Dodany: 2021-04-01 10:25|Autor: pawelw

Książki i okolice> Konkursy biblionetkowe

2 osoby polecają ten tekst.

„WILGA, ZIĘBA, BOCIAN, SZPAK ORAZ KAŻDY INNY PTAK”, czyli PTAKI W LITERATURZE - konkurs nr 247


Przedstawiam konkurs nr 247, który przygotowała niedźwiedź z tobołem

„WILGA, ZIĘBA, BOCIAN, SZPAK ORAZ KAŻDY INNY PTAK”, CZYLI PTAKI W LITERATURZE

Wrona gdzieniegdzie kracze i puchają puchacze, a ja zapraszam wszystkich do udziału w kolejnym konkursie, w którym zabiorę was do świata ptaków. W konkursowych fragmentach nie będzie co prawda wilgi, zięby i bociana, ale za to jest szpak oraz (prawie) każdy inny ptak. A ponieważ chciałam potraktować temat jak najbardziej szeroko, to znajdziecie tutaj zarówno ptaki polskie, jak i te tropikalne, te możliwe do hodowania w domu i takie, które spotkać można tylko w baśniach.
Waszym zadaniem jest rozpoznanie skąd pochodzą przytoczone fragmenty – należy podać tytuł utworu oraz jego autora. Za każde poprawne wskazanie (tytułu lub autora) otrzymujecie 1 punkt, liczba strzałów jest nieograniczona. Fragmentów jest 30, więc maksymalnie można uzbierać 60 punktów. Zwycięzcą zostaje osoba (lub osoby, w przypadku remisu), której uda się zdobyć najwięcej punktów. Odpowiedzi proszę przysyłać za pomocą PW, ewentualnie na adres (...), podając w tytule swój nick biblionetkowy – konsekwentnie trzymać się jednej formy kontaktu i nie zmieniać tytułów maili. Termin nadsyłania odpowiedzi mija 16 kwietnia o godzinie 22.00.
Proszę też w pierwszej wiadomości poinformować mnie czy chcecie, abym sprawdziła, które z konkursowych książek czytaliście. Zachęcam też do wszelkich podpowiedzi na forum.
Uwaga: nie wszystkie książki wykorzystane w konkursie znajdziecie w moich ocenach.
Miłej zabawy i powodzenia!

1.
W tym momencie za ścianą w pokoju jego córki patefon zagrał fokstrota „Alleluja” i w tejże chwili za profesorskimi plecami rozległo się ćwierkanie wróbla. K. odwrócił się i zobaczył, że po jego biurku skacze sobie ogromny wróbel.
„Hm... tylko spokojnie! – pomyślał profesor – ptak wleciał, kiedy odchodziłem od okna. Wszystko w porządku!” – zalecił sobie czując, że wszystko jest w najzupełniejszym nieporządku, i to głównie z powodu tego wróbla. Kiedy profesor przyjrzał mu się, od razu spostrzegł, że wróbel ten to nie jest zwyczajny wróbel. Obmierzły ptak chromał na lewą łapkę, najwyraźniej wymałpiał się, powłóczył nogą, wybijał synkopy, jednym słowem, tańczył fokstrota przy dźwiękach patefonu niczym pijany przy barze, zachowywał się tak po chamsku, jak tylko potrafił, i obelżywie patrzył na profesora.
Dłoń K. spoczęła na aparacie telefonicznym, profesor miał zamiar zadzwonić do swego kolegi B., chciał go zapytać, co by też mogły oznaczać tego rodzaju wróbelki w wieku lat sześćdziesięciu i co to znaczy, jeżeli do tego nagle człowiekowi zaczyna się kręcić w głowie?
Tymczasem wróbel usiadł na ofiarowanym niegdyś profesorowi kałamarzu, napaskudził do niego (ja nie żartuję!), następnie wzbił się w górę, zawisł w powietrzu, po czym z rozpędu, dziobem niczym ze stali, uderzył w szkło fotografii przedstawiającej grono absolwentów uniwersytetu z roku 1894, rozbił to szkło na drobne kawałki i wyfrunął przez okno.

2.
Nagle za plecami usłyszał dziwne gęganie, więc obrócił się szybko na pięcie.
A jednak nie był sam w gabinecie. Na złotej żerdzi obok drzwi siedział jakiś wyliniały ptak, przypominający niedokładnie oskubanego indyka. X. wpatrywał się w niego z ciekawością, a ptak najwyraźniej odwzajemniał to zainteresowanie, bo utkwił w X. smętne spojrzenie i znowu zagęgał. Wyglądał na bardzo chorego. Oczy miał mętne, a kiedy tak patrzył żałośnie, z ogona wypadło mu kilka piór.
X. właśnie pomyślał, że jeszcze tego tylko brakuje, żeby ulubiony ptak Y. wyzionął ducha, będąc z nim sam na sam w gabinecie, kiedy ptak nagle stanął w płomieniach.
X. krzyknął ze strachu i cofnął się gwałtownie, wpadając na biurko. Rozejrzał się gorączkowo w poszukiwaniu jakiegoś dzbanka z wodą lub wazonu, ale nic takiego nie spostrzegł. Tymczasem ptak zamienił się w kulę ognia, zaskrzeczał przeraźliwie i po chwili zniknął z żerdzi, a na podłodze pojawiła się kupka popiołu.

3.
Nad głowami małych podróżników przelatywały ciągle z jednego brzegu parowu na drugi tukany o purpurowych głowach, niebieskich piersiach i żółtych skrzydłach, więc chłopiec jął opowiadać X. to, co o ich obyczajach wiedział z książek.
– Wiesz – mówił – są takie tukany, które w porze lęgu wyszukują dziuplę w drzewie; tam samica znosi jaja i siada na nich, a samiec oblepia otwór gliną, tak że tylko jej głowę widać, i dopiero gdy pisklęta się wylęgną, tłucze swoim wielkim dziobem glinę i wypuszcza samicę na wolność.
– A co ona przez ten czas je?
– Samiec ją karmi. Lata ciągle naokoło i przynosi jej rozmaite jagody.
– A czy jej pozwala spać? – pytała dalej sennym głosem.
Y. uśmiechnął się.
– Jeśli pani tukanowa ma taką ochotę jak ty w tej chwili, to jej pozwala.

4.
Pamiętając, że matka pisała jej w jednym z listów o wyniszczeniu ptaków, przez parę miesięcy odwlekała powrót, szukając statku, który zatrzymywałby się na Wyspach Szczęśliwych, i tak wybrała dwadzieścia pięć par najładniejszych kanarków, by na nowo zapełnić niebo nad X. Była to najbardziej żałosna spośród jej licznych nieudanych inicjatyw. W miarę rozmnażania się ptaków Y. wypuszczała je parami, ale zaledwie poczuły wolność, uciekały z miasta. Na próżno robiła dla nich sztuczne gniazda na drzewach migdałowych, obsypywała dachy siemieniem lnianym, a uwięzione ptaki zmuszała do śpiewania, żeby zawracały z drogi dezerterów, bo te przy pierwszej próbie wzbijały się w górę i natychmiast zataczały łuk na niebie, by odnaleźć kierunek na Wyspy Szczęśliwe.

5.
Tam derkacz wrzasnął z łąki, szukać go daremnie,
Bo on szybuje w trawie jako szczupak w Niemnie;
Tam ozwał się nad głową ranny wiosny dzwonek,
Również głęboko w niebie schowany skowronek;
Ówdzie orzeł szerokim skrzydłem przez obszary
Zaszumiał, strasząc wróble, jak kometa cary;
Zaś jastrząb, pod jasnymi wiszący błękity,
Trzepie skrzydłem jak motyl na szpilce przybity,
Aż ujrzawszy wśród łąki ptaka lub zająca,
Runie nań z góry jako gwiazda spadająca.

6.
Pierwszego wieczora było tak:
– Słyszysz głos tukana, x.? – zapytał Indianin.
– Nie. A który to?
– Ten co robi truk - truk... truk - truk...
– Teraz słyszę.
– To jest śpiew na dobrą pogodę – wyjaśnił.
* * *
A następnego dnia o wschodzie słońca było tak:
– Słyszysz głos tukana, x.?
– Słyszę. Znów robi truk - truk... truk - truk... Wróży dobrą pogodę – odpowiedziałem zadowolony, że coś wiem.
– Nic nie wiesz, x. On teraz robi truk - truk na deszcz.
– Ale przecież to jest takie samo truk - truk, jak tamto wczorajsze na pogodę – zaprotestowałem.
– Będzie lało. Mówię ci, truka na deszcz. (…)
– Skąd niby mam wiedzieć, które truk - truk wróży słońce, a które deszcz, skoro wszystkie te truki są IDENTYCZNE!? (…)
– Tukany robią truk - truk, kiedy idzie zmiana pogody – zakończył.
– A jak nie ma być żadnej zmiany, to co robią? Chyba mi nie powiesz, że w porze deszczowej przez trzy miesiące w ogóle nie śpiewają?
– Śpiewają ciągle – odparł spokojnie. – To bardzo gadatliwe ptaki.
– No i jak to robią, kiedy nie ma być żadnej zmiany pogody?
– Zwyczajnie: truk - truk, truk - truk. Przez te wielkie dzioby nie wychodzi im nic innego.

7.
Zapomniał już, że kiedyś miał papugę z P., którą kochał jak ludzką istotę, gdy nagle usłyszał ją: „Papużka królewska”. Usłyszał całkiem blisko, niemal u swego boku, i natychmiast ją dostrzegł na najniższej gałęzi mangowca.
– Bezwstydnico! – krzyknął.
Papuga natychmiast odpowiedziała mu identycznym głosem:
– Kocioł garnkowi przyganiał, doktorze.
Podtrzymywał tę wymianę zdań, nie tracąc papugi z oczu, a jednocześnie zakładając, z daleko idącą ostrożnością, sztylpy, aby jej nie spłoszyć, przełożył ręce przez szelki i zszedł na pokryte jeszcze błotem patio, laską opukując ziemię, żeby nie potknąć się na trzech schodkach tarasu. Papuga nie poruszyła się. Siedziała tak nisko, że podstawił jej laskę, aby jak to miała w zwyczaju, mogła sfrunąć na srebrną rączkę, papuga jednak wymknęła się. Przeskoczyła na najbliższą, nieco wyższą, ale i dostępniejszą gałąź, dosięgała bowiem do niej drabina, przystawiona tam jeszcze przed przybyciem strażaków. Doktor X. oszacował wysokość i uznał, że pokonując dwa szczeble, będzie mógł znaleźć papugę. Wszedł na pierwszy szczebel, podśpiewując kumpelską piosenkę, by odwrócić uwagę niesfornego stworzenia, powtarzającego słowa bez melodii, ale i przesuwającego się jednocześnie bokiem na gałęzi. Bez trudu wszedł na drugi, trzymając się obydwiema rękami drabiny, papuga zaś, nie ruszając się z miejsca, zaczęła powtarzać całą piosenkę. Wszedł na trzeci szczebel i zaraz potem na czwarty, bo jednak źle obliczył wysokość gałęzi, i chwyciwszy się mocno lewą ręką drabiny, prawą spróbował złapać papugę. D.P., stara służąca, która właśnie nadchodziła, żeby go uprzedzić, że może nie zdążyć na pogrzeb, zobaczyła plecy stojącego na drabinie mężczyzny i nie uwierzyłaby, że to on, gdyby nie zielone paski elastycznych szelek.
– Przenajświętszy Sakramencie! – krzyknęła. – Jeszcze się pan zabije!

8.
Ogrodnik zwrócił się w stronę sadu i zaczął cichutko, łagodnie gwizdać. Nie mogła pojąć, jak taki szorstki człowiek umie tak łagodnie wabić ptaszka.
W tejże chwili stało się coś zadziwiającego. Usłyszała cichy lot w powietrzu. Ptaszek z czerwonymi piórkami na piersi opuścił się na ziemię i usiadł na grudzie tuż przy nogach ogrodnika.
– Jesteś tu! – zaśmiał się stary, po czym zaczął przemawiać do ptaszka jak do człowieka: – Gdzieżeś bywał, łobuzie jeden? Długoś się nie pokazywał. Na zalecanki wyleciałeś? Tak wcześnie? Żony sobie szukasz?
Ptaszek przechylił główkę na bok i patrzył na starego, a oczka świeciły mu się jak duże, czarne perełki. Miało się wrażenie, że ptaszek jest bardzo oswojony i nie boi się zupełnie. Skakał z grudy na grudę i dziobał zawzięcie, szukając ziarenek i owadów.
Dziwne uczucie zrodziło się w sercu X.: taki był śliczny i miły! Drobny, ale tłuścioszek, dziób miał krótki i cienkie nóżki.
– Czy on przylatuje zawsze na zawołanie? – zapytała szeptem.
– A śmiałby nie przylecieć! Poznałem tego łobuza, jak jeszcze nie był wypierzony. Wyleciał z gniazda w tamtym ogrodzie, przeleciał przez mur, ale był za słaby, żeby pofrunąć z powrotem, i od tego czasu zaczęła się nasza przyjaźń. A jak po kilku dniach wrócił do gniazda, było już puste, więc znowu przyleciał do mnie.
– A co to jest za gatunek? – spytała X.
– Nie widzi panienka? Rudzik! Rudziki to najmilsze ptaki pod słońcem. Przywiązują się jak psy, jeśli się umie z nimi postępować. Niech no panienka spojrzy, jak on dziobie, a kręci się jak fryga, ciągle na nas spogląda. Wie, bestia, że o nim mowa.
Stary ogrodnik wyglądał zabawnie, kiedy tak patrzał na malutkiego, pękatego ptaszka, jakby go kochał, a zarazem był z niego dumny.
– Strasznie, szelma, próżny! – zaśmiał się znowu. – Lubi, jak się o nim mówi. A ciekawy! Bóg świadkiem, że chyba nie ma na świecie drugiego takiego ciekawskiego i wścibskiego stworzenia. Zawsze przylatuje zobaczyć, co sieję albo sadzę. On wie i to, czego pan Y. nie wie. Tak, to on tu jest naczelnym ogrodnikiem, tak, tak.

9.
– Straszne, ojcze, są słowa twoje! A czy to prawda, ojcze wielki i świątobliwy – coraz bardziej ośmielał się mniszek – co wieść niesie aż po najdalsze strony, jako ustawicznie z Duchem Świętym obcujesz?
– Zlatuje. Zdarza się.
– Jak to zlatuje? W jakiej postaci?
– Ptasiej.
– Duch Święty pod postacią gołębia?
– Raz Duch Święty, a raz znowuż Świętoduch. Świętoduch to insza inszość, ten to może i jako drugi ptaszek sfrunąć: a to jaskółka, a to szczygieł, a to i sikorka.
– Jakże ty go odróżniasz od sikorki?
– Gada.
– Ale jak gada, jakim językiem?
– Ludzkim.
– A co on tobie gada?
– Ano, dzisiaj zwiastował, że głupi przyjdzie i rozpytywać będzie po próżnicy. Za dużo, mnichu, chcesz wiedzieć.

10.
– ...więc było mi go żal. Podobno było wtedy wielkości kolibra, tak przynajmniej napisali w broszurze, którą dostałam od lekarza. Koliber to ptaszek... nie wiem, jak wygląda, ale ptaszek. I ja akurat wtedy zobaczyłam drzewo. Ptaki siadają na drzewach, prawda?
J. znowu kiwnął głową, a T. otworzyła usta jeszcze szerzej, aby zaraz je zamknąć.
– Kolibrów nie ma w naszym klimacie. Z biologii miałam tróję, nawet nie najgorzej jak na mnie, wiem, że kolibrów u nas nie ma, ale przecież na drzewach przesiadują inne ptaki – ciągnie X.
– Wróble – podpowiada ochoczo Z.

11.
Myślisz, że gdzieś jeszcze są ptaki?
Nie wiem.
Ale jak myślisz?
To chyba mało prawdopodobne.
Może poleciały na Marsa albo gdzieś?
Nie. Nie dałyby rady.
Bo to za daleko?
Tak.
Nawet gdyby chciały?
Nawet gdyby chciały.(...)
Po chwili chłopiec powiedział: Nie ma żadnych ptaków, prawda?
Nie.
Są tylko w książkach?
Tak. Tylko w książkach.
Nie myślałem, że tak jest.

12.
Ptak wrzasnął raz jeszcze i nagle jakiś cień przesłonił światło płynące z wylotu rury. M. zobaczył jego żółte łuskowate nogi grubości męskiej łydki. Potem ptak pochylił głowę i zajrzał do środka.
M. ponownie spojrzał w te niesamowite, błyszczące, czarne jak świeża smoła oczy ze złotymi obrączkami tęczówek. Dziób stwora otwierał się i zamykał, otwierał i zamykał, a za każdym razem, kiedy się zatrzaskiwał, wydawał odgłos przypominający zgrzytnięcie zębów.
Ostry – pomyślał – ten dziób jest ostry. Chyba wiedziałem, że ptaki mają ostre dzioby, ale nigdy aż do teraz o tym nie myślałem. To ponownie skrzeknęło. Dźwięk ten w ograniczonej okafelkowanymi ścianami gardzieli komina był tak głośny, że M. przyłożył dłonie do uszu. Ptak zaczął się wciskać w głąb rury. – Nie! – krzyknął M. – Nie, nie możesz! – Kiedy ptak usiłował wedrzeć się do otworu komina, wewnątrz zrobiło się jeszcze ciemniej. (O Boże, czemu nie pamiętałem, że ptak to w dużej mierze same pióra? Czemu nie pamiętałem, że on potrafi się przeciskać?) Światło bladło coraz bardziej... aż wreszcie znikło zupełnie. Teraz była już tylko atramentowa ciemność, dławiący smród ptaka i szeleszczący odgłos jego piór.

13.
– Nie zostanę tutaj – zdecydowanie stwierdziła X. – Nie będę spała następnej nocy w tym okropnym, nawiedzonym przez upiory pokoju. Jak mogłaś, ciociu, być aż tak okrutna, żeby kazać mi tam spać! – X. obrzuciła ją surowym spojrzeniem. – Gdybym była Salome, zażądałabym, aby mi podano na tacy twoją głowę. (…)
Ciotka N. i K. popatrzyły na siebie.
– Powinnyśmy były jej powiedzieć, K. To nasza wina. Całkiem zapomniałam… dawno już nikt nie spał w Różowym Pokoju. Nic dziwnego, że się przestraszyła. X., moje ty biedactwo, bardzo mi wstyd. Zasłużyłam na ścięcie głowy i podanie ci jej na tacy, ty mały potworze! Powinnyśmy były ci powiedzieć.
– Powiedzieć… co?
– O jaskółkach w kominie. To ich odgłosy słyszałaś. Główny, wielki komin znajduje się w ścianie tuż za twoim łóżkiem. Od kiedy zrobiłyśmy sobie kominki, jest nieczynny. Zagnieździły się tam setki jaskółek, które niesamowicie hałasują… trzepocą skrzydłami, walczą ze sobą.
X. poczuła się zawstydzona… Niepotrzebnie, bo wystawiona została na ciężką próbę; nawet dorośli bali się spać w Różowym Pokoju. N. P. umieszczała nieraz gości w tym pokoju, kiedy chciała ich nastraszyć. Trzeba jednak oddać jej sprawiedliwość, że w przypadku X. naprawdę zapomniała i było jej bardzo przykro.

14.
Długo szła tak X., w końcu zmęczyła się bardzo i usiadła znowu pod drzewem. Właśnie pierwszy śnieg pokrył ziemię i bose nożyny dziewczynki poczerwieniały z zimna. Wtem tuż przed nią stanęła duża, szara wrona: popatrzyła na nią, pokręciła łebkiem, podleciała w prawo i w lewo i zawołała: „Kra! Kra!”
Znaczyło to: „Dzień dobry, kochana dziewczynko, musisz być bardzo biedna, kiedy w takie zimno sama idziesz w świat szeroki. Gdzież ty idziesz, dziewczynko? Czego szukasz?”
X. zrozumiała, co chce powiedzieć wrona i tak jej była wdzięczna za współczucie, tak się jej ciepło zrobiło w serduszku, że natychmiast opowiedziała jej całą historię i spytała zarazem, czy nic nie wie o Y.
Wrona kręciła łebkiem w zamyśleniu, podlatywała na prawo i lewo i powtarzała jak gdyby do siebie:
– A może? A być może? A kto wie? Kto wie? Kto wie?
– Widziałaś go! – zawołała uszczęśliwiona X. i zaczęła całować i ściskać wronę tak gwałtownie, że o mało jej nie udusiła.
– Spokojnie! Spokojnie! – powtarzała wrona. – Powiedziałam: kto wie! Może – może! – ale on dawno zapomniał o tobie. I przy tym tak mi trudno mówić twoim językiem. Co innego, gdybyś mogła rozmawiać ze mną po wroniemu, wtedy bym ci dokładnie opowiedziała wszystko.
– Ach, nie umiem! – z żalem szepnęła X. – Babka umiała dobrze, ale się nie nauczyłam. Czemuż się nie nauczyłam!
– Kra! Kra! Nic nie szkodzi – rzekła wrona. – I tak się rozumiemy. Będę mówiła, jak potrafię.

15.
Wtedy zobaczyłam szybki i zwrotny rój Kwiczołów. To są Ptaki, które zawsze widuję tylko w stadzie. Poruszają się zwinnie, jak jeden wielki, ażurowy organizm powietrzny. Czytałam gdzieś, że gdyby zaatakował je Drapieżnik, na przykład jeden z tych znudzonych Jastrzębi, które kołyszą się jak duchy święte na niebie, będą się bronić. Stado bowiem potrafi walczyć, dość specyficznie i perfidnie, umie się też zemścić — szybko wzbija się w powietrze i jak na komendę wypróżnia się na prześladowcę, dziesiątki białych ptasich kup spadają na piękne skrzydła Jastrzębia, brudzą je, sklejają, kwas żre pióra. Drapieżnik musi się opamiętać w tej sytuacji, zaprzestać pogoni i, zniesmaczony, lądować na trawie. Można by umrzeć z obrzydzenia — tak upaprane są jego pióra. Czyści je cały dzień i potem jeszcze następnego dnia. Nie śpi, nie potrafi spać z tak brudnymi skrzydłami. Wszystko mu śmierdzi, czuje się okropnie. Jest jak Mysz, jak Żaba, jak ścierwo. Nie może usunąć dziobem stwardniałych odchodów, marznie, a do jego ptasiej delikatnej skóry przez sklejone pióra przenika teraz z łatwością deszczowa woda. Unikają go też swoi, inne Jastrzębie. Wydaje im się trędowaty, zarażony straszną chorobą. Jego majestat poniósł szwank. Wszystko to jest dla Jastrzębia nie do zniesienia i zdarza się, że Ptak ginie.

16.
Spytałem [H.], czego szuka.
– Sroki.
– Sroki?
– Sroki modrej, na szczęście.
To nie było normalne, by H. mówił coś takiego. Prawdopodobnie mógłby powiedzieć o sroce modrej wszystko, poczynając od koloru oczu, a skończywszy na szlakach wędrówek i wielkości populacji. Ale poszukiwać sroki modrej? Na szczęście? I skąd u niego ten błysk w oku? Wypytując go, dowiedziałem się, że ten pomysł wziął się od x. Co więcej, mój niepokojący pacjent zlecił to H. jako „zadanie”, pierwsze z trzech zadań. Następnych dwóch jeszcze wtedy nie znałem. Nie znał ich też H. Lecz to pierwsze zostało już wyznaczone i przyjęte do wykonania: znaleźć srokę modrą.(...)
Sądząc, że prędzej mi kaktus na dłoni wyrośnie, niż on znajdzie srokę modrą w Górnym Manhattanie, nie zamierzałem przyspieszać terminu jego copółrocznego badania, przewidzianego na wrzesień. Ale już kilka dni później, pewnego ciepłego, dżdżystego poranka oddziały wypełniło niezwykłe, pełne zachwytu i radości wołanie: „Modra sroka! Modra sroka!”. H. biegał korytarzami (nie byłem tego świadkiem, ale B1. zdała mi później relację), wpadał do sali ćwiczeń i czytelni, przerywając innym grę w karty lub medytację, w końcu schwycił uśmiechniętego x. za rękę i pociągnął za sobą do świetlicy, wołając wciąż: „Modra sroka! Modra sroka!”. Wtedy oczywiście wszyscy pacjenci i personel także – pobiegli zobaczyć srokę modrą na własne oczy i okna wypełniły się obserwującymi mokry trawnik postaciami, krzyczącymi na jej widok: „Modra sroka!”, aż w końcu wszyscy wołali: „Modra sroka! Modra sroka! Modra sroka!”. Uniesieniu dali się porwać E. i R., a nawet K. B1. mówiła, że słyszała wtedy jakby muzykę filmową. Jedynie B2. wydawała się nieporuszona tym wydarzeniem, wspominając wszystkie zmarłe i okaleczone ptaki, które spotkała w swym pozbawionym radości życiu.

17.
[ćwierkanie]
Mężczyzna: Bardzo dobrze, mój mały, bardzo dobrze, ćwierkaj długo i głośno, żeby twój przyjaciel W. nie zasnął…
[czknięcie]
Mężczyzna: Będę do ciebie mówił, mój ptaszku słodki, bo inaczej usnę, a to mi się, niestety, przytrafić nie może, oj, nie może, bo jak usnę, znowu mi się przyśni, a jak się przyśni, to twój druh W. – kto wie – może nawet odwali kitę. Rozumiesz, co to jest „odwali kitę”? Jakiej ty w ogóle jesteś rasy, ptaszku? Nie jesteś krukiem, bo kruk robi „kra”, nie jesteś sową, bo sowa robi „hu, hu”. Może więc jesteś po prostu zwykłym ptaszkiem fiutkiem, co robi „fiu, fiu”.

18.
Kiedyś znalazłam artykuł o dzikich gołębiach. Gdy czytałam go głośno, wydawało mi się, że znowu zaszyłam się w gęstwinę lasu w X., a gołębie latają nade mną. Słyszałam ich ciche, pełne tkliwości nawoływania, tak kojące i rzeźwiące w upalne letnie popołudnie. Nic nie zakłócało spokoju ptaków, dopóki J., szukając mnie, nie przebiegł przez zarośla, węsząc wilgotnym pyskiem przy ziemi. Gołębie wylatywały wówczas z ukrycia w nierozsądnym popłochu i uderzając skrzydłami z wielkim hałasem, znikały nam z oczu, szybując nad wierzchołkami drzew. Po ich odlocie cisza znowu spadała na las, a ja – nie wiadomo dlaczego – czując się nieswojo, uświadamiałam sobie, że słońce nie złoci już szeleszczących liści, że pociemniały gałęzie, że wydłużyły się cienie, w domu zaś czekają na podwieczorek świeże maliny. Wstawałam wówczas z posłania z paproci, strzepywałam ze spódnicy delikatny pył zeszłorocznych liści, przywoływałam gwizdem J. i kierowałam się do domu, gardząc sobą za przyspieszony krok, za spojrzenia rzucane przez ramię.
Jakie to dziwne, że artykuł o dzikich gołębiach mógł tak żywo przypomnieć przeszłość.

19.
Róże zwabiły na pokład mnóstwo przelotnych ptaków. Ponieważ znam kilkadziesiąt ptasich gwar i narzeczy, mogłem prowadzić z nimi rozmowy w nadziei zdobycia jakichś wiadomości o moim ojcu. Pewien gołąb pocztowy obiecał mi rozgłosić odpowiedni apel do wszystkich ptaków. Na próżno jednak czekałem na upragnioną wiadomość.
Pod wieczór trzeciego dnia przybiegł do mnie zdyszany W. wołając z daleka:
– Jest! Jest! Panie X., jest pan N.!
Z biciem serca pomknąłem we wskazanym kierunku. Na dziobie statku istotnie siedział szpak. Gadający szpak. Od razu jednak zorientowałem się, że nie jest to mój ojciec. Szpak mówił bowiem po francusku, a ojciec żywił zawsze niechęć do języków obcych. Cóż, W. miał rację. Wśród miliardów ptaków trudno trafić na właściwego.

20.
Zapadłem w niespokojny sen, a o świcie obudził mnie hałas w pokoju. Obróciłem się, żeby sprawdzić, co to takiego, i gwałtownie usiadłem na łóżku. Na komodzie przysiadł ogromny ptak i patrzył na mnie surowo. Jego łeb pokrywały gładkie, szare pióra. Ptak stukał szponami o drewno, drepcząc bokiem w lewo i w prawo po krawędzi komody. Zachowywał się tak, jakby chciał lepiej mi się przyjrzeć. Zamarłem, wpatrując się w niego i zastanawiając, czy przypadkiem nadal nie śpię.
W końcu zawołałem tatę. Na dźwięk mojego głosu ptak wzbił się w powietrze. Zasłoniłem twarz ręką i przetoczyłem się po łóżku, a gdy ponownie zerknąłem, ptaka już nie było. Wyleciał przez otwarte okno.
Tata wszedł do pokoju, potykając się.
– Co jest? – spytał i popatrzył na mnie nieprzytomnie.
Pokazałem mu ślady szponów na komodzie oraz pióro, które spadło na podłogę.
– Dziwne – mruknął, obracając je w dłoniach. – Falco x. prawie nigdy nie zbliża się do ludzi.
– X.? – powtórzyłem, nie wierząc własnym uszom. Uniósł pióro.
– Sokół wędrowny – wyjaśnił. – Fascynujące stworzenie, najszybszy ptak na świecie. Można pomyśleć, że umie zmieniać kształt ciała, taki się staje opływowy w powietrzu.

21.
Świadkami morderstwa były ptaki. Widziały, co się stało tam w dole, na świeżo wyrosłej trawie, pośród konwalii wznoszących swe drobne białe dzwoneczki. Dzień był słoneczny. Pękające pąki, pierwsze wiosenne porywy, zapach gleby. Kwiecień. W pobliskim lesie strumień, który wyschnie pod koniec lata, ale tymczasem szemrał radośnie w cieniu. Wysoko w koronie wiązu, tam właśnie usadowiły się ptaki, przycupnąwszy na gałązkach obwieszonych pąkami, które rozchylały swe płatki niczym złożone chusteczki.
Do morderstwa doszło niedaleko miejsca nazywanego przez dzieci R.B. Na łące, tuż pod lasem. Na wydeptanej ziemi, jakby po jakimś niedawno urządzonym pikniku. Wrony widziały, co się stało. Inne ptaki też przypatrywały się z wysoka, ale wrony to co innego. One wykazują ciekawość. Inne ptaki widziały poszczególne czynności. Wrony widziały morderstwo. Jasnoniebieską sukienkę. Teraz leży zupełnie nieruchoma.
Z korony wiązu wrony dostrzegły bransoletkę połyskującą na nadgarstku. Lepiej zaczekać. Srebrna ozdoba kusi, ale lepiej zaczekać.

22.
X. czekał z zapartym tchem. Jeżeli to jest prawdziwy ciąg słonek, ptak powróci za chwilę tym samym szlakiem, tak zwykle bywa. X. wiedział o tym, bo dawniej widywał ciągi innych ptaków, dobrze sobie znanych. Wczesnym rankiem ptaki przelatują tą samą drogą – opowiadał mu o tym pewien myśliwy. A zresztą w okresie posuchy sam widywał na ziemi ślady dziobów i maleńkich łapek słonki.
Czekał w napięciu, czas mu się dłużył, wątpliwości narastały.
O, już leci! Szybko trzepocząc skrzydłami, ledwo dostrzegalny ptak przecina powietrze wprost nad domem, lecz w odwrotnym kierunku. Zniknął pośród łagodnej pomroki, między koronami uśpionych drzew.
– Ciąg słonek się skończył! – powiedział głośno X.
Sam nie wiedział po co i do kogo to powiedział. Ale nic innego nie mógł zrobić i dlatego wymówił te słowa, choć nikt ich nie słyszał. Miał wrażenie, że po długotrwałym i ciężkim okresie nadeszła jakaś zmiana.
Pierwszą jego myślą było opowiedzieć o tym siostrze, i to niezwłocznie. Obojętne, czy H. śpi, czy nie śpi, musi dowiedzieć się o tym natychmiast. X. już zamierzał biec do niej, lecz zatrzymał się. Jeżeli to jest prawda, ptak wkrótce powróci jeszcze raz; X. miał do siebie tak mało zaufania, że postanowił zaczekać na trzeci przelot. Należało usiąść i czekać.
„H. będzie musiała uwierzyć, jeżeli zobaczę ptaka aż trzy razy. Wszyscy będą musieli uwierzyć!”
Jest, wraca!
Tak samo jak poprzednio w półmroku mignął cień szybki niby strzała i zabrzmiał wabiący zew; może ktoś go słyszał, może nie. Słonka przeleciała nad chatą i zniknęła w przestworzach! Pozostała tylko cisza letniego wieczoru.
Ptak jednak powrócił. „Teraz coś wiem” – stwierdził stanowczo X. bez żadnego wahania. Coś się w nim przeobraziło.

23.
Kiedy rozmawialiśmy, mówiliśmy przeważnie o tym, co akurat widzieliśmy: o kształcie chmury, grze światła na powierzchni morza, zachowaniu jakiegoś ptaka...
Właśnie ptak pomógł mi odkryć kolejną cechę X. Martwy ptak. Roztrzaskał sobie głowę o wielkie okno salonu i leżał na tarasie martwy, ze sztywnymi nóżkami żałośnie sterczącymi w niebo. Jego jasne oczka były zamknięte.
X. spostrzegła go pierwsza. Zdumiały mnie szok i przerażenie w jej głosie.
– Spójrz! – krzyknęła. – To ptak, nieżywy!
Wyraźna nuta paniki w jej głosie spowodowała, że przyjrzałem się jej uważniej. Przywodziła na myśl spłoszonego konia. Wargi w grymasie przerażenia odsłoniły zęby; drżała na całym ciele.
– Podnieś go – powiedziałem.
Gwałtownie potrząsnęła głową.
– Nie dotknę go za żadne skarby.
– Nie lubisz dotykać ptaków? – spytałem. Wiedziałem, że niektórzy ludzie tego nie lubią.
– Nie jestem w stanie dotknąć czegoś, co nie żyje.
Przyjrzałem się jej zaskoczony.
– Panicznie boję się śmierci. Wprost nie mogę znieść myśli, że coś jest martwe. Myślę, że to dlatego, że sama... że sama kiedyś umrę. (...)
Spytałem, czy zawsze obawiała się śmierci. Może w przeszłości spotkało ją coś przykrego, trauma, która mogła ten lęk wyzwolić. (...)
X. zmarszczyła brwi. Jej myśli błądziły w przeszłości.
– Mój kanarek zdechł, kiedy miałam pięć lat. Jeszcze wieczorem miał się świetnie, a rano leżał martwy w klatce, z nóżkami sztywno sterczącymi w górę. Zupełnie jak ten tutaj. Wzięłam go do ręki... – X. zadrżała – a on był zimny... – Z trudem wypowiadała słowa. – Już nie był prawdziwy... to była tylko rzecz... nie widział, nie słyszał... ani nie czuł... Nie było go tam.

24.
Ledwie wyszedł na brzeg miękki,
Słyszy naraz jakieś jęki.
Snadź na morzu coś się dzieje.
Patrzy – co to? Puch bieleje,
Łabędzica fale pruje,
Nad nią groźny sęp kołuje.
Ona, biedna, cała drżąca
Wodę mąci i roztrąca –
On już szpony rozczapierzył,
Krwawym dziobem się zamierzył...
Lecz zagrała właśnie strzała,
Sępa w szyję połechtała,
Krew spłynęła do czeluści,
A carewicz łuk opuści,
Spojrzy – sęp rażony ciosem
Tonie, ludzkim jęcząc głosem.

25.
– Co to było? – zapytał z nagłym ożywieniem. – Słyszałyście?
Siostry ostatkiem sił nadstawiły uszu. I nasłuchując tak, uzmysłowiły sobie z zaskoczeniem, że po raz pierwszy, odkąd się przeprawili, spowijającą miasto ciszę – absolutną, martwą, przerażającą – przerwał dźwięk inny niż ich własne głosy. Po chwili poniósł się ponownie, gdzieś wysoko ponad nimi.
Dźwignąwszy głowę, X. spojrzała w niebo.
– Sowa?
– Sowa na dachu kwili, umrzeć komuś po chwili… – wychrypiała na to jej siostra.
– Y., serio? Serio?!
– Cóż, według niektórych wierzeń sowa jest posłańcem śmierci. Jej zwiastunem…
– K.! Ty zrób coś!!!
– Nie bój się, Titku, to nie sowa. Sowa wbrew utartym poglądom raczej skrzeczy niż pohukuje – wyjaśnił K., marszcząc czoło w zamyśleniu. Nie przestawał szukać ptaka wzrokiem, choć przy tej aurze nie miał żadnych szans go wypatrzyć. – A to było takie charakterystyczne puuu, puuu, puuu, jakby… jakby…
– Śmiech? – podsunęła Y.
– Tak! Właśnie tak, śmiech. Upiorny… O, słyszycie? Znowu. – Wciąż drżał, lecz uśmiechnął się nagle do własnych myśli. – Ach, no tak. Toż to poczciwy puszczyk. Strix aluco.
Zafascynowany swym odkryciem nie zauważył nawet, jak narzeczona obrzuciła go spojrzeniem, które przy sporej dozie życzliwości można by uznać za sceptyczne.
– Czemu jakiś puszczyk miałby latać w taką śnieżycę, zamiast grzać kuper w dziupli? – zapytała cierpko.
– Bo ja wiem? – Wzruszył ramionami. – Może nas prowadzi do celu… a może do zguby – zdążył jeszcze dodać, gdy wtem puszczyk zahuczał tuż nad ich głowami, nisko, tak nisko, aż poczuli, że niemal musnął ich skrzydłami.
A potem przez niebo przetoczył się grom. Wybrzmiewał długo i cierpliwie, wibrując w gęstym powietrzu, by wreszcie, po długiej chwili, która ciągnęła się i ciągnęła bez końca, przejść w upiorny jęk i umilknąć. Zaraz jednak rozbrzmiał ponownie, z tą samą mocą, a puszczyk zawtórował mu złowieszczo.

26.
X. uścisnął wyciągniętą dłoń i przysiadłszy na krawędzi kontuaru, powiedział:
– Mam mało czasu, Karl. Chciałbym cię o coś zapytać.
– Ja, ja! O Fräulein, która przyszła z kanarkiem, hę? Mówiła, że pan mecenas ją przysłał. Pan pewnie chce coś wiedzieć o kanarku?
X. kiwnął głową.
– To dobry kanarek – ocenił Helmold. – Wart niezłą sumkę. Pięknie śpiewa.
– Wydawało mi się, że coś mu się stało w nóżkę – podpowiedział prawnik.
– Ja. To nic takiego. Za krótko obcięte pazurki na prawej nóżce. Dziś on kuleje. Jutro kuleje. Pojutrze nic mu nie jest. A jeszcze następnego dnia nikt nie pozna, że coś mu dolegało.

27.
I chociaż lady B1. spoglądała surowo, ze swoją wiecznie obrażoną miną na siostrzeńca, F. był jej ulubieńcem. Ku swojemu wielkiemu zdziwieniu wygrał na loterii tego słynnego kanarka i przeszmuglował go w klatce do pokoju ciotki, jako prezent urodzinowy. Bo właśnie wygrał ptaszka w siedemdziesiątą szóstą rocznicę jej urodzin. Powiedziała mu, że ta wygrana to dobry omen na przyszłość. Ten upominek zbliżył ich. Odwiedzał ją często w pokoju i razem zachwycali się kanarkiem, do którego ciotka zapałała wielką miłością. Teraz musiała stale zamykać drzwi swojego pokoju, żeby stara pani X. nie usłyszała kanarka. Babka nie zniosłaby innego ptaka prócz B2. Była też obawa, żeby perska kotka wuja E. nie zadusiła kanarka. E. również przywiązał się do ślicznego ptaszka i przychodził do pokoju siostry, ażeby razem z nią wsłuchiwać się w słodkie trele i podziwiać wdzięczne podskoki zwinnego kanarka.

28.
Ożesz, ale ona głupia, z tym swoim pomaganiem, ta X.! Pięćset złotych za ledwo opierzone kawki straciła, hodowała te kawki, w dzioby im jedzenie wtykała, a tu kot na podwórze zalazł, kawki ucapił i po kawkach! I co X. robi? Jak głupia lata naokoło domu, woła: Kaśka! Zośka! bo jednej kawce dała Kaśka, a drugiej Zośka! Latała, latała i nie znalazła, to siadła i płacze. Ludzie, czy widział kto, żeby po kawkach płakać? Nie, tego jeszcze nikt nie widział i nie słyszał. Pęc ze śmiechu można.

29.
W końcu wyciąga mnie z tego papużka. Mama oczywiście mi ją kupuje. Jest wspaniała. Raz po południu wychodzi na zakupy, a kiedy wraca, woła już od drzwi, K., wstań, mam coś dla ciebie, jakby nie wiedziała, że na pewno nie wstanę.
Więc przychodzi do mnie do pokoju i chwilę próbuje się bawić, w co bym chciał i zgadnij, co mam, i tak dalej, ale za bardzo jej nie idzie, bo prawie nie odpowiadam. No to mama kładzie na łóżku klatkę, w niej jest ten wspaniały ptaszek, a ja czuję, że zaraz się rozryczę z radości, ale daję radę, wstaję i dziękuję mamie, przytulamy się i zaraz to chyba ona się rozpłacze.
Stawiam klatkę na stole. I patrzę, i patrzę. Po kolacji mama dyktuje mi warunki, opiekować się nim, przyniosła mi jakieś książki, mam przeczytać, a zwłaszcza mam ćwiczyć i chodzić.
Jasne, że tak. Nie musi mi tego nawet dawać jako warunek. Wyobrażam sobie, że nauczę go siedzieć na moim ramieniu i będę prawdziwym piratem.
No i że nauczę go mówić.
I w ogóle wszystko.

30.
Być ptakiem
to trochę niebezpiecznie,
chociaż ptak, to wolna istota.
Więc jeśli już,
to dużym koniecznie
bo inaczej
można łupem paść kota.

Tak jak ja.
Co prawda - ptakiem nie jestem,
ani czarnym, ani niebieskim,
a przecież kot mnie dopadł
i trzyma jak dobre pinezki. (...)

Być ptakiem
to kuszące:
tak fruwać swobodnym lotem...
Ale nie chcę. Nie warto,
bo wtedy
nie mógłbym sypiać z kotem.

==========
Aktualizacja po zakończeniu konkursu:
Tytuły utworów, z których pochodzą konkursowe fragmenty, znajdziesz tutaj:

rozwiązanie konkursu

Wyświetleń: 1066
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 32
Użytkownik: pawelw 2021-04-01 10:27 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam konkurs nr 2... | pawelw
Ćwir ćwir świrk! Świr świr ćwirk!
Za oknem słychać, że już wiosna w pełni.
Są ptaki, które znają wszyscy, ale są i takie mniej popularne i przez to mniej rozpoznawalne. To tak jak z konkursowymi fragmentami. Niektóre rozpozna się od pierwszego spojrzenia, do innych trzeba podchodzić ostrożnie, z atlasem ptaków i dobrą lornetką. Pomoc innych ornitologów też się przydaje.
30 rozćwierkanych fragmentów przygotowała dla nas niedźwiedź z tobołem.

Zapraszam do konkursu.

Wśród wszystkich uczestników konkursu wylosuję nagrodę od ePWN. Szczęśliwy zwycięzca będzie mógł wybrać książkę z oferty księgarni PWN (do 50zł). Tym bardziej zachęcam do uczestnictwa.
Użytkownik: mika_p 2021-04-01 22:52 napisał(a):
Odpowiedź na: Ćwir ćwir świrk! Świr świ... | pawelw
Pierwszy - słowik
Zaczął tak:
"Halo! O, halo lo lo lo lo!" :)
Użytkownik: Sten 2021-04-02 11:17 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam konkurs nr 2... | pawelw
W 8. nie był to czasem gil?
Użytkownik: jolekp 2021-04-02 11:33 napisał(a):
Odpowiedź na: W 8. nie był to czasem gi... | Sten
Zależy od tłumaczenia. W jednym był gil, w innym właśnie rudzik.
Użytkownik: pawelw 2021-04-02 13:18 napisał(a):
Odpowiedź na: W 8. nie był to czasem gi... | Sten
W oryginale jest robin, czyli rudzik. Ale kiedyś mało kto słyszał o rudzikach, a prawie wszyscy wiedzieli jak wygląda gil. W sumie nie wiem czemu, bo jeszcze w życiu nie widziałem gila na żywo, a rudzików całe mnóstwo.
Użytkownik: janmamut 2021-04-05 08:38 napisał(a):
Odpowiedź na: W oryginale jest robin, c... | pawelw
A wystarczyłoby w swoim czasie przetłumaczyć pewną książkę jako "Rudzik w kapturze".
Użytkownik: jolekp 2021-04-03 17:07 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam konkurs nr 2... | pawelw
Za nami już prawie 3 dni konkursu, na razie udział bierze sześcioro dzielnych ornitologów, którym udało się już zidentyfikować większość ptaszydeł. Wciąż nierozpoznane zostają numery 9, 12, 16, 17, 22 i 25.

Na początek dam trochę wskazówek ogólnych, które być może okażą się pomocne.
Wśród autorów jest 17 mężczyzn i 12 kobiet, jeden z nich pojawia się w konkursie więcej niż raz. 17 z nich już nie żyje.
Znajdziecie tu troje Noblistów i jednego zdobywcę Nike (ale nie za konkursową książkę), jeden z dusiołków otrzymał nagrodę Pulitzera.
12 dusiołków powstało po angielsku, 10 po polsku, 3 po rosyjsku, 2 po hiszpańsku, po 1 w języku duńskim, czeskim i norweskim.

Powodzenia!:)
Użytkownik: anek7 2021-04-04 15:41 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam konkurs nr 2... | pawelw
Czy ktoś mógłby rozjaśnić temat kanarków spod 4?
Nie rozpoznaję ptaszydeł a ponoć powinnam...
Użytkownik: jolekp 2021-04-04 18:10 napisał(a):
Odpowiedź na: Czy ktoś mógłby rozjaśnić... | anek7
To nie jest jedyna Y. jaka pojawia się w dusiołku - podobnie jest z innymi bohaterami. W kwestii imion jest tam bardzo mała różnorodność.
Użytkownik: misiak297 2021-04-04 18:12 napisał(a):
Odpowiedź na: To nie jest jedyna Y. jak... | jolekp
Świetne:)
Użytkownik: mika_p 2021-04-06 17:20 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam konkurs nr 2... | pawelw
Niedźwiedziu! Jesteś? Odpisujesz?
Użytkownik: jolekp 2021-04-06 17:32 napisał(a):
Odpowiedź na: Niedźwiedziu! Jesteś? Odp... | mika_p
Jestem, odpisuję, ale najwyraźniej się coś nie wysłało, najmocniej przepraszam:(. Już poszło.
Użytkownik: mika_p 2021-04-06 17:39 napisał(a):
Odpowiedź na: Jestem, odpisuję, ale naj... | jolekp
Nie ma problemu, wzięłam poprawkę na święta i wcale się nie stresowałam.
Użytkownik: carly 2021-04-07 08:35 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam konkurs nr 2... | pawelw
Drodzy ornitolodzy, mógłby mi ktoś pomataczyć o 13, 23 i 27? Ptaszyska uleciały z mojej pamięci, a podobno nie powinny:)
Użytkownik: anek7 2021-04-07 10:37 napisał(a):
Odpowiedź na: Drodzy ornitolodzy, mógłb... | carly
13 i 27 dzieją się w tym samym kraju (daaaaleko od nas) i mniej więcej w tym samym czasie.
Obydwie mają rodzeństwo, z tym, że 13 niewielkie a 27 całkiem pokaźne.
Rodzic 27 znany jest u nas raczej tylko z tej serii, natomiast z rodzicem 13 (i jej sporo sławniejszą siostrą) zaznajamiamy się w młodych latach, niektórzy zmuszeni inni z własnej woli. Ta sławna siostra ma też całkiem spore rodzeństwo.

27 była dawno temu zwizualizowana. 13 nie miała tego szczęścia, chociaż ta jej sławniejsza siostra co jakiś czas powraca w nowej wersji.
Użytkownik: carly 2021-04-07 17:30 napisał(a):
Odpowiedź na: 13 i 27 dzieją się w tym ... | anek7
Dzięki! Znalazłam:D
Użytkownik: jolekp 2021-04-07 10:55 napisał(a):
Odpowiedź na: Drodzy ornitolodzy, mógłb... | carly
23 ma niezwykle płodną mamę, specjalizującą się głównie w jednym, bardzo popularnym gatunku, ale tworzyła też w innych, choć pod innym nazwiskiem. Dusiołek należy do tej drugiej grupy.
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 2021-04-07 14:06 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam konkurs nr 2... | pawelw
Byłabym wdzięczna za jakiś drobny namiar na 10 i/lub 29.
Użytkownik: jolekp 2021-04-07 16:47 napisał(a):
Odpowiedź na: Byłabym wdzięczna za jaki... | dot59Opiekun BiblioNETki
Kluczem do odgadnięcia 10 jest zidentyfikowanie czym jest to tajemnicze coś wielkości kolibra, które w dusiołku pełni najbardziej istotną rolę, mimo że właściwie do samego końca fizycznie się nie pojawia.

Bonusowo podpowiem, że jak już złapiesz 10, to 12 nie powinno sprawić dużego problemu, bo te tytuły są swoimi synonimami.

Co do 29 - trochę pokrętnie można by powiedzieć, że jest to jeden z trojaczków sprzedawanych w pakiecie. To jedyny dusiołek w konkursie napisany w tym języku.

Użytkownik: Margiela 2021-04-08 20:14 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam konkurs nr 2... | pawelw
Z racji imienia BiblioNETkowego czuję się wywołana do odpowiedzi:) Ale co robić, skoro do tej pory w najlepszym razie połowę zdemaskowałam. Bądź co bądź ze mnie tylko trznadel zwyczajny, rząd: wróblowe, podrząd: śpiewające...
Użytkownik: jolekp 2021-04-08 22:37 napisał(a):
Odpowiedź na: Z racji imienia BiblioNET... | Margiela
No przepraszam bardzo, ale połowa to całkiem dużo, a i na jakieś podpowiedzi zawsze można liczyć;)
Użytkownik: Margiela 2021-04-09 14:09 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam konkurs nr 2... | pawelw
Czy dobrze myślę, że pod 19 ukrył się jeden z uczonych trojaczków? Nie wiem tylko, czy ten, co chodzi w chwale, czy raczej ten, co wędruje daleko.
Podpisano: Margiela, mocno niepewna, czy się prawidłowo wypowiada w języku konkursowym, tak dla niej nowym
Użytkownik: jolekp 2021-04-09 14:28 napisał(a):
Odpowiedź na: Czy dobrze myślę, że pod ... | Margiela
Bardzo dobrze myślisz:)
Użytkownik: Margiela 2021-04-09 14:47 napisał(a):
Odpowiedź na: Bardzo dobrze myślisz:) | jolekp
Bardzo dobrze wiedzieć, że dobrze myślę! A czy z kolei rodzic spod 20 ma inicjał imienia w pełni tożsamy z inicjałem nazwiska?:)
Użytkownik: jolekp 2021-04-09 16:05 napisał(a):
Odpowiedź na: Bardzo dobrze wiedzieć, ż... | Margiela
A owszem, dokładnie takie ma:)
Może jednak prześlesz mi swoje odpowiedzi? Serdecznie zapraszam. Nie trzeba zgadnąć wszystkiego od razu, nie ma kary za błędy i można strzelać nieograniczoną ilość razy:)
Użytkownik: Margiela 2021-04-09 16:12 napisał(a):
Odpowiedź na: A owszem, dokładnie takie... | jolekp
Tak, ostatecznie chyba się na to odważę, chociaż ja z tych, co za błędy sami sobie kary wymierzają, dotkliwe!:D
Użytkownik: anek7 2021-04-09 18:00 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam konkurs nr 2... | pawelw
Kochani ornitolodzy :)

Jakieś tropy jeśli chodzi o rodziców dusiołków nr 12, 15,17 i 28?
Użytkownik: jolekp 2021-04-09 19:16 napisał(a):
Odpowiedź na: Kochani ornitolodzy :) ... | anek7
Tytuły 12 i 10 są swoimi synonimami, ale powstały w innych językach. Tylko jeden z rodziców wciąż żyje i są oni różnej płci.

Tytułem 15 jest zdanie, które można potraktować jako rozkaz, ale wykonanie go byłoby czynnością wielce nieprzyjemną.

Tatuś 17 specjalizuje się głównie w jednym gatunku (tym samym, co mama 23, choć ma zdecydowanie mniej dzieci niż ona), ale, podobnie jak ona, eksperymentował też z innymi. Dusiołek jest jego debiutem, należącym do tego samego gatunku, co 12. Ten tatuś ma brata, który również zajmuje się pisarstwem.

Mama 28 ma wiele dzieciąt, tworzyła w różnych gatunkach, dla różnych grup odbiorczych i posługiwała się kilkoma pseudonimami. W tytule pojawia się ptaszysko, ale inne niż we fragmencie.

Przy okazji podpowiem też 16, bo to ostatnia ptaszyna, której jak dotąd nikt nie schwytał.

Wydaje mi się, że to taki przypadek, w którym ekranizacja zyskała nieco większą sławę od książkowego pierwowzoru, więc podpowiedź będzie trochę z klucza kinematograficznego. Główną rolę zagrał tam bardzo znany aktor, który kilka lat temu stał się bohaterem skandalu obyczajowego, na tyle poważnego, że zdecydowano się go wyciąć z już nakręconego filmu.
Dusiołek jest debiutem. Tata dopisał mu potem jeszcze trochę rodzeństwa, ale już żadne nie trafiło na ekran. Gdyby nazwisko taty potraktować dosłownie, to przedmiotem jego zainteresowania powinna być roślina z szyszkami (ale nie drzewo).

Chyba trochę namotałam:D. Powodzenia!
Użytkownik: McAgnes 2021-04-15 23:06 napisał(a):
Odpowiedź na: Tytuły 12 i 10 są swoimi ... | jolekp
O, a ja to 16 zgadłam bez podpowiedzi. :)
Użytkownik: jolekp 2021-04-15 18:49 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam konkurs nr 2... | pawelw
Drogim konkursowiczom przypominam, że do końca konkursu została już tylko doba z małym kawałkiem:)
Użytkownik: McAgnes 2021-04-15 23:14 napisał(a):
Odpowiedź na: Drogim konkursowiczom prz... | jolekp
Właśnie sobie przypomniałam, że konkurs :)
Użytkownik: LouriOpiekun BiblioNETki 2021-04-16 09:17 napisał(a):
Odpowiedź na: Właśnie sobie przypomniał... | McAgnes
Ja podobnie, więc rzutem na taśmę chyba powiększę dotychczasowy dorobek 2 punktów ;D
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: