Dodany: 2020-12-06 22:02|Autor: Asienkas

Zosia bohaterka


Typ recenzji: oficjalna PWN
Recenzent: Asia Czytasia

Pisarze, dziennikarze poszukują ciekawych historii. Niektórzy mają to szczęście, że dobry temat sam wskakuje im w ręce. Na Mateusza Madejskiego czekał on w domu. Życiorys jego babci mógłby posłużyć na kilka filmów. Urodzona i wychowana na Wołyniu, musiała uciekać przed wymierzoną w stronę Polaków agresją ukraińskich nacjonalistów. W nowym mieszkaniu odnalazła ukrytą dwuletnią Żydówkę i przyczyniła się do uratowania dziecka. Schwytana w łapance i wysłana do Auschwitz, cudem uniknęła obozu. Swoje życie związała z żołnierzem wyklętym.

Mając w rodzinie taką skarbnicę faktów z historii Polski, Mateusz Madejski - jako dziennikarz - musiał opisać życie swojej babci. Zrobił to w formie wywiadu, a wzbogacił go rozmowami z żyjącymi uczestnikami tamtych wydarzeń (Sabiną Heller – uratowaną dziewczynką i Stanisławą Roztopowicz – przyjaciółką babci) oraz fragmentami książek („Locked in the darkness”, Nowy Jork/ Jerozolima 2012 - wspomnienia Sabiny Heller; „Wśród bagien, trzęsawisk i mgły” - wspomnienia Czesława Hołuba, dziadka autora).

Takie bezpośrednie relacje tzw. „zwykłych ludzi” są bezcenne. Suche fakty znajdziemy w podręcznikach i naukowych opracowaniach. Napisane są często w sposób nużący czytelnika. Książka „Zosia z Wołynia” to rozmowa wnuka z babcią i to chyba jest w niej wyjątkowe. Zofia Hołub opowiada o trudnych przeżyciach, ale czujemy, że ufa swojemu rozmówcy. Zaszczepiona w czasie wojny zasada „gdy jest naprawdę niebezpiecznie, lepiej przecież nie zwracać na siebie uwagi”[1] ustępuje poczuciu bezpieczeństwa. Przekłada się to na nasze zaangażowanie w tę opowieść.

Druga kwestia, to to, że dostajemy subiektywny wycinek historii. Coś nieskażonego interpretacją badaczy. Zofia Hołub mówi o tym, jak obywatele, a nie decydenci patrzyli na wydarzenia, w których uczestniczą. Jak sobie radzili, co ich dziwiło i szokowało, ile wiedzieli itp.
Dla mnie najciekawszy był kontekst wołyński. Jest to region, który wywołuje jednoznaczne skojarzenia. Można powiedzieć, że przylgnęła do niego, a po części do Ukraińców, „łatka” wrogości wobec Polaków. „O województwie wołyńskim rzadko się dziś mówi w innym od rzezi kontekście”[2]. Niesamowitym przeżyciem było przeczytać o czasach, w których różne narodowości potrafiły żyć obok siebie. O dzieciach wędrujących ramię w ramię do szkoły. O wspólnych wyprawach do kościoła lub cerkwi. Na usta ciśnie się pytanie: „Jak doszło do tego, że sąsiedzi zaczęli masowo zabijać sąsiadów, z którymi jeszcze do niedawna żyli, może nie w przyjaźni, ale we względnej zgodzie?”[3].

Podsumowanie
Bardzo się cieszę, że Mateusz Madejski zdecydował się opublikować dzieje swojej babci, a ona wyraziła na to zgodę. Czytanie „Zosi z Wołynia” było fantastycznym przeżyciem. Pani Zofii mogłabym „słuchać i słuchać”. Skromna kobieta, która w okrutnych czasach wojny postąpiła tak, jak serce i sumienie jej podpowiadały. O takich osobach warto opowiadać.

[1]Mateusz Madejski, „Zosia z Wołynia”, wyd. Znak Horyzont, Kraków 2020, s. 9.
[2]Tamże, s. 15.
[3]Tamże, s. 75.

Ocena recenzenta: 5/6

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 276
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: