Dodany: 2021-04-02 17:35|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Książka: Dzienniki 1956-1958 i 1970
Osiecka Agnieszka

1 osoba poleca ten tekst.

Pobądźmy przez chwilę z pancernym motylem


Od ukazania się poprzedniego tomu dzienników Agnieszki Osieckiej minęły aż trzy lata. Przygotowanie tego obecnego musiało być istotnie niełatwe, bo w połowie lat 50. poetka zaprzestała systematycznych i obszernych wynurzeń w numerowanych zeszytach, ograniczając się do zwięźlejszych, niekiedy wręcz telegraficznych notatek (jak ta: „Czekanie. Coś skrzypi w rurach. Kroki na schodach. Duży wiatr. Kot. Nie ma słońca. Buro w oknach. »Dziesiąta-zero!«. Ludzie na rynku. Kot mruczy. Głupi. Papierosy. Móc czytać! A jeżeli dopiero po południu? »Pierwsza pięćdziesiąt trzy«. Zapaliło się słońce. Nie nam”[1]) na kartach kalendarzy-agend – czasem dwóch równocześnie – i tylko w wybranych momentach wracając do prowadzenia typowego dziennika lub spisując z pewnym poślizgiem wspomnienia z jakiegoś okresu lat poprzednich; stąd też to dziwne na pierwszy rzut oka połączenie w jednym tomie dwóch dość odległych punktów czasowych, wynikające z faktu, że zapiski z roku 1970 zawierają obszerne nawiązania do ludzi i wydarzeń z przełomu lat 50. i 60.

Rok 1956 jest dla Agnieszki rokiem wyjątkowym, chociaż, prawdę powiedziawszy, w jej życiu działo się tyle, że równie dobrze można by powiedzieć to samo o każdym innym roku; ale w tym akurat kończy 20 lat i… kończy studia. Nie, to nie pomyłka; jak wiedzą ci, którzy czytali wcześniejsze tomy dzienników albo którąś z biografii poetki, zdała ona maturę i została przyjęta na studia jako szesnastolatka, co wynikało z wcześniejszego przeskoczenia przez nią trzech klas. A co się dzieje jeszcze?

Zaczyna się sypać tak pięknie rozpoczęty związek z młodszym o rok Witoldem Dąbrowskim, bo miłość od pierwszego wejrzenia nie jest w stanie pokonać rozbieżności poglądów i priorytetów, ani zwykłych, banalnych problemów codzienności: gdzie mieszkać, z czego żyć? Więc Agnieszka notuje w kalendarzu słowa jakże znane każdej zakochanej dziewczynie, której oczekiwania rozmijają się z rzeczywistością:
„Nigdy nie będę miała obrączki. Nigdy nie będę »legalnie« mieszkała w pensjonacie. (…).
Nigdy moje dziecko nie będzie miało nazwiska. (…). Nigdy ludzie nie będą wiedzieli, że jestem kochana. Będę narażona na współczucie. I na uśmiechy pokojówek. (…).
Co robić, dumna Agnieszko, z którą się nie chce ożenić twój chłopiec?”[2].
Chwilę po napisaniu przekreśla te zdania, wstydząc się chyba, że taką słabość okazała, choćby i przed samą sobą. Gdyby się to działo parę lat później, kiedy władze PRL podwyższyły ustawowy wiek uprawniający do zawierania małżeństwa przez mężczyzn, przyjmując za pewnik, że osiemnasto-czy dziewiętnastolatek jest jeszcze zbyt niedojrzały do podejmowania takiej odpowiedzialności, miałaby przynajmniej możność napisać „nie może” zamiast „nie chce”, ale teraz przeszkody prawnej nie ma. Więc „po przypadkowej właściwie rozmowie »o Muranowie«”[3] – czyli o tym, „że pokoik na Muranowie (…) nie stanie się jeszcze naszym wspólnym domem”[4] – piękną młodzieńczą miłość zaczynają ocieniać chmury.

Zwłaszcza, że pojawia się drugi chłopak, „atrakcyjny tylko jako antyteza Witolda”[5], który rychło angażuje się w pokręconą relację znacznie bardziej, niż życzyłaby sobie jej sprawczyni. Potrwa to ładnych parę miesięcy i doprowadzi do takiego podsumowania:
„(…) wciąż widziałam ich obu. (…) Najważniejsze jest, że została ze mną ta sprawa, że mnie nie opuszcza, że siedzi we mnie, nie pozwala mi czuć i pracować, że przeszła po mnie jak ogień. Jest we wszystkim, co mnie otacza. Jest w kawiarni Amatorska i smaku kawy. W papierosach, w Gdańsku, w goździkach i pluszowych niedźwiedziach, jest w matce, która nie przestaje o niej w karykaturalny sposób rozprawiać, jest we wszystkich najświętszych słowach, w moich gestach, sukienkach, w miejscach, do których można wyjechać, w ludziach, z którymi rozmawiam. (…) I kiedy teraz o tym myślę, kiedy widzę za sobą koszmar, a przed sobą nic, czuję, że stało się ze mną coś złego, wydaje mi się, że zostałam popsuta jak zabawka, lękam się dni następnych i przeklinam tych, którzy mnie kochali”[6].

I chyba rzeczywiście stało się wtedy coś złego, bo już niemal do końca życia Osiecka wciąż będzie się rzucała na oślep w spontaniczne związki z żarliwością zakochanej nastolatki, ale żaden z nich nie będzie szczęśliwy. Zresztą przewidziała to, szacując cenę, jaką zapłaciła za zakończenie tego pierwszego, najszczerszego i najgorętszego:
„(…) nie może inny, jutrzejszy, lepszy człowiek mieć takiej twarzy i takiego miejsca w środku na Tristana i Izoldę. Wiem, że tego będzie brak każdemu chłopcu, którego spotkam, i szkoda mi tego. Szkoda mi także własnej miłości. To niebezpieczne, piękne i bardzo uczciwe, tak kochać, jak kochałam Witolda. Im dalej od tej sprawy i mniej histerii, tym częściej wiem, że była to sprawa ogromna, prawdziwa i piękna. (…) I wiem, prawie na pewno, że dobrze dla mnie się stało, żeśmy ją popsuli. Bo jak mało bym wiedziała i widziała, gdybym została z Witoldem. Gdybym przyjęła jego wąski, prosty sposób patrzenia albo gdybym się jemu podporządkowała. Ilu ludzi bym nie poznała, ilu nie przeczytała książek, iloma malarzami bym pogardziła i o ilu rzeczach i ludziach wydałabym prymitywne, okrutne opinie. A poza tym jak bardzo mało by mnie to wszystko obchodziło. Bo Witold obchodził mnie za bardzo.
Gdybym się nie zbuntowała (…), miałabym życie bardzo szczęśliwe i bardzo zmarnowane: nic bym nie napisała. (…) Tymczasem będzie chyba na odwrót. Wydaje mi się, że zrobię bardzo dużo, że może zrobię dużo właśnie dlatego, że życie mam nieproste i nie umiem wybierać, i męczę się bardzo. Ale męczyć się nie przestanę i nie będę szczęśliwa (…). Będą tylko dobre i złe godziny, kaprysy i męczarnie odpowiedzialności, lęki, niesmaki, wzruszenia i inscenizacje (…)”[7].
A kiedy kilkanaście lat później będzie się wydawało, że wreszcie zawinęła na dłużej do jakiejś przystani – będąc z mężczyzną zupełnie innego pokroju, niż ci wszyscy wcześniejsi zbuntowani artyści, trzeźwym, statecznym, opiekuńczym, tym, któremu w końcu urodzi dziecko – napisze: „nie mam w sobie tyle tego, ani kobiety, ani mięsa, ani dobroci, żeby tak dzień po dniu, noc po nocy – dzielić, zespalać się, łączyć się wciąż na nowo i wciąż w tym samym. A to w rozmowie, a to w miłości, a to [we] śnie, a to w kawie z mlekiem. (…). Może ja się w ogóle nie nadaję do dorosłego życia z mężczyzną? Wciąż chciałabym być gówniarą, która tylko wyskakuje na randki, a potem wraca do mamy. (…) Albo diabłem, kotem, królem, pająkiem – czymś, co jest z ludźmi tylko tyle, ile samo ma ochotę być”[8].

Ale oczywiście nie samemu analizowaniu spraw miłosnych poświęca miejsce w swoich zapiskach. Ukończenie studiów kwituje parowyrazowym wpisem w kalendarzu, rok później nadmieniając jeszcze z ironią, że spośród „matołkowatych absolwentów naszego wydziału, których dwustu wypuszczano co rok na świat boży (…) najwyżej pięciu, sześciu nadawało się na dziennikarzy, kilkunastu na buchalterów, stu na niewykwalifikowanych pracowników rolnych, a reszta w ogóle na nikogo”[9]. Nowe studia – na wydziale reżyserskim łódzkiej filmówki – też nie będą tym, o czym marzy; stosunkowo szybko zorientuje się, że niezależnie od tego, czego się nauczy, talent ma jeden: „Rzeczy poważne piszę niepoważnie. I tylko rzecz niepoważną – piosenki – piszę poważnie. One jedne są coś warte”[10].

Co nie znaczy, że od tej chwili zlekceważy pisanie innych rzeczy – i jak to dobrze, że ma „śmieszny obyczaj zapisywania faktów”, że notuje „to, co myślę i czuję podczas wielkich włóczęg piechotą, podczas długiej jazdy pociągiem przed snem. Pomysły, »klimaty«, nastroje, plany”[11]! Bo dzięki temu wiemy, że – szczęśliwa czy nieszczęśliwa – cały czas zachowywała umiejętność przenikliwej obserwacji i trafnej oceny zjawisk, niekiedy nawet zakrawającej na proroczą. Na londyńskiej ulicy zauważa: „Rozmamłany hipis swobodnie przepływa obok sztywnego melonikarza z psychologią szczelnie ubraną w gorset światoodporny. (…) U nas dawno już sypałyby się komentarze, wyzwiska, a kto wie, czy nie kamienie”[12], a rzuciwszy okiem na tamtejszy brukowiec, cierpko pyta: „(…) czyżby jedyną alternatywą świata, w którym można umrzeć ze strachu, był świat, w którym można umrzeć udławionym przez tandetę?”[13]. O kraju, w którym to „dławienie przez tandetę” szczególnie rzucało się w oczy, a za możliwość wyjazdu do którego – zwłaszcza wtedy! – spora część Polaków dałaby się żywcem pokroić, pisze z niechęcią: „W Ameryce – tłum jest tak samo anonimowy, miasta tak samo mielą ludzi, jak obozy. Ponad tłum wynoszą się tylko (sfabrykowane przez maszyny do robienia reklamy) uznane »personalities« – politycy i aktorzy. (…) Szczęście, że nie dożyjemy czasów, w których wszyscy będą wszędzie i wszystko (?) będzie takie samo”[14]; i nie jest to socjalistyczna propaganda, tylko jej własne zdanie po spędzeniu tam kilku miesięcy. Na własny kraj potrafi spojrzeć tak samo trzeźwo: „Wszystkie ideały »burżuazyjnego społeczeństwa« realizuje się u nas przez loterię. Albo przez złodziejstwo. Wszystkie drogi, okazuje się, wiodą do domku jednorodzinnego, i tu i tam. I cholera wie, jak to właściwie jest i czy może być inaczej, zwłaszcza w tej nędzy, smrodzie i gruźlicy”[15].
Także ze swoich własnych doświadczeń i obserwacji wnioskuje, że „każdy człowiek, kiedy siedzi wieczorem przy oknie i intensywnie układa plany na to, co zrobi ze sobą jutro albo za rok, to przecież nie robi nic innego, tylko wymyśla swój własny wewnętrzny teatr. Bylebyśmy tylko nie wymyślali dla siebie ról zbyt okrutnych. I bylebyśmy nie krzywdzili innych aktorów, jeśli sztuka nie jest obliczona na jedną osobę” [16] i że „nawet kiedy się palimy, płoniemy – to też się nie liczy. Więc po co, po co się wygłupiać? Od tego tylko serce boli i zamienia się w płochliwego zająca. A znajomi pokazują taką pochodnię paluchami i mówią: »O, frajer«”[17]. A wreszcie okrutnie gorzko podsumowuje los swojego pokolenia: „…się nam zdawało, że jesteśmy nieśmiertelni, wieczni, żelaźni – a byliśmy jak ćmy, jak jętki, turkucie podjadki? Pancerne motyle?”[18].

Czuję się po tej lekturze tak, jak wtedy, gdy przed czterdziestu paru laty w tomiku wyciągniętym na oko z bibliotecznej półki z nowościami czytałam, że „to wszystko nie tak, nie tak, nie to, a jeżeli, a jeśli nie to, no to o co, u diabła, nam szło?”[19] i w połowie wierszy widziałam siebie albo przynajmniej swoje myśli. Komu, tak jak mnie, bliska jest twórczość Osieckiej, ten nie powinien ominąć i „Dzienników” – tylko tak jeszcze można z nią pobyć przez chwilę…

[1] Agnieszka Osiecka, „Dzienniki: 1956-1958 i 1970”, wyd. Prószyński i S-ka, 2021, s. 111.
[2] Tamże, s. 89-90.
[3] Tamże, s. 400.
[4] Tamże, s. 237.
[5] Tamże, s. 173.
[6] Tamże, s. 303.
[7] Tamże, s. 399-400.
[8] Tamże, s. 505.
[9] Tamże, s. 251.
[10] Tamże, s. 173.
[11] Tamże, s. 171.
[12] Tamże, s. 526.
[13] Tamże, s. 464.
[14] Tamże, s. 483.
[15] Tamże, s. 427.
[16] Tamże, s. 367.
[17] Tamże, s. 470.
[18] Tamże, s. 586.
[19] Agnieszka Osiecka, „Sztuczny miód”, z pamięci.



(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 173
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: