Dodany: 2021-01-08 17:39|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Czytatnik: Czytam, bo żyję

5 osób poleca ten tekst.

Anielska Amelia i diabelska Rebeka


Jednej z najsłynniejszych angielskich powieści nie przeczytałam do tej pory z absurdalnego, żeby nie powiedzieć: idiotycznego powodu; dawno, dawno temu bardzo mi się nie spodobał „Pierścień i róża” i od tej pory wszystko, co miało na okładce nazwisko autora, omijałam dużym łukiem. Aż do chwili, gdy parę dekad później natrafiłam w telewizji na najnowszą ekranizację (siedmioodcinkowy serial z prześliczną Olivią Cooke w roli Becky) i – ponieważ nie lubię oglądać sfilmowanych książek, zanim ich nie przeczytam – po pierwszym odcinku postanowiłam pozostałe nagrać, a Targowisko próżności (Thackeray William Makepeace) czym prędzej wypożyczyć.
Czytałam dwa tygodnie z hakiem, nawet nie tyle z powodu samej objętości (a ta jest pokaźna: prawie 600 stron drobniutką czcionką!), ile, że – inaczej, niż na przykład w przypadku powtarzanej niewiele wcześniej, a równie sążnistej sagi Galsworthy’ego – co jakiś czas czułam potrzebę wyrwania się z tego dusznego, nieprzyjemnego świata. Bo on jest okropnie nieprzyjemny i w jakiś taki dojmujący sposób uświadamia czytelnikowi, że jeśli nawet coś tu jest przerysowane, coś skomasowane w nadmiarze, coś przemieszczone w czasie i przestrzeni, to i tak prawda o ludzkiej naturze, jaka odsłoni się po zdjęciu tej zbywającej warstwy, będzie doprawdy paskudna.

A co się tam takiego dzieje? Rzecz rozpoczyna się w chwili, gdy na pensji niejakiej panny Pinkerton odbywa się pożegnanie tegorocznych absolwentek, a między nimi dwóch przyjaciółek, Amelii Sedley i Rebeki Sharp. Pierwsza z nich, dziewczę urocze i wielkiej poczciwości, pochodzące z zamożnego kupieckiego domu, nie marzy o niczym innym, jak tylko o powrocie pod rodzicielskie skrzydła, skąd niebawem ma nadzieję pofrunąć wprost w objęcia uwielbianego od dzieciństwa przystojnego oficera Jerzego Osborne’a, syna handlowego partnera ojca. Druga, sierota o rodowodzie, który dziś zapewne byłby dobrą odskocznią do świata celebrytów, ale w początkach XIX wieku stanowił poważną przeszkodę do wejścia między ludzi powszechnie szanowanych (ojcem Becky był malarz zarabiający na życie nauczaniem rysunku, matką zaś – francuska, o zgrozo, tancerka), otrzymała wprawdzie od przełożonej propozycję, by pozostać na pensji, nauczając dziewczęta francuskiego i muzyki w zamian za utrzymanie, lecz nią wzgardziła, zdając sobie sprawę, że jeśli się na to zgodzi, nigdy nie dojdzie do wymarzonej pozycji. Panna Pinkerton, mimo całej swej antypatii do tyleż zdolnej, co sprytnej i interesownej dziewczyny (swoją drogą, ciekawe, czy też by jej tak nie lubiła, gdyby panna, wykazując się tymi samymi cechami charakteru, była córką generała i jedynej dziedziczki dobrze prosperującego majątku ziemskiego?), załatwia jej posadę guwernantki córek pewnego baroneta, ale gdzie się biedna Becky ma podziać w międzyczasie? Wprasza się więc do Amelii, pewnej, że jej rodzina powita przyjaciółkę z otwartymi ramionami. Entuzjazm Sedleyów nie jest aż tak wielki, bo cóż to za honor gościć kogoś o tak uwłaczającym pochodzeniu. Za to przybyły właśnie z Indii ich starszy syn Józef, z zawodu urzędnik podatkowy, a z charakteru… no, cóż: dandys, próżniak, łakomczuch, egocentryk i pyszałek… zdaje się mocno zainteresowany Rebeką, czemu też ona wcale się nie opiera. Narzeczonemu Amelii nie pasuje, „żeby członek rodziny, do której on sam (…) miał wkrótce należeć, wchodził w związek małżeński z jakąś nieznanego pochodzenia dziewczyną, prawie awanturnicą”[54], obmyśla więc intrygę, na skutek której Józef czuje się totalnie skompromitowany przed obiektem swych uczuć i zamiast zjawić się z deklaracją, wycofuje się rakiem. Po jego rejteradzie Becky nie pozostaje nic innego, jak odjechać na prowincję, gdzie czekają na nią małe uczennice, Róża i Wioleta Crawley. Dziewczynki, podobnie jak ich matka, druga żona baroneta, cicha, bezbarwna i chorowita, pochodząca z rodziny niezamożnych kupców, pokażą się na scenie tylko na chwilę. Większe role przypadną za to Pittowi seniorowi, panu w słusznym wieku o nader krewkim temperamencie, dwóm jego dorosłym synom z pierwszego małżeństwa – Pittowi juniorowi, próbującemu sukcesów w dyplomacji i polityce, i Rawdonowi, oficerowi w tymże pułku, w którym służy Jerzy Osborne i jego przyjaciel William Dobbin – wreszcie jego bratowej Marcie, wścibskiej i kąśliwej żonie pastora noszącego niepospolite imię Bute, a przede wszystkim przyrodniej siostrze Matyldzie, znacznie od braci starszej i zamożniejszej, o której względy zabiega cała reszta w nadziei, że doczeka się po niej stosownego spadku. Becky szybko się orientuje, koło kogo się trzeba zakręcić, by mieć na ową fortunę najlepsze widoki… Uwaga: po kliknięciu pokażą się szczegóły fabuły lub zakończenia utworu

Mam z oceną problem, bo rzadko mi się zdarzają lektury, mające z jednej strony niemal wszystko, co w literaturze lubię i cenię, a z drugiej – tyle tego, czego nie znoszę.

Autor nakreślił kapitalną panoramę brytyjskiego społeczeństwa z początku XIX wieku; to prawda, niższe warstwy są w niej reprezentowane raczej powierzchownie i wycinkowo, ale też poniekąd odzwierciedla to stopień, w jakim zaangażowane są w tytułowe przedsięwzięcie: ludzi naprawdę ubogich nie stać wszak na stwarzanie pozorów, oni pracują, by móc żyć, a nie kombinują, co by tu wystawić na targowisku próżności, by móc żyć lepiej. Ukazał przy tym praktycznie wszystkie mechanizmy funkcjonowania owego targowiska, z których część powinna już być dla dzisiejszego czytelnika nie do przyjęcia – jak kupowanie stanowisk, tytułów, stopni wojskowych czy też dyskredytowanie ludzi ze względu na pochodzenie, zawód czy majątek rodziców – a część, przynajmniej w niektórych kręgach, działa nadal, choć może w nieco złagodzonej formie: życie na kredyt (w wersji polskiej od dawna znane jako „zastaw się, a postaw się”), mizdrzenie się do bogatych krewnych w nadziei na spadek, a do nielubianych znajomych, by daną osobę z kimś zapoznali lub gdzieś zaprotegowali; zawieranie związków małżeńskich dla pozycji lub pieniędzy.

I tu właśnie pojawia się pierwszy problem: gdybyż Thackeray zechciał posłużyć się przy naświetlaniu kolejnych nagannych zjawisk jedynie słowami i czynami swoich bohaterów, albo, jeśli już musi dorzucić własny, moralizatorsko-ironiczny komentarz, ograniczyć go do minimum, tak jak tu: „Jeżeli ten lub ów znika ze sfery towarzyskiej, w której żyjemy, to, zmuszeni zostać na swoim miejscu, nie możemy się zajmować jego losem i dochodzić, co się z nim stać mogło. Czyżby inaczej być powinno na targowisku próżności?”[528]!
Ale gdzie tam, od czasu do czasu musi palnąć kazanie na pół strony: „Gdyby kto chciał oczyścić świat z ludzi, którzy zaciągają długi albo ich nie płacą, gdyby się komu podobało przypatrzyć z bliska życiu każdego, przejrzeć rachunki sąsiada i odwrócić się od niego, jeżeli źle używa swych dochodów, wówczas targowisko próżności stałoby się straszną, bezludną pustynią! Wszyscy ludzie pozostawaliby ze sobą w wiecznej wojnie, a zdobycze cywilizacji przepadłyby na wieki!
Nie, nie w taki sposób należy pojmować życie. Więcej pobłażliwości, więcej miłości dla drugich mieć trzeba, bo w tych tylko warunkach życie wyda się znośne. Obmawiaj sąsiada, ile ci się podoba, nazywaj go łotrem i nikczemnikiem, to wszystko dobrze, ale nie skazuj go na szubienicę. Przeciwnie, podaj mu rękę, kiedy go spotkasz na ulicy. Ma przecież dobrego kucharza, a czy to nie dosyć, żeby mu darować wszystkie, jakie by na nim ciążyły, przewinienia? W takich tylko warunkach handel będzie się rozwijał, cywilizacja zakwitnie, pokój się ustabilizuje, krawcy będą wymyślać rozmaite nowe kroje i hafty, a właściciel winnicy Laffite będzie mógł coś zarobić na sprzedaży swoich win”[432].
Albo poględzić dla samego ględzenia, wygłaszając jakieś płaskie komunały w rodzaju: „Nic na świecie nie wzrasta tak prędko i nie przybiera tak wielkich rozmiarów, jak przywiązanie u kobiety. Nie można też potępiać kobiety za to, że ta potrzeba silnych uczuć zaczyna słabnąć”[34-35].

Galeria postaci jest imponująca i zapewne w dużym stopniu typowa dla opisywanego środowiska i okresu historycznego – podobne typy znajdujemy i u Fieldinga, i u Dickensa, i u Austen, Eliot czy sióstr Brontë. Są one jednak bardzo nierównomiernie przedstawione: jednym autor pozwala wypowiadać się do woli, innym prawie że nie daje się odezwać, za to sam obficie komentuje ich postępowanie. A przy tym jest w oczywisty sposób stronniczy: z dwóch głównych bohaterek Amelia jest po prostu aniołem wcielonym, niezdolnym do popełnienia najmniejszej nawet gafy czy błędu, nie mówiąc już o rozmyślnym wykorzystaniu kogoś, zrobieniu mu na złość czy rozpętaniu kłótni. Uwaga: po kliknięciu pokażą się szczegóły fabuły lub zakończenia utworu

Becky bez wątpienia aniołem nie jest. Jest egoistyczna i wyrachowana, kłamie i oszukuje. Ale popatrzmy na warunki, w jakich kształtował się jej charakter. Kilkanaście lat przeżytych w biedzie, z czego większość bez matki, u boku ojca alkoholika, którego nie szanowano nie dlatego, że pił, lecz dlatego, że wykonywał mało prestiżową i mało popłatną pracę; świadomość, że chwilowo ma dach nad głową i sposobność nauki jedynie z cudzej łaski; obcowanie na co dzień z dziewczętami, które z racji statusu materialnego rodziców nie muszą się o nic troszczyć. Być może, gdyby jakaś złośliwa siła wyższa zamieniła dziewczynki w kolebce, anielska Amelia, zamiast rozpływać się w sentymentach, nauczyłaby się podstępem wydzierać życiu smaczniejsze kąski, a szatańska Becky, nie musząc obmyślać sposobów zdobycia tego, co innym samo przychodzi i nie będąc pouczaną, że „nie powinna by wychodzić ze swojej sfery”[54], znalazłaby inne pole do popisu dla swej wybujałej inwencji? Ale takich supozycji autor nie stawia; nie omija za to sposobności, by zasugerować czytelnikowi, że Becky jest jeszcze gorsza, niżby to wynikało z jej czynów: „gdy Rawdon owinięty płaszczem biwakował wśród deszczu i wichru na wzgórzu St.Jean i z całej duszy myślał o kochanej swojej żoneczce, kto tam może zaręczyć, czy ta niewiasta nie marzyła jednocześnie, czyby w razie zgonu swego najukochańszego nie mogła zostać feldmarszałkową, a może i księżną?”[262]. Kiedy tenże Rawdon notorycznie przegrywa w karty i któryś już raz zostaje aresztowany za długi – cóż, to zwykła męska przywara; ale gdy Becky tym razem nie spieszy się z jego wykupieniem, choć ma kapitalik odłożony na czarną godzinę – o, to już rzecz karygodna, zwłaszcza, że małżonek wcześniej dla niej właśnie szastał pieniędzmi, na skutek czego „szalów, rękawiczek, pończoch jedwabnych, pachnideł, zegarków i złotych bransoletek była taka ilość, na jaką tylko mogą wystarczyć ślepa miłość i kredyt nieograniczony”[132].

Za to nie jest Thackeray tak surowy dla tych, którzy te czyny i samą Becky sądzą głównie przez pryzmat jej pochodzenia; czyż mniej obłudną od Becky jest ciotka Matylda, która, zachwyciwszy się przymilnością i dowcipem dziewczyny, wmawia jej: „gdyby każdy zajmował stanowisko odpowiednie osobistej wartości i zasłudze, byłabyś księżną (…). Chciałabym widzieć ciebie porwaną przez jakiego kochanka wysokiego rodu”[93-94], a gdy to ostatnie życzenie spełnia jej własny bratanek, nagle się okazuje, że obiekt jego uczuć, „ta ohydna guwernantka”[198], nie zasługuje na bycie członkinią jej rodziny? A jednak wokół Matyldy nie unosi się taka aura potępienia, jak wokół jej chwilowej podopiecznej…

Skutek tych autorskich zabiegów jest taki, że mnie jest Becky zwyczajnie żal. Bo mam wrażenie, że jest to niemal kliniczny przypadek człowieka, który postępuje źle głównie dlatego, że inni się spodziewają, iż będzie postępował źle. Gdyby się biedna dziewczyna była urodziła sto, sto pięćdziesiąt czy, jeszcze lepiej, dwieście lat później, jej ambicja bycia KIMŚ dałaby się znacznie łatwiej zrealizować – bez fałszywych kroków, bez obłudy, bez wykorzystywania innych. W dwudziestym wieku mogłaby spokojnie zostać aktorką lub śpiewaczką, a w dwudziestym pierwszym… dowolną celebrytką, zaspokajając zarówno potrzebę bycia docenianą, adorowaną i przyjmowaną na salonach, jak również drobne zachcianki materialne; nie musiałaby ani uskuteczniać polowania na męża, ani zmuszać się, mimo całkowitego braku instynktu macierzyńskiego, do rodzenia dziecka, którym nie chce i nie potrafi się zajmować. Też pewnie nie byłaby przez wszystkich aprobowana, zwłaszcza przez panie, które widziałyby w niej zagrożenie dla swoich stabilnych małżeństw, i przez panów, których awanse odrzuciła, ale miałaby pewnie jakąś swoją bezpieczną niszę, swoich fanów, i swoje pożądane wygody… A tak – nie dano jej nawet szansy, aby ją polubili czytelnicy, dla których została wymyślona. Prawdę powiedziawszy zresztą, kogo tam lubić? Jednego Dobbina, który, jak się zdaje, przyszedł na świat wyłącznie po to, by własnym kosztem torować drogę do szczęścia Amelii (która, gdyby nie wstawiennictwo tej szatańskiej Becky, i tak by jego poświęcenia nie doceniła)…

Następną rzeczą, która mi nieco psuła przyjemność z lektury, jest nie do końca udane tłumaczenie. Ponieważ jest ono dziełem człowieka niewiele młodszego od autora (Brunona Dobrowolskiego, urodzonego w roku 1832; w tym wydaniu – Hachette Livre Polska, 2006 - jak też podobno w innych powojennych, z niezupełnie wyjaśnionych przyczyn przechrzczono go na Bronisława), doskonale zachowuje klimat, styl i język dziewiętnastowiecznej powieści, z wszystkimi jednakowoż minusami, dość typowymi dla przekładów z tego okresu. Powszechna wówczas praktyka spolszczania imion obcych sprawiła, że Joseph stał się Józefem, George - Jerzym, dwaj Johnowie – Janami, Michael – Michałem (z pozostawieniem jednak zdrobnienia Mick), Rose – Różą, Violet – Wioletą, Martha – Martą, Glorvin - Glorwiną i tak dalej. Dalej, ale nie do końca, bo swoje imiona zachowali: William, Bute, dwóch Pittów, dwóch Rawdonów, a także dwie czy trzy panny/panie Jane (które akurat spokojnie mogły były stać się Jankami czy Janinami). Ten onomastyczny rozdźwięk trochę irytuje, ale można go znieść. Trudniej natomiast strawić, że tłumaczowi zechciało się także przetłumaczyć na polski jedno ze „znaczących” nazwisk (licytatora Hammerdowna, w przekładzie – Stukomłota); skoro zostawił w spokoju lorda Tapeworma (a szkoda, bo jak uroczo brzmiałby po polsku „lord Tasiemiec”!), doktora Swishtaila (swish – świsnąć, tail – ogon), pana Mossa (moss - mech), pana Pinchera (pinch – szczypać kogoś lub… coś zwędzić), to i tamtego nie musiał tykać! A najtrudniej, że zamiast nazywać poszczególnych bohaterów panem, panną czy panią X, konsekwentnie pozostawiał przed ich nazwiskami oryginalne Mr, Miss i Mrs/Mistress, zapominając przy tym, że odmężowskie personalia kobiety po polsku brzmią nieco inaczej, niż po angielsku (skoro żonę Henryka X nazwano by w tamtych czasach panią Henrykową X, to żony panów Crawleyów, Rawdona i Bute’a, winny być określone jako „pani Rawdonowa” i „pani Bute’owa”[Crawley], a nie, o zgrozo, „Mistress Rawdon Crawley”[373] czy „Mistress Bute”[155].

Nie zanosi się na to, by „Targowisko próżności” dołączyło do moich ulubionych powieści, niemniej jednak przeczytania nie żałuję, bo mimo wszystkich wyżej wspomnianych minusów nadal jest to literatura dobra (jak na swoje czasy przynajmniej), a na pewno skłaniająca do myślenia – choćby o przemianach obyczajowych, dzięki którym losy kobiet takich, jak anielska Amelia i diabelska Rebeka, mogłyby się potoczyć całkiem inaczej.

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 80
Dodaj komentarz
Legenda
  • - książka oceniona przez Ciebie - najedź na ikonę przy książce aby zobaczyć ocenę
  • - do książki dodano opisy lub recenzje
  • - książka dostępna w naszej księgarni
  • - książka dostępna u innych użytkowników (wymiana, kupno)
  • - książka znajduje się w Twoim schowku
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: