Dodany: 2020-07-23 19:23|Autor: Margiela

Redakcja BiblioNETki poleca!

Książka: Staroświecka historia
Szabó Magda

1 osoba poleca ten tekst.

Znakomita historia!


Tomy dzienników i notesy pisane nieomal szyfrem, księgi rachunkowe, korespondencja, wiersze opiewające zdradzoną miłość i uroki życia kawalerskiego, nowele tak splecione z biografią twórców, że pomagają ustalić kluczowe fakty… Zdumiewające, jak wiele i jak różnych źródeł pisanych mogą stworzyć przez lata członkowie kilku mniej lub bardziej związanych ze sobą rodzin o niekoniecznie literackich ambicjach. Równie godne podziwu, że źródła takie wyszły z kotła historii niemal nietknięte, że nie pożarły ich dwie wojny światowe, nie zagubiły podróże i przeprowadzki, że przeleżały szczęśliwie w bezpiecznych skrytkach, w zamkniętych na klucz szufladach, w pudłach czy kufrach, z których tak ochoczo je wydobyto, by udostępnić siostrze, kuzynce, krewnej, niespodzianie spragnionej podróży w czasie. Ta dociekliwa krewna to Magda Szabó. Dotarła wszędzie, pełna determinacji jak każda z kobiet, które właśnie zaczęła bliżej poznawać, a których krew płynęła także w jej żyłach, lecz w przeciwieństwie do nich zawsze gotowa z ciekawością wysłuchać słów drugiej strony, a jeśli można, to i trzeciej, i czwartej – słów lub milczenia, także milczenia śmierci. Wertując przez całe lata pożółkłe strony, porównując i korygując daty, łatając luki, układając rejestry nazwisk i miejsc, wysnuwała z nich z wolna swoją opowieść.

Gdzie się zaczyna? Trudno właściwie orzec, korzenie rodów sięgają bowiem głęboko. Zarówno o tych korzeniach, jak i o glebie, z której ciągnęły soki, przeczytamy niejedno na samym wstępie. Wstęp jest, nie ukrywajmy, zbyt pedantyczny, przeciążony datami i nazwiskami, i stanowi jedyny mankament książki. Wszystkich więc, którzy zechcą zawrzeć znajomość z całą plejadą barwnych osobowości zaludniających „Staroświecką historię”, trzeba uprzedzić, że nie warto ulegać zniecierpliwieniu. Jeśli szczęśliwie przebrną jałowe piaski, wejdą w krajobraz zmienny, o wyrazistej, niezdawkowej urodzie, z którym pod koniec trudno będzie się rozstać.

Rzeczywisty początek dziejów rodziny to połowa wieku XIX, gdy na scenie zjawia się Maria Rickl, zwana również kupcówną, bezlitosna jak lichwiarz, silna jak żywioł babka Lenke Jablonczay. I to o Lenke, przyszłą matkę pisarki, toczy się gra czy walka w tej opowieści. „Staroświecka historia” musiała powstać z kilku różnych powodów, najistotniejszym jednak był właśnie ten, aby za jej pomocą rozwikłać węzeł życia Lenke Jablonczay. Tej Lenke, która z czasem nawet osobom niezbyt życzliwie do niej usposobionym będzie przypominała rajskiego ptaka, snop kolorów i blasków w mieszczańskim domu. Tym to ciekawsze, że nie wzięła się przecież z żadnego zewnątrz, ze świata nieobliczalnej, dzikiej wolności; wzrosła w domu poważnym i przyzwoitym, gdzie biblią była „Księga dobrego tonu” Róży Kalotsy, regulująca wszystkie aspekty życia panien, pań i panów z towarzystwa:
„Dziewczyna wie, że panna, która jest gospodynią domu, nigdy »sama nie prowadzi rozmowy«, lecz przy pomocy zręcznych zwrotów »czyni ją ogólną« i »stara się ukazać w jak najlepszym świetle wybitne cechy różnych gości«. Wie, że jej obowiązkiem jest odprowadzić kobietę, mężczyznę zaś tylko w przypadku, jeśli jest niedołężnym starcem, i że dopóki nie wyjdzie za mąż, nie wolno jej usiąść na kanapie, nawet gdyby poprzedniego dnia spadła w spiżarni z drabiny i bolała ją każda kosteczka. Musi wybrać twarde krzesło o niewygodnym oparciu, siedzenie na kanapie przysługuje tylko znacznie starszym pannom lub mężatkom”[1].

Jak w takim świecie może czuć się dziewczynka, która po latach wyjawi przed samą sobą:
„Mnie właściwie nudzi cisza […] Może dlatego tak rzadko ją miałam. Ja kocham burzę, mróz, śnieg i mgłę”[2]? Nietrudno odpowiedzieć na to pytanie. Można jednak postawić zupełnie inne: jakim sposobem człowiek chowany w cieniu Róży Kalotsy mógł doznać w życiu czegokolwiek innego niż ciszy właśnie? A jednak biografia Lenke tak się układa, że jej udziałem w dzieciństwie stało się wszystko, tylko nie równowaga i mądra miłość. Wskutek ponurych i niezwykle zawiłych okoliczności domem Lenke stał się dom jej babki. Była to mrówka, którą los najpierw zetknął z konikiem polnym nazwiskiem Kalman Jablonczay, po czym kazał wychować czwórkę potomstwa, wśród której był noszący to samo imię syn marnotrawny, niezdolny przejąć żadnej z cnót ani przywar swej matki-mrówki, będący za to wierną kopią rodzica. Kalman Junior, poeta, złoty młodzieniec bez krajcara w kieszeni, i pełna temperamentu, prześliczna Emma, poślubiona przez niego dla uniknięcia straszliwego skandalu, w rodzinie męża okrzyknięta natychmiast uwodzicielką – oto ojciec i matka Lenke Jablonczay. Ich córka, wychowywana przez Marię Rickl, rośnie w poczuciu wzgardy wobec tych dwojga smętnych wykolejeńców. Wie o nich tyle, ile zechcą powiedzieć Jablonczayowie, a od nich słyszy, że została oddana jak zbędny sprzęt. Prawdy nie pozna nigdy, najpierw dlatego, że ją przed nią skrywano, potem dlatego, że zraniona i gniewna, nie będzie chciała zgłębiać jej samodzielnie. W domu kupcówny wszyscy przez całe lata widzą w dziewczynce córkę ludzi przegranych, bezwartościowych. To złe nasienie, obciążone dwojakim rodzajem grzechu: ma przecież w żyłach nie tylko jablonczayowską krew utracjuszy, trutniów i hazardzistów, ale także przeklętą krew swojej matki, kalwińskiej ladacznicy bez czci i wiary. Gdy babka stwierdzi, że dziecko nieszczęsnej Emmy nie jest już dzieckiem, i że wymowne spojrzenia gimnazjalistów spotykanych w wędrówce do i ze szkoły mogą wkrótce obudzić w nim zdrożne myśli, postanawia działać radykalnie:
„Kupcówna nie żartuje, przez tydzień nie wolno Lenke iść do teatru, [...] a potem każe jej wyjść na podwórze i pokazuje dziewczynie spółkowanie kotów. Moja matka chciałaby uciec, ale kupcówna trzyma ją mocno, dopóki akt kopulacji się nie kończy. »Tego chcą mężczyźni - mówi Maria Rickl - więc uważaj, bo i twoja matka tak zaczęła. Żebyś mi nie śmiała rozmawiać z mężczyznami bez nas czy bez Bartóków i nie zapomnij o tym, co widziałaś. Czy chcesz tarzać się w brudzie, jak zwierzęta? Bo do tego właśnie prowadzi miłość!«"[3].

Ślad po tej lekcji pozostanie na zawsze, w duszy, a bardziej jeszcze w ciele dziewczyny, potem kobiety, matki syna i córki, żony dwóch mężów. Nigdy fizyczna bliskość z żadnym mężczyzną, nawet kradziony dotyk jedynych warg, które w życiu kochała, nie da jej szczęścia ani nawet kropli przyjemności. Będzie znosić tę bliskość z bólem i trudem, z zaciętymi zębami, tłumacząc sobie uparcie, że to dla niego, jest przecież miłym, czułym, dobrym człowiekiem – takim był na swój sposób każdy z jej mężów, nie przystają te słowa tylko do tego, który mężem nie został, choć był jedyną w całym życiu miłością. A miłość ta, pewnie również na skutek rany zadanej szorstką ręką kupcówny, nie będzie miała w sobie nic zmysłowego i okaże się raczej miłością Lenke do jej własnej młodości, do biegu życia i do jego urody odczuwanej tak żywo we wszystkim wokół:
„»[…] - Lato w Debreczynie było niby talerz miodu, miało aromat i gęstą barwę złota, a wiosną pachniały akacje i bzy, które rosły też w ogrodzie Józsefa. Kiedy przy sprzątaniu otwierałam okna wychodzące na nasz ogród, zawsze myślałam, że i on czuje teraz te akacje. Jesienią chodziliśmy z Melindą do lasu, zbieraliśmy liście i żołędzie, a w zimie na ulicach snuła się woń pieczonych kasztanów i wielkich, pulchnych dyń.« »Kochałaś go z powodu zapachów?« - zapytał w osłupieniu mój brat. »Nie. Tylko mówię, że były także zapachy i zawsze mi go przypominają. Każda akacja wiosną, każdy miód latem, każdy liść i żołądź jesienią, a zimą zapach kasztanów.« »I co robiliście?« - wypytywałam. »Rozmawialiśmy o wszystkim. I śmieliśmy się. [...]« »Całowałaś się z nim?« - zawęziłam temat. Moja matka posmutniała i wyszeptała, że raz. Jeden jedyny raz pocałował ją József, ale nie pytajmy o to, bo jej wstyd”[4].

Trudno porzucić „Staroświecką historię”. Jej świat herbatek, tiulów i pierwszych balów, wprawek fortepianowych i palisandrów, świat nigdy nie łagodny i harmonijny, choć dekoracje takie przecież gemütlich. I trudno jest porzucić jej bohaterów, tych lekkomyślnych i tych wściekle zaradnych, a wszystkich tak łakomie spragnionych życia. Przywiązują do siebie dwaj Kalmanowie, Senior liczący gwiazdy zamiast pieniędzy i Junior, który wszystko, co w życiu ważne, wypowiadał niezmiennie mową wiązaną. Tkwią nadal w myślach Gizela, zwana Melindą, rywalka-wybawicielka swej bratanicy w jej impasie małżeńskim, i wielka miłośnica Emma Gacsary, którą od wewnątrz spala żar własnej krwi, niby wilgotną łąkę w ojczystym Sárrét, gdzie skryty ogień pożerał torfowiska przez całe lata, „rozsnuwając dymy bez płomieni”[5]. Warto było ich poznać i warto będzie kiedyś do nich powrócić.

[1] Magda Szabó, „Staroświecka historia”, przeł. Krystyna Pisarska, wyd. PIW, 1981, s. 94.
[2] Tamże, s. 423
[3] Tamże, s. 233.
[4] Tamże, s. 265.
[5] Tamże, s. 81.

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 607
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: