Dodany: 2020-06-20 01:12|Autor: Marioosh

Redakcja BiblioNETki poleca!

Książka: W pogardzie prawa
Kłodzińska Anna (pseud. Załęski Stanisław lub Mierzański Stanisław)

2 osoby polecają ten tekst.

Milicyjny kryminał w najczystszej postaci


Jan Zawadowski, starszy inspektor do spraw technicznych w spółdzielni farmaceutycznej, próbuje popełnić samobójstwo zażywając skradzioną tutokainę, środek podobny do nowokainy, który prawdopodobnie ukradł z zakładu. Monika Kropińska, zaniedbywana dyrektorska żona, spotyka się ze swoim kochankiem, Kazimierzem Pasowskim – do czasu, kiedy oboje otrzymują od szantażysty kompromitujące zdjęcia z żądaniem okupu. „Król paserów” z warszawskiej Pragi skupuje kradziony towar i ukrywa go w lesie, by w odpowiednim momencie uciec za granicę – plan się sypie, gdy zostaje w tym lesie nakryty przez młodego mechanika. Losy tych postaci splatają się ze sobą w gęstej atmosferze 1981 roku.

Anna Kłodzińska była jedną z czołowych pisarek tworzących tzw. kryminały milicyjne, dzisiejsze media pewnie okrzyknęłyby ją mistrzynią, boginią lub królową tego typu książek. O ile jednak kilka przeczytanych przeze mnie kryminałów Kłodzińskiej napisanych pod koniec lat pięćdziesiątych mimo swojej prostoty dało się czytać, to „W pogardzie prawa” jest aż do przesady, chwilami wręcz obrzydliwie propagandowe. Akcja dzieje się w 1981 roku, czyli w apogeum karnawału „Solidarności” – autorka pokazuje nam jednak Polskę jako Sodomę i Gomorę („Od sierpnia ubiegłego roku gwałtownie wzrosła przestępczość – napady rabunkowe, gwałty, włamania, wybryki chuligańskie”[1]); w jednej, niemalże apokaliptycznej scenie rozwścieczony tłum nieomal linczuje dwóch milicjantów, pali ich nyskę i zabija zbowidowca partyzanta, któremu w przedśmiertnej wizji objawia się jego dowódca mówiący „Nie o taką Polskę walczyłem!”[2]. Z tych zgliszcz wyłania się major Szczęsny, milicjant świadomy swoich słabości („Ja nie twierdzę, żeśmy bez skazy”[3]) i wiedzący, że jego misją jest „robić swoje, choćby kosztem życia. Myśmy kiedyś tam ślubowali przestrzegać praworządności socjalistycznej, chronić życie, zdrowie i mienie obywateli”[4] – święta prawda, ale książka została napisana w 1982 roku, kiedy obywatele mieli już za sobą doświadczenia z 1968, 1976 czy 1981 roku i takie patetyczne deklaracje mogły wywołać, łagodnie mówiąc, irytację.

Ale prawdziwym mistrzostwem propagandy jest nadanie dwóm przestępcom nazwisk Pasowski i Urarz – młodszym czytelnikom z niczym się to nie kojarzy, ale starsi pewnie pamiętają: Romuald Spasowski, ambasador Polski w USA po ogłoszeniu stanu wojennego poprosił tam o azyl; Zdzisław Rurarz, ambasador w Japonii, o ten sam azyl poprosił w ambasadzie USA w Tokio. Obaj zostali uznani za zdrajców i wydano na nich zaoczne wyroki śmierci – czy Anna Kłodzińska uśmiercając swoich bohaterów nie wykonała w ten sposób symbolicznej egzekucji?

Jednak prawdziwy Grande Finale dopiero nastąpi: „tymczasem dokoła, w miastach i wsiach, szalała anarchia, strajki, bunty, zbrodnie i strach. Groza ogarnęła kraj”[5] – i z tego syfu, kiły i mogiły wyłania się ON, który „jeszcze próbuje. Jeszcze czeka. Myślę, że wie, co robi. Jaka straszliwa odpowiedzialność! Przed historią. Przed całym narodem. Na to trzeba być właśnie takim, jak mówił Sobieski: >>prawdziwie tę ojczyznę miłującym<<”[6]. I kiedy 12 grudnia trzej oficerowie spotkali się wieczorem, major Szczęsny przeczytał im fragment wiersza Wiesława Pietryki: „Jeszcze ręce nam się utrudzą / krwi serdecznej trzeba będzie / i potu"[7], a kapitan Kręglewski o 23:57 otworzył okno, za którym „z daleka narastał, wolno zbliżał się, potężniał ogromny warkot bojowych wozów piechoty. Słuchali z natężeniem”[8].

Ale najlepsze jest to, że to wcale nie jest taka zła książka, jak się wydaje. Intryga jest wiarygodna, historia paserstwa i szantażu jest realistyczna, postacie są ciekawe, akcja toczy się potoczyście, czyta się to dobrze, a dialogi nie są milicyjnie drętwe. Tylko ten niemalże produkcyjniacki bełkot... Jest więc ta książka w pewnym sensie dokumentem epoki, jest solidnie osadzona w realiach, które były takie, a nie inne. I jest też nawiązanie do mojego ulubionego komisarza: major Szczęsny mówi do kapitana Kręglewskiego, którego teoria się sprawdziła: „Masz wszelkie zadatki na Maigreta”[9]. Można więc tę książkę łyknąć na raz, ale trzeba być na nią przygotowanym. I jeszcze taka mała dygresja, już naprawdę na sam koniec: została ona wydana w 150 000 egzemplarzy – dziś to by było marzenie ściętej głowy.

[1] Anna Kłodzińska, „W pogardzie prawa”, Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, 1983, str. 116.
[2] Tamże, str. 79.
[3] Tamże, str. 33.
[4] Tamże, str. 33.
[5] Tamże, str. 218.
[6] Tamże, str. 218;
[7] Tamże, str. 246.
[8] Tamże, str. 247.
[9] Tamże, str. 198.

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 678
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 1
Użytkownik: misiak297 2020-06-21 13:27 napisał(a):
Odpowiedź na: Jan Zawadowski, starszy i... | Marioosh
Lubię Kłodzińską - taka lekka literatura kryminalna na jeden wieczór. "W pogardzie prawa" pewnie w końcu przeczytam mimo nachalnej propagandy:)
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: