Dodany: 2020-08-24 22:45|Autor: Marioosh

Redakcja BiblioNETki poleca!

Książka: Walentynowicz: Anna szuka raju
Karaś Dorota, Sterlingow Marek

Nielukrowana biografia pomnikowej bohaterki


Kiedy w 2018 roku autorzy tej książki odwiedzili Hannę Krall i podzielili się z nią zdobytymi o Annie Walentynowicz informacjami, usłyszeli od niej radę: „Ani jej nie oskarżajcie, ani nie brońcie. Spróbujcie ją zrozumieć. Kim chciała być, a kim nie”[1]. I taka właśnie jest ta biografia – obawiałem się, że autorzy, dziennikarze „Gazety Wyborczej”, z którą bohaterce zdecydowanie nie było po drodze, napisali książkę będącą udowodnieniem założonej przez siebie tezy; tymczasem jest to książka wyważona, obiektywna, nie czyni z Walentynowicz postaci pomnikowej ani też nie poddaje totalnej krytyce, choć momentami obala niektóre mity.

Pierwszym i najważniejszym obalonym mitem jest pochodzenie bohaterki; w oficjalnych wersjach już w 1950 roku, w życiorysie napisanym przed przyjęciem do Stoczni Gdańskiej, stwierdziła, że urodziła się w Równem na Ukrainie w polskiej, katolickiej rodzinie, jej ojciec Jan zginął w 1939 roku, matka umarła niewiele później, a brat Andrzej został zesłany na Syberię. W rzeczywistości Anna Walentynowicz urodziła się we wsi Sienne (dziś Sadowe), jej rodzice, Nazar i Pryśka Lubczykowie byli ukraińskimi protestantami; Anna miała przyrodniego brata Iwana, syna Pryśki z pierwszego małżeństwa, siostry Olhę, Katerynę i Nadię oraz braci Petra i Wasyla. Po śmierci Pryśki Nazar ożenił się po raz drugi i nasza bohaterka ma przyrodnią siostrę, ku jej czci nazwaną Anną; to właśnie ona w 1996 roku nawiąże kontakt ze swoją imienniczką, rzekomo zaginioną w 1943 roku. Od tego roku Anna Walentynowicz będzie co roku odwiedzać rodzinę na Ukrainie i któregoś dnia dowie się, że jej przyrodni brat Iwan szkolił młodych żołnierzy Ukraińskiej Powstańczej Armii i został skazany na piętnaście lat łagru; nie dowie się o tym od niej ani jej syn, ani żaden historyk, tylko Henryka Krzywonos.

W 1941 roku trudna sytuacja finansowa rodziny Lubczyków zmusiła dwunastoletnią Annę do pracy u rodziny Edmunda Teleśnickiego, wykształconego polskiego agronoma z okolicznej cukrowni. Teleśniccy w 1943 roku wyjechali do Polski i kto wie, czy nie dzięki temu Anna uniknęła masakry dokonanej przez banderowców na Wołyniu. Tułaczka zakończyła się w 1945 roku w Gdańsku, gdzie najpierw była służącą u Teleśnickich, po ucieczce od nich pracowała w piekarni i w fabryce margaryny, a nawet była bliska zostania sprzątaczką w Urzędzie Bezpieczeństwa; jednak zafascynowana stocznią zatrudniła się tam jako spawaczka. I od tego momentu przedstawiane przez nią życie pokrywa się z rzeczywistym – nie było ono jednak usłane różami: mordercza praca w stoczni, wykryty rak, zawód miłosny, trudne macierzyństwo, konflikty w pracy czy podsłuch w mieszkaniu. Ale trzeba też przyznać, że wiernie budowała Polskę Ludową: była przodownicą pracy wyrabiająca 270% normy i namawiała do takiej rywalizacji, dostała Brązowy, Srebrny i Złoty Krzyż Zasługi, była działaczką Związku Młodzieży Polskiej oraz Ligi Kobiet i pisała o niej prasa; w książce zaś znajduje się kilka zdjęć Anny Lubczyk przy pracy, które śmiało można ocenić jako propagandowe. Nie jest jednak pozbawiona krytycyzmu: po donosie o słuchaniu przez nią Radia Wolna Europa i dyskusji na ten temat zrozumiała, „że ta partia to jest jeden wielki pic, tak jak ZMP”[2]. Z czasem jednak staje się coraz bardziej konfliktowa czy, tak jak stwierdził przewodniczący rady oddziałowej, „przewrażliwiona i podejrzliwa. Lubi z każdej, nawet małej sprawy robić problem. To powoduje poważne rozdrażnienia na wydziale i skłóca kolektyw”[3]; jest przekonana, „iż słuszność rad i decyzji leży po stronie ob. Walentynowicz”[4]. Czyżby już wtedy uwidaczniała się jej konfrontacyjna i wichrzycielska natura, która kazała jej do samej śmierci uparcie trwać przy swoich teoriach?

I tak dochodzimy do wydarzenia kluczowego dla życia Anny Walentynowicz, a w konsekwencji do kluczowego wydarzenia w historii całej Polski – zwolnienia z pracy słynnej suwnicowej na pół roku przed emeryturą za „ciężkie naruszenie obowiązków pracownika”[5], czyli tworzenie niezależnych związków zawodowych. I zastanawiam się, czy w tym momencie nasza bohaterka po prostu nie popłynęła z prądem historii – chyba nie była do końca świadoma efektów tego zwolnienia, bo pierwszego dnia strajku wracała do stoczni dyrektorskim fiatem mocno zaskoczona. A dalej wiadomo: sierpień 1980, konflikt z Wałęsą na zasadzie „moja ważność i rola w tym strajku jest ważniejsza niż twoja”, coraz większy radykalizm, coraz ostrzejszy spór z każdym mającym odmienne zdanie, stwierdzone przez psychiatrów „silne poczucie krzywdy i egotyzm”[6] i śmierć w katastrofie smoleńskiej, której mogło nie być, bo pierwotnie miała do Katynia jechać pociągiem.

Mamy więc do czynienia z książką po prostu dobrą: jest solidnie udokumentowana – dokumenty z IPN, książki, liczne rozmowy – rzetelnie napisana w stylu łączącym dziennikarstwo, historię i dokument; ma gruntowne tło historyczne, ale przede wszystkim nie jest stronnicza i tendencyjna, głos mają tutaj zarówno zwolennicy bohaterki, jak i jej przeciwnicy. Ważne jest też to, że jest to książka po prostu ciekawie napisana i nie nudzi; nie jest to ani laurka, ani też krytyka, po prostu widać, że autorzy wzięli sobie do serca radę Hanny Krall. Warto ją przeczytać, choć podejrzewam, że czytelników utwierdzonych w swoich opiniach o Annie Walentynowicz jeszcze bardziej w nich utwierdzi.

[1] Dorota Karaś, Marek Sterlingow, „Walentynowicz. Anna szuka raju”, wyd. Znak, 2020, str. 316.
[2] Tamże, str. 109.
[3] Tamże, str. 145.
[4] Tamże, str. 148.
[5] Tamże, str. 235.
[6] Tamże, str. 359.

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 610
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: