Dodany: 2020-08-25 00:08|Autor: jolietjakeblues

Historie rodzinne


W pięciu opowiadaniach, z których dwa nazywane zostały w tytułach opowieściami („Opowieść starej piastunki” i „Opowieść dziedzica”), Elizabeth Gaskell oddaje głos narratorowi albo uczestniczącemu w opisywanych wydarzeniach, albo znającemu historię z relacji bliskich osób, bądź w końcu komuś, kto wspomina dawne dzieje, już obrosłe tajemnicą, prawie równe legendzie, osnute mrokiem upływających lat, rodzinnych niedopowiedzeń.

Stara niania zaczęła służbę jeszcze „u ładnej młodej damy, która rumieni się tak mocno jak ja” [1], będącej babcią małych słuchaczy. Piastunka widzi, że historia wnuczki lorda nie budzi zainteresowania, przechodzi więc do opowieści o ich matce, wówczas ledwie kilkuletniej Rosamond, oczku w głowie opiekunki. Opowiadanie po króciutkim, raczej zdawkowym wstępie zaczyna się od osierocenia bohaterki i wyjazdu na północny wschód Anglii, gdzieś blisko brzegów Morza Północnego i granicy ze Szkocją. Zapewne w dziewiętnastym wieku, gdy było pisane i opublikowane, owe krajobrazy i bliskość niepogodzonych z dominacją Anglików kalwinów wzbudzały dreszcz emocji, niepokoju, powodowały nastrój zagrożenia. Czy tak czuje się dzisiejszy czytelnik? Czy po prostu przechodzi nad tym do porządku akcji i rysu bohaterów? W zasadzie Gaskell tego napięcia wynikającego ze scenerii nie podsyca. Zamyka obie bohaterki, piastunkę i Rosamond w murach dworu Furnivallów, w otoczeniu milczącej służby i zastygłych w latach przeszłości dalekich krewnych. Mieszkańcy wydają się woskowymi figurami. Aż strach spowodować, żeby się odezwali, poruszyli. Każdy ich ruch wzbić może tumany kurzu z warstw nałożonych na nich tkanin. Każda kryje w sobie dziesiątki przeżytych lat, ukrytych tragedii, zasklepionych w wypłowiałych ubraniach tajemnic rodzinnych.

Jak to zwykle bywa, najsroższe reguły łamane są przez nieodpowiedzialność i ciekawość nowo przybyłych mieszkańców, zwłaszcza, gdy atrybutem swoistego rokoszu w zimnym i ponurym gmaszysku jest młodość. Działa jak kula śnieżna porywająca wszystko, co do tej pory wydawało się nieporuszone. Postacie wydające się dotychczas przedmiotami nagle zaczynają się poruszać. Niepokojące szelesty stają się coraz częstsze. Ruch cząsteczek kurzu wyzwala emocje, budzi pamięć. Do głosu zaczynają dochodzić sfery dotychczas ukryte, pomijane. Te, których nie dotykały słowa, myśli i sny. Rozgardiasz i wścibstwo budzi duchy i demony uczynków z przeszłości, które miały zostać zapomniane na wieki spoczywając w rodowych grobowcach. Elizabeth Gaskell wyzwala, orzeźwia, przebacza, oddając hołd młodości.

W „Opowieści dziedzica” i „Szarej damie” spotykamy bardzo podobny schemat, zapewne zbudowany na strachu przed niefortunnym wydaniem młodych panien za mąż, niepokojach przed opuszczeniem bezpiecznego rodzinnego domu, a być może i przestrodze przed zbytnim poddaniu się głosowi gorącego serca. Fascynujący może się w nich wydawać aspekt kryminalno-przygodowy obu opowiadań. Pierwsze jest krótsze i dzieje się w dość zamkniętej przestrzeni. „Szara dama” zaś to epicka opowieść, której bohaterowie przemierzają Francję i Niemcy. „Opowieść dziedzica” jest przede wszystkim doskonałym odwzorowaniem obaw wiejskiej społeczności przed obcymi, którzy próbują zaskarbić sobie przychylność dotychczasowych mieszkańców, zasiedziałych od pokoleń w jednym miejscu. Ktoś nieznany, przez nikogo nie anonsowany, bez referencji towarzyskich z pewnością stanowi zagrożenie: „Niech licho porwie sir Harry’ego! Dla niego ważne jest tylko to, czy mężczyzna dobrze się prezentuje w siodle. Kim właściwie jest ten… człowiek? Skąd pochodzi? Czy ma jakiś majątek? Kim są jego krewni?” [2]. Ufanie mu jest błędem, spowoduje z pewnością kłopoty. Dopuszczenie bogatego dżentelmena do towarzystwa, oddanie mu w krótkim czasie dość ważnej roli w społeczności to według Gaskell zapowiedź nieszczęścia. Niestety nie da się go uniknąć, bo mieszkańcy zostali uwiedzeni przez przybysza: „Stary ojciec chodził z nią wszędzie, z wyjątkiem celi jej męża i nieustannie rozdzierał jej serce, obwiniając siebie za nakłanianie jej do małżeństwa z mężczyzną, o którym wiedział tak niewiele”[3]. Jednak przypadek bądź słabość rzucają cień nieufności i wzbudzają potrzebę społecznego śledztwa.

Zanim o bohaterce „Szarej damy” będziemy mogli powiedzieć to, co o Kate Hearn z „Opowieści dziedzica”, będziemy musieli przejść wiele momentów wzbudzających trwogę, odmłyna pod Heidelbergiem przez okolice Lyonu, by wrócić niedaleko początku opowieści, czyli do Frankfurtu. Oczywiście, gdybyśmy byli łagodnymi, ciekawymi pensjonarkami. Ale nawet czytelnik z dwudziestego pierwszego wieku uroni choć jedną łezkę, poczuje ból z lewej strony, gdzieś w okolicach serca, jakiś smutek rozlewający się po myślach. Autorka ma tendencję do czynienia wstępów. W „Szarej damie” jest on na tyle długi, że sugeruje wręcz powieść szkatułkową. Niestety brak jest opowieści ramowej, więc wrażenia dwóch młodych dam z odkrytej historii pozostają dla czytelnika nieznane. Przyjaciółki są tak bardzo zafascynowane pewnym portretem, że zdobywają rodzinny manuskrypt. Czytają go, tłumaczą na francuski. Odkrywają przed nami list matki do córki. Cóż, ostrzegający przed małżeństwem. Historia jest straszliwa. Dominacja męża. Zamknięcie w wyznaczonych pokojach zamczyska. Okrutna noc. Ucieczka. Zagrożenie. Tułaczka przez Francję i Niemcy. Życie w ciągłym strachu. Ukrywanie. Zniszczona młodość. Dziewiętnastowieczna powieść ma na szczęście tę piękną cechę, że nieszczęśliwy bohater znajduje, po ogromie okropnych doświadczeń, ukojenie przy kimś, kto z mniej lub bardziej osobistych pobudek zaopiekuje się pokrzywdzonym.

Bohaterka „Ubogiej klaryski” nie miała tyle szczęście, choć ukojenie znalazła… Wydaje mi się, że w pewnym sensie bardzo uduchowione, religijne dziewiętnastowieczne czytelniczki mogły się czuć usatysfakcjonowane zakończeniem długiego opowiadania, którego akcja dzieje się i w Anglii, i na kontynencie. Rzecz opowiedziana jest przez starszego już prawnika, który tak wspomina: „Przypuszczam, że większość starszych ludzi, takich jak ja, spogląda wstecz na swoją życiową drogę raczej z pewnym sentymentem powiązanym z miłym wspomnieniem niż dla prześledzenia wydarzeń – choć mogą one okazać się znacznie ciekawsze dla większości – pojawiających się raptownie przed ich oczami” [4]. Otóż właśnie! Nie wszyscy z nas są starszymi ludźmi, lecz na opowieści sprzed około dwustu lat patrzymy przecież z osobliwym rozrzewnieniem. Wyzierająca z nich pewna naiwność fabuły, przedstawienia postaci, inaczej rządzi naszymi sercami, duszami, umysłami niż powieści współczesne. „Uboga klaryska” jest dość rozbudowana i oczywiście - mimo tego, że daleko jej do wielkich duchem, artyzmem i objętością powieści o Nicklebym, Copperfieldzie, maleńkiej Dorrit, Oliwierze Twiście, straszliwie smutnej historii rodzinnej Apanaczki i Old Surehanda, czy w końcu monumentalnego „Spadkobiercy z Kalkuty” - wciąga nas nieprzytomnie. Wiele ta opowieść ma zalet. Jedną z nich jest prowadzenie narratora. We wstępie jest oddającym się wspomnieniom starszym panem, potem wszystkowiedzącym opowiadaczem historii bohaterów, następnie powiada: „Przechodzę teraz do czasu, w którym sam zetknąłem się z osobami, które opisuję. Abyście zrozumieli, w jaki sposób zaznajomiłem się z nimi, muszę napisać co nieco o sobie” [5]. Owo pisanie o sobie kończy się tym, że narrator staje się jednym z bohaterów, odgrywającym bardzo niepoślednią rolę, bo dla własnego (ale rzecz jasna nie tylko) dobra musi stawić czoła klątwie rzuconej przez oszalałą z tęsknoty i miłości kobietę. Urok niszczy nadzieję, zapowiada do śmierci życie przeklęte. Walka przeciwko niemu przenosi się z siedemnastowiecznej rewolucyjnej Anglii do ogarniętej wojną Antwerpii…

Ród Griffithsów to walijska rodzina, w której w dziewiątym pokoleniu ma spełnić się klątwa o jej wygaśnięciu. Rodzą się synowie. Gaskell powoli i spokojnie opowiada o narodzinach dziadka i jego brata. Potem następuje długa historia ojca i syna, ich relacji. Zapewne chodzi o wskazanie przyczyn późniejszych zachowań syna, rozdarcia duchowego, samotności, niepewności i w końcu szukania czegoś w rodzaju spełnienia emocjonalnego. Gdy rodzi mu się męski potomek, autorka przypomina, że „klątwa działała. Spełnienie przepowiedni było już bliskie!” [6]. Oczywiście wiemy, że w opowieści nastąpi tragedia. Przypuszczamy także, który z ojców stanie się ofiarą. Jednak nie może być ukarany ktoś, kto staje bezradny, bezwolny, samotny w obliczu piętna sprzed kilkuset lat. Ta świadomość wynikająca z doskonale poprowadzonej fabuły zmusza czytelnika do szeregu rozważań iście mitologicznych i tragicznych. Gaskell każe nam przypomnieć sobie Sofoklesa, Szekspira, Dostojewskiego…. Ale nie daje złudzeń, że nastąpi boska interwencja, bo tej w „Niesamowitych historiach” szukać próżno. Bohater-ojcobójca jest opuszczony przez świat bogów i ludzi, tracąc prawie w jednej chwili więcej niż zapowiadała klątwa. Cóż mu pozostaje? Kto jest na tyle silny, żeby młodemu człowiekowi podarować świat gdzieś poza przeklętą siedzibą Griffithsów – już opuszczonym domem w Bowden?

Elizabeth Gaskell opowiada historie, w których duchy zastępowane są przez widziadła naszych nieszczęść, emocji, złych przeczuć. Dużo znajdziemy tu odniesień do czasów o sto i więcej lat poprzedzających życie autorki. Być może jest to związane z dziewiętnastowiecznymi oczekiwaniami i potrzebami wynikającymi z politycznych, społecznych, tudzież duchowych i umysłowych trendów epoki.

[1] Elizabeth Gaskell, „Opowieść starej piastunki” w: „Niesamowite historie”, przeł. Ewa Horodyska, C&T, 2014, s. 5.
[2] Elizabeth Gaskell, „Opowieść dziedzica”, op,cit., s. 35.
[3] Tamże, s. 46.
[4] Elizabeth Gaskell, „Uboga klaryska”, op.cit., s. 47.
[5] Tamże, s. 60.
[6] Elizabeth Gaskell, „Klątwa rodu Griffithsów”, op. cit., s. 126.


(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 704
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: