest dopuszczalne bez pogwałcenia godności ludzkiej, lecz odsuwa ją gdzieś na bok i wysnuwa nowe kryteria jedynie z danych okoliczności, stanowi to największą zdradę wobec siebie samego, jaką można sobie wyobrazić, chociaż złudnie pozłoconą pozorami żywotności i elastyczności, „bliskości życia” albo czegoś podobnego. Przy tym jednak człowiek, przeszedłszy już przez najprymitywniejsze stadium tego manewru wymiany kryteriów, niechętnie dokonuje go bez rozsądnego czy wręcz racjonalnego uzasadnienia, bez jakiejś teorii zarówno w życiu jednostkowym, jak i społecznym. Tu zaczyna się to „przewartościowanie wszystkich wartości”, które przeżyliśmy w praktyce po roku tysiąc dziewięćset osiemnastym. Zmuszony przez okoliczności i ponadto przez swoją nową z tychże okoliczności wywiedzioną miarę, człowiek uważa, iż słuszność jest po jego stronie, i dlatego ma doskonałe samopoczucie. Można by to nazwać euforycznym stadium każdej rewolucji i nie zabrakło go w żadnej z dotychczasowych. (tom 2, str. 18)
-------------------------------
René Stangeler

Jego żona to bardzo piękna kobieta – rzekł René. - Jesteście pod pewnym względem podobne do siebie. Czystość, surowość.
Mam nadzieję, że nie będę taka nieszczęśliwa jak ona.
Nieszczęśliwa?
On ma przecież ciągle inne. Bardzo rzadko ją odwiedza. Sama mi się kiedyś zwierzyła.
Odwiedza ją – powtórzył Stangeler. - Osobliwe...
Co znowu jest osobliwe? - krzyknęła, śmiejąc się.
To... odwiedzanie, ale o co mu chodzi...?
No, o co mu może chodzić!
René szybko popadł w swój specyficzny stan otępienia, jaki występował u niego zazwyczaj, kiedy oddawał się rozważaniom na temat różnego znaczenia wyrazów. Dziwne, ale Greta nigdy nie odczuwała zniecierpliwienia wobec tego zjawiska, lecz raczej sympatię.
Zjesz z nami – powiedziała.
Chciałbym cię odwiedzić – oznajmił niespodziewanie.
Po obiedzie – odparła nie stropiona. - Starzy wychodzą.
René osłupiał. Przeszyło go to głęboko jak strzała. Wsączyło słodką truciznę: jej uświadomienia i gotowości. (tom 2, str. 30)

René stanął obok niej. Pochylił się nad komodą i kilka razy szybko ucałował jej ręce, a ona zezwalała na to, nie wypuszczając jednak tego, co w nich trzymała.
Na dworze rozlał się szeroko i daleko nie widziany przez nich zachód słońca, zupełnie jak gdyby w wielu miejscach zapaliła się płynna substancja – a tymczasem tutaj, w pokoju, wspólna chmura objęła tych dwoje i przenosiła ich pewnie poprzez wszystkie jeszcze możliwe i żenujące stadia pośrednie. Oto pani Käthe siedziała już na szezlongu, ależ tak, naprawdę, odłożyła obie niebieskie puszki keksów na podłogę, kładąc obok nich torebkę pistacji – i po prostu zasłoniła twarz rękami. Ten sygnał nastawiony na „tor wolny” ostatecznie otworzył drogę rozpędzonemu ekspresowi żądzy. Opadła w tył. Ręce Stangelera uwijały się coraz szybciej. Zdejmował z niej części garderoby, jak się oskubuje płatki z kielicha kwiatu, wyłuskiwał ją z bielizny. Rzeczy leżały wszędzie porozrzucane, rozebrał ją prawie do naga. Rozpływała się w jego ramionach, wydawała się nieprzytomna. Wśród nader gwałtownych ruchów, pod ulewą pocałunków, wreszcie minęli razem w szaleńczym pędzie metę. René miał wrażenie, że uszy huczą mu od grzmotu.
Potem też zachowywał się w sposób właściwy, to znaczy bardzo czuły. Nie sprawiało mu to trudności, bo miał do tego skłonność. (tom 2, str. 38)

Chciałbym powrócić do sprawy pańskiej „siły pragnienia” panie Herzka. Jeżeli pan na przykład idąc ulicą intensywnie o kimś myśli, wtedy może się zdarzyć – i na pewno już się panu, właśnie panu, zdarzyło! - że nagle widzi pan tego kogoś, nadchodzącego z naprzeciwka: już chce się pan z nim witać, ale okazuje się, iż to jednak nie on. Był tylko do niego podobny. Tego rodzaju zdarzenia mogą się powtórzyć, choćby kilka ulic dalej; potem zaś, co mi się nieraz przytrafiło, dwukrotnie rzekomo rozpoznaną przedtem osobę rzeczywiście spotyka się parę minut później. W takich sytuacjach najchętniej byłbym powiedział: „No, drogi panie, oto się pan nareszcie pojawił, oczekiwałem pana już od pół godziny”. Oczywiście nikomu nie wypada tego mówić, ale byłoby to szczerą prawdą.
Dobrze wiem, o czym pan myśli – rzekł Herzka. - Wielokrotnie przeżyłem coś podobnego.
Stangeler dodał w skrytości ducha:
„Ale to się może zdarzyć tylko raz. Jeżeli zdarza się kilka razy, to i tak jest zawsze czymś jednorazowym. Niepodobna tego zainscenizować. A w ogóle: pierwszorzędne znaczenie ma tylko coś niespodziewanie zesłanego. Wszystkiemu, do czego zmierza się planowo i co osiąga się zgodnie z wytyczonym celem, przypada rola drugorzędna”. (tom 2, str. 213)

Jakkolwiek bądź, każde rzeczywiście głębokie myślenie wybiega w nieznane dale, w czas, w przestrzeń. Nie ma głębokiego myślenia o rzeczach bliskich, łatwo zrozumiałych; można na ich temat tylko mędrkować; tak jak to robił tutaj Stangeler. Pan Achaz był dla niego właśnie kimś łatwo zrozumiałym.
Zaraz na samym początku, kiedy René wyszedł na platformę wieży i usłyszał dzwony na Anioł Pański, uświadomił sobie jednak, że jest inaczej. Przez wejście na wieżę wzniósł się wysoko, zostawiając na dole Herzkę i Mörbischera, ba, siebie samego, takiego, jakim dopiero co był: zadufanego w sobie, a nawet w jednym wypadku prawie że podłego. Teraz dzwonienie ustało, doleciał już tylko ostatni, pojedynczy ton, delikatny, przygłuszony jakby przez mury, niby dźwięki fortepianu rozbrzmiewające gdzieś daleko w rozległym domu:
„To Mary. Ona znowu gra”. (tom 2, str. 229)
-------------------------------

BRAMY WOLNOŚCI STOJĄ CZĘSTO OTWARTE NA OŚCIEŻ, A NIKT TEGO NIE WIDZI (tom 3, str. 377)

--------------------------------
Imre Gyurkicz

Imre nie zapuszczał się w głębokie rozważania. Paul Valéry powiada, że nie ma nic marniejszego i bardziej prostackiego niż posługiwanie się w rozmowie z samym sobą argumentami, jakich użyłoby się również wobec innych. Tak właśnie było w wypadku Gyurkicza i nie sposób temu zaprzeczyć. (tom 3, str. 63)

Nawet teraz, wędrując powoli w górę ku Liechtenwerder Platz, Imre nie mógł znaleźć owego tylnego wyjścia ze swojej trudnej sytuacji wewnętrznej i częściowo też przykrej zewnętrznej. Ale z każdej istnieje wyjście, na które natrafia się idąc ostrożnie wstecz, tak jak rak wycofuje się do swojej dziury; trzeba tylko znać tło, chcieć przyjąć do wiadomości podłoże i właściwą przyczynę własnego niezadowolenia; trzeba na nie spojrzeć niczym w głęboką wodę, nie broniąc się rękami i nogami: wtedy przyczyna wyjdzie na jaw. Niełatwo się na to zdobyć i niezbyt przyjemnie zachowywać spokój: niemniej w tym tkwi jedyny ratunek, możliwość zobaczenia prawdy. (tom 3, str. 73)
-------------------------------
Leonard

„Serdeczne pozdrowienia z pięknych górskich okolic od Pańskiej wiernej Mary K.” (…)
Pocztówka wywołała w Leonardzie gwałtowny przypływ gorącego uczucia, wiernego oddania, jakim zareagował na małe słówko, chwiejące się tam i z powrotem pomiędzy konwencjonalnością a tak bardzo upragnionym podtekstem, tańczące tędy i owędy niby gwiazdka refleksu w poruszanej szklance. Wchłonął głęboko w siebie linijki pisma z kawałka białego kartonu, jakby chciał je spić stamtąd i pozostawić puste miejsce. (tom 3, str. 126)

W naszych czasach pełnych lęku przed życiem, które stale poświęcają teraźniejszość bożkowi coraz bardziej wątpliwej przyszłości, rzadko się zdarza, żeby jakaś para całkowicie żyła bieżącą chwilą, bieżącym szczęściem i nieszczęściem, nie poniżając i nie zatruwając ani jednego, ani drugiego przez ciche rozważania, co z tego może wyniknąć, do czego to wszystko prowadzi („przecież to do niczego nie prowadzi!”), przez co w gruncie rzeczy nieustannie zdradza się partnera. Nie, Mary i Leonard pochwycili unikalny wieniec, rzucony im, i tylko im, przez życie, nie bacząc, czy jest uwity z róż, czy pokrzyw, czy też z jednych i drugich na przemian, jak to zazwyczaj bywa. Większość zakochanych wciąż roztrząsa: to nie pasuje, tamto pasuje (jak w sklepie z obuwiem), czy w ogóle pasujemy do siebie i do czego to nas doprowadzi? W ten sposób choćby łaskawe nieba wpadały na najinteligentniejsze pomysły, wszystko okaże się łataniną. Podczas gdy usiłuje się wyciągnąć pokrzywy z wianka, tych kilka wplecionych różyczek zdąży zwiędnąć i opaść, a potem w gruncie rzeczy już i tak wszystko jedno. (tom 3, str. 302-303)

Leonard zatrzymał się na skrzyżowaniu dróg, ale tym razem skierował się w lewo, mniej więcej na wschód, a nie w stronę rzadszego lasu i ku ścianom Raxalpe. Oko przywykłe już do ciemności dostrzegało, że czarny aksamit nocy przeciera się i odsłania pewne, dotąd skrywane, szczegóły. Pnie drzew zaczęły się rozstępować. Teraz silne gwizdy przecięły ciemny bór, odbijały się szeroko i tym samym ujawniały, że jest rozległy i nie rozciąga się na jednolicie płaskim i mrocznym terenie. Na jakimś zakręcie drogi ukazał się zielonkawy płat nieba i podczas gdy Leonard wpatrywał się w niego, gdzieś w dalszych regionach lasu, a także w pobliżu, z lewej i prawej, rozćwierkały się pierwsze śmiałe i kunsztowne kadencje. Skoncentrowane, niemal spiżowe dźwięki kazały Leonardowi przystanąć i długo, głęboko odetchnąć. Coś jakby go unosiło. Unosiła go jeszcze anonimowa możliwość – na wpół w chaosie nocy – pragnął gwałtownie, wprost dziko, żeby móc ją zebrać w jednej, jedynej decyzji, tak jak się coś chwyta w rękę i ściska... ale cóż to jest?! Początek początku, niewyraźny projekt zostania bohaterem, który każdemu człowiekowi przyświeca. Już we wczesnej młodości czuje się przeznaczony do wielkich czynów.
Śpiew ptaków ustał, ustępując przed potężniejszym a bezgłośnym zjawiskiem.
Podczas tej głównej przerwy w koncercie niebo rozpękło się niby łupina owocu i zrodziło się żarzące bóstwo. Już wzeszło nad ciemnymi grzebieniami gór, skupione w swej sile jak nigdy w późniejszych godzinach dnia, które rozjaśnia bardziej rozproszonym światłem. Tymczasem jednak było jednym okiem, jedną strzałą wymierzoną prosto w serce. (tom 3, str. 396-397)
------------------------------
Radca Geyrenhoff

Wobec tej sytuacji bez wyjścia, tej zamurowanej bramy bez przejścia – każda cudza namiętność podsuwa nam tak z gruntu fałszywy obraz! - nagle błysnęła mi myśl, że powinienem działać: i to w sposób, który wczoraj, we wtorek, wydawał się mnie, zbankrutowanemu kronikarzowi, dowodem wyższego stopnia inteligencji. Dopiero co – zdziwiony faktyczną i z pewnością istotną rolą Kurta w życiu Gézy ostatnimi czasy – starałem się jasno zdać sobie sprawę, że widocznie każdy winien w stosunku do każdego spełniać jakąś funkcję, a tyle, ile tych funkcji mamy, tyle też przybieramy rozmaitych twarzy. (tom 3, str. 110-111)

Bywają dni, gdy człowiek budzi się niezwykle wcześnie, chociaż poprzedniego wieczoru wcale się wcześnie nie położył. Człowiek budzi się i jest jeszcze ciemno. Ale świecące wskazówki i cyfry ręcznego zegarka, leżącego na nocnym stoliku, przekonują nas niespodziewanie, że to już rano. Leży się w ciemności na wznak z osobliwym wrażeniem swobody wyboru i niemalże wolności woli, jak gdyby nocny sen uwolnił nas od wszelkich zwykłych słabostek – albo jak gdyby one jeszcze spały, a tylko my sami obudziliśmy się zupełnie. Rzeczywiście czujemy się wyspani i wytrąceni ze wszystkich niefortunnych torów, po których człowiek porusza się przecież codziennie zgodnie z planowym rozkładem jazdy swego charakteru. Człowiek jest czujny i ma wrażenie, jakby wysiadł z wąskotorowej kolejki wewnętrznej komunikacji, zdobywa się teraz na zaakceptowanie nowego dnia wraz z tym, co przyniesie, nie przejmuje się zastrzeżeniem: „przecież to dopiero pół do piątej”, razem z kołdrą odrzuca swoje przyzwyczajenia i wyskakuje z łóżka na dywanik niby w sam środek horyzontu, który dopiero co się otworzył. (tom 3, str. 174)

Wciąż jeszcze milczałem. Nie powiedziałem o tym, czego dowiedziałem się już telefonicznie od Kijanki. Chciałem słuchać. Poczułem – choć już nie jako kronikarz – namiętne pragnienie, ba, wielką tęsknotę, by wyjść poza siebie, ponad siebie, by wejść w obcy wewnętrzny świat w świecie zewnętrznym, w drugiego człowieka, w jego zamotaną skrytość. (tom 3, str. 184)

Mama postąpiła bardzo słusznie – rzekłem – i dowiodła tym samym, że w głębi ducha bynajmniej nie uważa tej sprawy za fantastyczną. Ale kiedy coś bardzo długo kryliśmy w sobie i przechowywaliśmy, niczym szczelnie zaśrubowane naczynie swoją zawartość, wtedy to coś wypada niejako z życia i trudno od razu włączyć to do niego z powrotem. Życie znaczy tyle co komunikowanie się, kontakt, przerwa między treściami. Przerwa oczywiście sprawia ból. Ból jest psychiczną formą objawiania się takich przerw... (…)
Milczeliśmy. Potem Kijanka powiedziała:
Właściwie nigdzie już teraz nie przynależę.
Cóż za wspaniała sytuacja! - zawołałem i nagły wybuch gwałtownej rozpaczy kazał mi mówić zupełnie otwarcie: - Jedyna sytuacja, w której człowiek może się dowiedzieć, gdzie jest naprawdę jego miejsce! (tom 3, str. 249-250)

Podczas gdy to mówiłem, on także wstał. Podaliśmy sobie ręce. Zamykając za mną obite drzwi skinął mi jeszcze przez szparę krótko i serdecznie.
Szedłem zielonym chodnikiem szerokiego korytarza, wśród sztucznie wytworzonej ciszy, w absolutnym spokoju, w wyizolowanej próżni dźwiękowej. Zrozumiałem, że każdy naprawdę porządny człowiek nosi w sobie rodzaj szlachetnego kamienia: to są właśnie rubiny, na których opiera się mechanizm zegarowy praktycznego życia, bez nich, bez tych nieodzownych elementów ów mechanizm nie może dalej działać. (tom 3, str. 266-267)

TAK, BYŁEM SZCZĘŚLIWY. ALE MOŻE NIE UMIAŁEM JESZCZE TAK DOBRZE JAK PÓŹNIEJ ODDYCHAĆ SZCZĘŚCIEM. ZACHŁYSTYWAĆ SIĘ NIM. RÓWNIEŻ TEGO TRZEBA SIĘ NAUCZYĆ. (tom 3, str. 399)


Fragmenty z książki
Demony: Według kroniki radcy departamentu Geyrenhoffa (Doderer Heimito von), przełożyli Irena i Egon Naganowscy, Państwowy Instytut Wydawniczy, 1985 r.

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 133
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 3
Użytkownik: Losice przedwczoraj, 01:14 napisał(a):
Odpowiedź na: Radca Geyrenhoff Szedł... | ilia
Najpiękniejsza książka o Wiedniu, jaką czytałem - książka mojego życia. Oczarowała mnie od swojej pierwszej strony.

Wydana tylko jeden raz w Polsce w 1985 roku przez Państwowy Instytut Wydawniczy, w dopracowanym tłumaczeniu Ireny i Egona Naganowskich. Na słabym papierze, w miękkiej okładce, niezbyt dobrze sklejona i rozpadająca się już po jednym czytaniu. Tekst w wielu miejscach od początku był szary, a litery zbyt małe. Nie ma jej dzisiaj w większości bibliotek.

Zadaję sobie pytanie, dlaczego obraz Wiednia jaki rysuje Heimito von Doderer tak mnie urzeka i najlepszą odpowiedzią jaką znajduję jest cytat z innej książki, tym razem nie Austriaka, a Węgra.

"Bo Wiedeń był nie tylko miastem, lecz pewnym dźwiękiem, który człowiek słyszy w swojej duszy po wsze czasy, albo go nie słyszy. To było najpiękniejsze w moim życiu. Byłem biedny, ale nie byłem samotny, ponieważ miałem przyjaciela. A Wiedeń także był czymś takim jak ów przyjaciel" [1]
Żar (Márai Sándor)
[1] Sandor Marai, "Żar", przeł. Feliks Netz, wyd. Czytelnik, 2009, s. 68.

Wiedniu, mój przyjacielu, żyj i brzmij w mojej duszy po wsze czasy.
Użytkownik: Losice dzisiaj, 00:51 napisał(a):
Odpowiedź na: Radca Geyrenhoff Szedł... | ilia
" Była teraz bez wątpienia ostatnia okazja, żeby Kijanka dowiedziałą się o losie Imrego. A może wiedziała, tylko nie przyszło jej na myśl, by o nim wspomnieć? Spojrzałem na jej twarz i zdawało mi się, że jej zwykła niewiedza sprawdzała się w tym wypadku, niejako in extremis.
Nie powiedziałem jej nic o Gyurkiczu.
Kiedy jego ciało było jeszcze ciepłe, a krew ciekła, dwoje ludzi zmówiło nad nim De Profundis. Cóż to mogło obchodzić żonę radcy poselstwa Orkaya? Dla mnie nie należała już do "naszych". Oczywiście ja także - umiałem dziedziczyć. Ale nie miałem pamięci kury ani też - bynajmniej, dlatego właśnie! - serca z kamienia. Spuściłem więc na wszystko kurtynę milczenia; i obroniłem wzniesione we mnie epitafium dla przyjaciela - doprawdy stał się nim w ostatnich sekundach życia! - które byłoby narażone na nieuniknione zetknięcie z jej błahym gadaniem.
Wezwano pasażerów do wsiadania. Krótki pociąg stał bardziej z przodu, niezupełnie w hali. Za wagonem sypialnym, w którym małżonkowie Orkay mieli zarezerwowany przedział, znajdował się jeszcze wagon pierwszej klasy. Oboje weszli na jego platformę i przez okno w drzwiach patrzyli wstecz na nas, na grupę "naszych". My zaś widzielismy młodą parę stojacą w oświetlonych ramach. Podobnie jak wszystkie ekspresy ruszające cicho i powoli, by wkrótce popędzić z szybkoscią dziewięć-dziesięciu kilometrów na godzinę, tak też ten pociąg wysunął się z dworcowej hali i szybko uwiózł ze sobą obraz Orkayów, który cofał się przed nami w ciemność nocy, podczas gdy powiewające chusteczki fruwały w powietrzu jak bielinki nad grządka. Mogłem jeszcze dokładnie rozpoznać Kijankę, małą iskierkę znikającą w mroku." (tom 3, 404-405)

Użytkownik: Losice dzisiaj, 00:51 napisał(a):
Odpowiedź na: Radca Geyrenhoff Szedł... | ilia
" Była teraz bez wątpienia ostatnia okazja, żeby Kijanka dowiedziałą się o losie Imrego. A może wiedziała, tylko nie przyszło jej na myśl, by o nim wspomnieć? Spojrzałem na jej twarz i zdawało mi się, że jej zwykła niewiedza sprawdzała się w tym wypadku, niejako in extremis.
Nie powiedziałem jej nic o Gyurkiczu.
Kiedy jego ciało było jeszcze ciepłe, a krew ciekła, dwoje ludzi zmówiło nad nim De Profundis. Cóż to mogło obchodzić żonę radcy poselstwa Orkaya? Dla mnie nie należała już do "naszych". Oczywiście ja także - umiałem dziedziczyć. Ale nie miałem pamięci kury ani też - bynajmniej, dlatego właśnie! - serca z kamienia. Spuściłem więc na wszystko kurtynę milczenia; i obroniłem wzniesione we mnie epitafium dla przyjaciela - doprawdy stał się nim w ostatnich sekundach życia! - które byłoby narażone na nieuniknione zetknięcie z jej błahym gadaniem.
Wezwano pasażerów do wsiadania. Krótki pociąg stał bardziej z przodu, niezupełnie w hali. Za wagonem sypialnym, w którym małżonkowie Orkay mieli zarezerwowany przedział, znajdował się jeszcze wagon pierwszej klasy. Oboje weszli na jego platformę i przez okno w drzwiach patrzyli wstecz na nas, na grupę "naszych". My zaś widzielismy młodą parę stojacą w oświetlonych ramach. Podobnie jak wszystkie ekspresy ruszające cicho i powoli, by wkrótce popędzić z szybkoscią dziewięć-dziesięciu kilometrów na godzinę, tak też ten pociąg wysunął się z dworcowej hali i szybko uwiózł ze sobą obraz Orkayów, który cofał się przed nami w ciemność nocy, podczas gdy powiewające chusteczki fruwały w powietrzu jak bielinki nad grządka. Mogłem jeszcze dokładnie rozpoznać Kijankę, małą iskierkę znikającą w mroku." (tom 3, 404-405)

Legenda
  • - książka oceniona przez Ciebie - najedź na ikonę przy książce aby zobaczyć ocenę
  • - do książki dodano opisy lub recenzje
  • - książka dostępna w naszej księgarni
  • - książka dostępna u innych użytkowników (wymiana, kupno)
  • - książka znajduje się w Twoim schowku
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: