Dodany: 2021-01-12 21:39|Autor: Margiela

Redakcja BiblioNETki poleca!

Książka: Wyspa klucz
Szejnert Małgorzata

2 osoby polecają ten tekst.

Strażnicy progu


Płyniesz samotnie łodzią, na pełnym morzu, i masz dwie skrzynie – w jednej pięćdziesiąt funtów chleba, w drugiej pięćdziesiąt funtów złota. Łódź zaczyna tonąć. Którą wyrzucisz?

To pytanie słyszy imigrantka, młoda dziewczyna (nie wiemy, z jakiego kraju), od urzędnika, lekarza na Ellis Island, małej, choć wskutek długich ludzkich wysiłków nie tak małej jak niegdyś, wyspie-wartowni, strzegącej wrót Ameryki. Krainy rajskiej. Ziemi pełnej obietnic. Jest początek wieku dwudziestego, a obietnice, jakie składa przybyszom nowa ojczyzna, mogą być proste, całkiem niewyszukane. Nie będziesz prześladowany. Nikt z twoich bliskich nie straci życia w pogromie. Nie będziesz głodny/głodna – no, może czasem, na początku, cóż robić. Będziesz za cały dzień pracy w fabryce pończoch (a nie jest to dzień pracy ośmiogodzinny) dostawać więcej niż czterdzieści kopiejek (dwadzieścia centów), które miałaś u siebie, w Twerze czy Tule, i kupisz za to coś więcej niż czarny chleb. Kto by się oparł? Kto by nie ruszył w drogę?

Stacja działa od roku 1892. Nie od razu stawiało się w niej pytania kontrolujące poziom inteligencji, takie, jak to o łodzi i o dwóch kufrach. Przed pytaniami była epoka układanek, a przed układankami – epoka testów. Ich rozwiązanie często okazywało się niemożliwe, głównie dlatego, że nie uwzględniały różnic doświadczeń, odmienności i wielości kultur. Ale poniekąd o to właśnie chodziło. Wszak „imbecyle”, „idioci” i w ogóle wszelcy „feeble-minded” mogą jedynie powiększyć kontyngens ludzi uzależnionych od opieki społecznej, tych zaś nie warto i nie wolno przyjmować, bo i rodzimy element tego rodzaju wystarczająco przygniata państwowe barki, i jeśli nawet deportuje się kogoś niesprawiedliwie, zysk w ogólnym rachunku przewyższy stratę. Jest początek wieku dwudziestego, a eugenika święci wielkie tryumfy, jeśli nie w sferze działań praktykowanych, to z pewnością w sferze postulatów.

Nim wprowadzono testy, nie było standardowych metod odsiewu „słabych na umyśle”. Ciężkie przypadki można było co prawda wyłowić z tłumu w czasie rutynowej kontroli zdrowia, nie należało to jednak do zadań łatwych. Ale czy nawet defekt czysto fizyczny łatwo wychwycić, jeśli wstępna ocena czyjegoś stanu musi zamknąć się cała w sześciu sekundach? Po ich upływie można postawić kredą znak na ubraniu podejrzanej osoby, odsyłając ją dalej, do staranniejszych badań w jakimś kierunku. Gdy niepokój lekarza wywoła głowa, a raczej jej pokryta strupami skóra, kreda kreśli spiesznie „Sc”, jak „scalp”. Każda część ciała i wiele najwytrwalej tropionych chorób mają na swój użytek takie symbole. Jest początek wieku dwudziestego i wielki strach, często pociągający za sobą dramat rozłączonej rodziny, budzi zwłaszcza jaglica.

Historia stacji trwa sześćdziesiąt dwa lata. Kiedy się kończy, druga połowa dwudziestego stulecia już się zaczęła. Trudno się jednak wstrzymać od podkreślenia właśnie jego początku, nie ukazać znaczenia pierwszej dekady. Bo to w roku 1907 najwyżej wzniósł się przypływ ludzkiego morza (wodne przenośnie tworzą kręgosłup książki). Morza, w którym – jak mogłoby się wydawać – różnice giną i zlewają się w jedno. A przecież są i tacy, jak Victor Safford (to również lekarz, od zdrowia i choroby nie ma ucieczki, może zwłaszcza na wyspie), a ponadto zwolennik cichej teorii o istnieniu mnóstwa rozlicznych ras, nieznanych zachowawczym antropologom. W rozumieniu Safforda naród i rasa na dobrą sprawę oznaczają to samo, każdy naród wytwarza odrębny typ, który Safford bez trudu rozpozna w tłumie. Masywny, opalony przybysz z Dalmacji nie pomyli mu się z równie smagłym, ale drobniejszym, mniejszym Włochem z Południa. Żaden z Polaków nie zostanie wzięty za Słowaka, chociaż i tych, i tamtych właściwie nie ma: ci są z Rosji, tamci z Górnych Węgier. Grek i Albańczyk także… Ludmiła Foxlee, pracownica socjalna, która na Ellis zjawi się za jakieś dwadzieścia lat, zapamięta na zawsze pewne życzenie, którego nie mogła spełnić: albański góral, zatrzymany na wyspie do wyjaśnienia, chciał mieć na niej osiołka.

„Wyspa klucz” nie jest książką o imigrantach. Dlaczego? Odpowiedzi mogą być różne, ale bodaj najprostszą otrzymujemy, choćby tylko zerkając na którąkolwiek z przypadkowo wybranych list pasażerskich umieszczonych na stronie muzeum wyspy. Olbrzymia liczba osób, które przybyły tutaj w czeluściach steerage, tylnych pokładów, gdzie mogło się ich zmieścić tysiąc i więcej, nie zostawiła po sobie żadnego tropu oprócz, na przykład, inicjału imienia, nazwiska (bardzo często zniekształconego) oraz daty przybycia na Ellis Island. Ma się rozumieć, nie dotyczy to wszystkich, lecz skąpe dane przeważają stanowczo. A urzędników znamy, nie tylko z nazwisk: często możemy wejrzeć w ich parantele, koleje losu, które poprzedziły ich związek z wyspą i dalsze dzieje, po rozstaniu z nabrzeżem. Wśród imigrantów przez całe dziesiątki lat większość była analfabetami (test na znajomość liter miał się pojawić dopiero w roku 1919). A urzędnicy? Nie wszyscy pisywali książki, notatki, nie po wszystkich ocalały listy, materiałów jednak nie brakuje.
I po te materiały, tak różnorodne, nierzadko lakoniczne, przeczące sobie, przetrzebione przez miniony czas, sięga właśnie Małgorzata Szejnert. Niewiarygodnie uważna opowiadaczka, nieomylnie snująca swe nici prządka. Nie wiem, gdzie się znajduje bezcenny narząd, w którym ma swą siedzibę zmysł opowieści. Ale jedno jest pewne: ten zmysł istnieje, a Małgorzata Szejnert istnieje po to, by pokazać go w akcji, chciałoby się powiedzieć – ostry jak skalpel. Tyle że skalpel nie ma w sobie tkliwości, a w „Wyspie kluczu” tkliwość obmywa wszystko, jak żywa woda.

Dziewczyna, której postawiono pytanie o łódź i skrzynie, w pierwszym odruchu podała odpowiedź błędną. Wówczas całe pytanie jej powtórzono, a ona odpowiedziała już prawidłowo, celnie wyjaśniając powód decyzji. Popełniła omyłkę, bo w pierwszej chwili nie przedstawiła sobie maleńkiej łódki. Pomyślała o statku, transatlantyku, jakim tu przypłynęła, a ze statku nie warto wyrzucać rzeczy. Przecież statek, wiadomo, udźwignie wszystko: te setki pasażerów, ich pudła, kosze, zawiniątka, walizy, ich choroby, obawy i tę garść marzeń, które z sobą przywieźli i które tutaj, daleko, na nowym lądzie, może wreszcie się spełnią.

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 454
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: