Dodany: 2021-02-15 10:00|Autor: misiak297

Miesiąc miodowy w cieniu zbrodni


Mógłbym napisać, że to od powieści „Śmierć i trochę miłości” zaczęła się moja czytelnicza przygoda z Aleksandrą Marininą i Anastazją Kamieńską. A jednak to nie byłaby do końca prawda. Kilka lat temu, owszem, przeczytałem tę książkę. Miałem wówczas ochotę na kryminał, dałem szansę autorce znanej mi tylko ze słyszenia, a nie z czytania. Wrażenia były pozytywne – podobała mi się historia, główna bohaterka, a już najbardziej uchwycone w tle realia Rosji lat dziewięćdziesiątych. Całość jednak nie porwała mnie na tyle, żebym odczuwał potrzebę kontynuowania znajomości z Marininą. Kolejną szansę dałem jej dopiero w zeszłym roku – no i przepadłem. Postanowiłem wrócić do tej pierwszej czytanej Marininy. Pamiętałem tylko punkt wyjścia i osobę odpowiedzialną za morderstwa – a poza tym nic.

„- O kurde, co z ciebie za baba, Kamieńska? Nawet za mąż nie możesz wyjść po ludzku, bez trupa”[1].

Oto wielkie wydarzenie! Anastazja Kamieńska zdecydowała się zmienić stan cywilny i wyjść za mąż za swojego wieloletniego partnera Czistiakowa. Co ciekawe, ona sama mniej się tym przejmuje niż jej otoczenie. Można pomyśleć, że czeka ją spełnienie przykrego obowiązku – coś jak wizyta u dentysty. Na domiar złego Nastia dostaje dziwaczny anonim-ostrzeżenie. Do ślubu dochodzi, ale w urzędzie stanu cywilnego wydarza się tragedia – jedna z panien młodych zostaje zastrzelona. Okazuje się, że tego samego dnia inną niedoszłą pannę młodą spotkał ten sam los. Podobne ostrzeżenia dostało więcej kobiet. Co się za tym kryje? Nastia co prawda formalnie jest na urlopie, a jednak podczas swojego miesiąca miodowego stara się odkryć, kim jest prześladowca panien młodych.

Intryga kryminalna w tej powieści jest całkiem niezła (choć osobę sprawcy da się raczej szybko wytypować, jednak już jego motywy nie są takie oczywiste). Natomiast mnie najbardziej zaciekawiły historie towarzyszące. Zgodnie z tytułem miłości jest tu tylko trochę. Nie ma wątpliwości, że przyrodni brat Nastii – który bierze ślub w tym samym dniu, co ona – kocha swoją żonę. Nastia i Loszka też uczą się siebie trochę na nowo w pełnych uroku scenkach rodzajowych (ach, ten brak umiejętności kulinarnych Anastazji!). Natomiast z tej powieści wyłania się przygnębiający obraz. Miłość to raczej rzecz interesów, a nie uczuć. Ktoś chce się wżenić w bogatą rodzinę i prowadzić wygodne życie (jak filozof Walerij Turbin), ktoś inny – kupić sobie małżeństwem wyjazd do Ameryki. Kobieta chce wyjść za mąż, żeby zyskać wyższy status społeczny – inna tylko próbuje pomóc znajomemu, aby dostał przydział na lepsze mieszkanie. Smutnych historii (nie)miłosnych jest tu sporo. Swietłana Alleko, swoisty rosyjski odpowiednik panny Havisham, w najszczęśliwszym dniu swojego życia została perfidnie oszukana przez najbliższe osoby. Weronika Matwiejewna za jeden (wcale nie do końca miłosny) błąd będzie musiała płacić przez całą resztę życia, nękana przez degenerata i zwyrodnialca. Ela Bartos, bezwolna dziewczyna, nie umie się zdecydować, kiedy dwóch wielbicieli prowadzi o nią opartą na podłej manipulacji walkę – nie zdaje sobie sprawy, że żadnemu z nich tak naprawdę na niej nie zależy. Smutna jest także historia Katii Gołowanowej, której ukochanego odbiła przyjaciółka – choć czy ona i ten, którego obdarzyła uczuciem mogliby być naprawdę szczęśliwi? Jedna z najciekawszych postaci cyklu – bezwzględna cyniczna Tamila Bartos – powie do córki:

„Za mąż (…) można wychodzić do upojenia. Dlatego nie warto traktować jutrzejszego ślubu jako wydarzenia szczególnie ważnego i przywiązywać do niego aż takiej wagi. Wielka rzecz, pójdziecie do urzędu, pożyjecie ze sobą parę miesięcy, zaspokoicie młodzieńczy głód seksu, a potem wszystko zacznie cię śmiertelnie nudzić i w podskokach polecisz złożyć pozew o rozwód”[2].

Nawet jeśli te słowa to tylko próba manipulacji, można założyć, że jest w nich pewna cierpka prawda. Zresztą kryzys panuje tu nie tylko w sferze uczuć. W Rosji nie żyje się dobrze, całkiem otwarcie króluje korupcja, szpitale są przepełnione, a ceny wysokie. Ludzie bywają zmęczeni obecną rzeczywistością.

„Śmierć i trochę miłości” to naprawdę niezła książka, nawet jeśli czytałem dużo lepsze tomy tego cyklu. Oceniłbym ją może nieco wyżej niż poprzednio, gdyby nie koszmarna brutalność jednego wątku (porwanie, tortury). Współgra z fabułą, tego Marininie odmówić nie można, ale… no właśnie, jego brutalność zostawiła duży niesmak. A szkoda.

[1] Aleksandra Marinina, „Śmierć i trochę miłości”, tłum. Elżbieta Rawska, Wydawnictwo WAB 2017, s. 42.
[2] Tamże, s. 17-18.

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 297
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: