Dodany: 2020-09-14 20:37|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Czytatnik: Czytam, bo żyję

Nie szata zdobi literaturę


Trafiły mi się w krótkim czasie po sobie dwie podobne lektury: kieszonkowej wielkości zbiorki miniatur prozatorskich, oba polskich autorek – jednej piszącej zawodowo, drugiej debiutantki, mającej na koncie ledwie kilka opowiadań publikowanych w czasopismach kulturalnych.

Teoretycznie prawdopodobieństwo, że te pierwsze (Niewyśnione historie (Isakiewicz Elżbieta) ) spodobają mi się bardziej, powinno być znacznie większe, gdzieś w granicach siedemdziesięciu procent. I faktycznie, zapowiadały się bardzo obiecująco, jeśli sądzić po klimatycznej, niemal baśniowej okładkowej grafice i tytułach wymienionych w spisie treści: „Opowieść jak z dreszczowca, rzucająca światło na strefę mroku w dziejach”, (…) „Opowieść z rodzinnego zanadrza, o braku dziadka”, (…) „Opowieść ujrzana przez okno, o nostalgii za zmarłymi słońcami”, (…) „Opowieść mikrobiologa, o bezkorzennych”[159-162]. Pomysł był świetny: włożenie w usta przypadkowych ludzi rozmaitych historii – takich, jak czasem się słyszy od sąsiadki spotkanej na schodach, od współtowarzysza przydługiej podróży, od fryzjerki czy sprzedawcy z warzywniaka – które utworzą barwną mozaikę emocji i obrazów, składających się na panoramę… najprościej będzie powiedzieć: życia, po prostu. I rzeczywiście część z nich to zadanie spełnia. Ale tylko część. Bo autorka albo celowo zignorowała pewną ważną rzecz, albo o niej zapomniała: jeśli mamy wierzyć, że opowieść wychodzi z ust konkretnej osoby, powinna być ona wiarygodnie wystylizowana. Czy właścicielka sklepu z używaną odzieżą posłużyłaby się zwrotem „obejmowała czyjeś czoło nad hipokampem”[60], handlarka palm wielkanocnych mówiłaby o „odwiecznej celebrze zaprzaństwa”[71], a kobieta, która dorastała w ubogiej chałupinie, przypominałaby sobie z dzieciństwa „odjęte od duszy, naciągnięte gwoździami na matryce z listew białe futra, suszące się długo w wyjedzonej przez życie ciszy”[25]? Manicurzystka opowiadałaby o wizycie w szpitalu słowami „ożyłkowana magistralami kroplówek, błądząca wzrokiem po suficznych chropowatościach”[11] [przypuszczam, że autorka, o której skłonności do tworzenia neologizmów wspomnę za chwilę, użyła raczej słowa „sufitnych”, które nadgorliwy „Zespół”[4], odpowiedzialny za redakcję i korektę, zmienił, bo takowe nie istnieje, a to, które z niego powstało, owszem, choć do miejsc, po których w szpitalu można błądzić wzrokiem, ma się mniej niż nijak… Ta sama anonimowa ekipa zaakceptowała natomiast bez zastrzeżeń „opowieść bywalcy”[35], istnienie „wilii z międzywojnia”[102] (mowa o budynku, nie o wieczerzy wigilijnej) i fakt, że ktoś „zaadoptował strych na mieszkanie”[147]!], zaś niezamożna staruszka opisywałaby ludzi w poczekalni pogotowia jako zbiór „płonących głów, kończyn w rozsypce, wezwań do żywych i zmarłych matek, cichych, piskliwych pojęknięć”, a samą tę placówkę jako „zonę podstępnej, w czysty kitel ustrojonej bezpomocy”[19]? Jeszcze trudniej mi sobie wyobrazić, że ktokolwiek, niezależnie od pochodzenia, wieku i wykształcenia, w rozmowie z inną osobą użyłby słowa/zwrotu „w kieracim mozole”[9], „czerwonolakiernych” [12], „wypukłowielkie”[16], „kokonim”[17], „szerokowstęgą”[43], „miodorude”[43], „chochliwym”[65], „brzytewną”[79], „odpokrzywich”[121], „chutliwie pulchnią się usta (…), konszachtują echa wojny”[137], „las się szyszczył”[157]; tego rodzaju wytwory słowne mogą być na miejscu w poezji, choć w większej dawce i ją mogą uczynić ciężkostrawną, natomiast wsadzone w prozę, mającą odtwarzać język mówiony, są wręcz nie do zniesienia. Wśród tych kilkudziesięciu opowieści znajdzie się może z tuzin pozbawionych tych sztucznych, pretensjonalnych wtrętów – i te rzeczywiście są dobre, zwięzłe, esencjonalne i wyraziste. Ale, niestety, nie potrafią zatrzeć wrażenia pozostałego po tych przegadanych i przestylizowanych.

Druga autorka, początkująca, okazała się kimś, kto ma nie tylko pomysł i wizję jego zrealizowania bez cienia wtórności (co było o tyle trudne, że motyw przewodni już wielokrotnie wykorzystywano na różne sposoby), ale i ogromną intuicję językową. W jej tekstach nie ma słów niepotrzebnych, niedopasowanych, nie ma zbędnych udziwnień i przeszarżowanych metafor. Co to za proza i jakie na mnie zrobiła wrażenie – o tym więcej w recenzji Życie i nie-życie jak żywe . Jedyną rzeczą, która mi się w tej książce nie spodobała, jest okładka, ozdobiona eksperymentalną abstrakcyjną grafiką, nijak nie kojarzącą się z treścią, na której tło w dość przypadkowy sposób rzucono nazwisko autorki i tytuł.

A wnioski? Nie szata zdobi literaturę, nie liczba napisanych przez autora książek gwarantuje jej jakość…

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 83
Dodaj komentarz
Legenda
  • - książka oceniona przez Ciebie - najedź na ikonę przy książce aby zobaczyć ocenę
  • - do książki dodano opisy lub recenzje
  • - książka dostępna w naszej księgarni
  • - książka dostępna u innych użytkowników (wymiana, kupno)
  • - książka znajduje się w Twoim schowku
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: