Dodany: 2021-01-04 18:45|Autor: sapere

Redakcja BiblioNETki poleca!

Książka: Łuny w Bieszczadach
Gerhard Jan

Zdarzyło się w Bieszczadach


Druga wojna światowa skończyła się 8 (9) maja 1945 roku. Jak wiadomo – nie dla wszystkich. Na wschodnich terenach Polski: na Białostocczyźnie, Lubelszczyźnie i wreszcie w (szeroko pojętych) Bieszczadach do lasu odeszły oddziały, które nie złożyły broni lub na nowo za broń chwyciły w obliczu nadciągającej komunistycznej, sowieckiej nawały. Oficjalnie nazywano je bandami, prywatnie – w zależności od osobistych strat*. Ponadto we wsiach południowo-wschodniej Polski grasowały sotnie UPA. Do walki z jednymi i drugimi skierowano duże oddziały wojska, niektóre przywieziono prosto z frontu.

Wszystkie te informacje, podane tutaj w telegraficznym skrócie, służą za tło rozważań o książce Jana Gerharda „Łuny w Bieszczadach”, powieści opartej na wspomnieniach autora z czasów, gdy służył w jednostce wyznaczonej do walki z żubrydowcami i UPA. Jan Gerhard – jako oficer – mógł wiele powiedzieć o tamtym krwawym i bratobójczym okresie w historii Polski. I powiedział dużo, tyle że językiem ówczesnej propagandy. Jego alter ego jest w powieści kapitan Jerzy Ciszewski, element w polskim wojsku niepewny, bo wichrami historii przywiany z Zachodu, na dodatek malarz, związany z kobietą, z którą kiedyś przeżył romans w Paryżu, a potem przez kilka lat jej nie widział. Teraz zresztą też stoi w rozkroku, przeżywa rozterki nie przystające do munduru wyobrażonego jako przyobleczenie betonu, surowości i stanowczości. Bo choć Ciszewskiego drażnią zewnętrzne oznaki rozprzężenia w garnizonie, niechlujstwo ubraniowe czy meldunkowe, to betonowe, nie dopuszczające wątpliwości myślenie dowódców wyjątkowo go mierzi. Ciszewski jawi się trochę jako autsajder, którego raczej nie interesują pułkowe plotki, zabawy, obyczaje. Jego duchowe, bo jednak nie służbowe, odizolowanie ułatwia mu pobyt na kwaterze u baligrodzkiej inteligencji – sędziny i jej kalekiego syna - oraz szorstka przyjaźń z miejscową nauczycielką. Wśród nich i z nimi może zachować chociaż pozory normalności: normalnego bywania, normalnej dyskusji, normalnych dywagacji. Dla Ciszewskiego świat nie jest czarno-biały, ale wojskowe cele są jasne i uzasadnione. Jest przeciwny poświęcaniu wszystkiego w imię strategii bojowej, lecz rozumie konieczność choćby krwawego rozprawienia się z przeciwnikiem. Wie, że wszyscy są już zmęczeni wojną, chcą wracać do domów.

Żołnierze jednak są w większości prawi, odważni, dzielnie znoszą wszelkie trudy. Na ich tle wyróżnia się ogniomistrz Kaleń (którego później uczyniono tytułowym bohaterem filmu opartego na motywach powieści), człowiek z dużym poczuciem humoru, waleczny, a przy tym kobieciarz rywalizujący na tym polu z kapitanem Matulą. Znamienna scena z jego udziałem, w restauracji z dansingiem, udowadnia, że podziały w społeczeństwie także wtedy nie przebiegały książkowo. Frontowi żołnierze chcą się bawić, tańczyć, by choć na chwilę zapomnieć o codzienności; inni – cywile, przedstawieni na pewno zbyt karykaturalnie – przy świeczce wspominają tych, co pod ziemią, pragną ciszy i zadumy. Trudno znaleźć między nimi choćby ślad porozumienia, zresztą szybko dochodzi do kłótni i potężnej awantury.

W tej wielkomiejskiej restauracji negatywnie sportretowano oderwanych trochę od rzeczywistości cywilów. Żołnierze są może gwałtowni i nieco nieokrzesani, ale walczą o słuszną sprawę, więc trzeba im wybaczyć, i w gruncie rzeczy im się wybacza.
Czarno-biały podział postaci jest charakterystyczny dla powieści tendencyjnych. My jesteśmy dobrzy, prawi, nienaganni moralnie, a „oni” to banda ciemnych, okrutnych i brudnych – w każdym sensie – pół ludzi, pół zwierząt. Tacy są żubrydowcy. Służą pod obwiesiem, typem spod ciemnej gwiazdy, nieszanującym ludzkiego życia marnym strategiem. Antoni Żubryd przede wszystkim pije i dzieli strefy wpływów z sotniami Hrynia i innych dowódców. Jako zdrajca nie może liczyć na zrozumienie, więc mir zdobywa szerząc terror w odwiedzanych wsiach. Początkowo jego akcje odbywają się z pełnym błogosławieństwem Kościoła, jednak szybko ksiądz opiekujący się domem zakonnym w R. postanawia odciąć się od działań leśnych. Oczywiście w powieści nie przedstawiono tej decyzji tak po prostu. Jest ona koniunkturalna, pachnie po trosze zdradą, a ludzie zgromadzeni wokół, darowujący wpierw żubrydowcom sztandar z sercem Chrystusa, poniewczasie okazują się donosicielami wysługującymi się hitlerowcom.

Powieść Jana Gerharda urąga prawdzie. Dzisiaj wszystkie przedstawione w niej fakty ocenia się inaczej. Ktoś obeznany z powojenną historią Bieszczadów pewnie wciąż będzie zirytowany lekturą. Na pewno nie powinno się do niej podchodzić bez przygotowania. W książce znać jednak pióro sprawnego literata, kogoś, kto na pisarstwie się zna, kto wie, jak tworzyć barwne życiorysy, pokazać moralne dylematy. Tę powieść po prostu dobrze się czyta.

* Por. np. kontrowersyjną sprawę żołnierza wyklętego Romualda Rajsa ps. „Bury” i toczące się wokół tej postaci dyskusje, a także niejasności dotyczące Antoniego Żubryda, sportretowanego w książce Jana Gerharda.

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 286
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: