Dodany: 2020-06-18 20:51|Autor: Marioosh

Redakcja BiblioNETki poleca!

Książka: Dziennik tematów
Kąkolewski Krzysztof

Wspominkowe reportaże zapominanego reportera


Krzysztof Kąkolewski to kolejny pisarz, którego postaram się wydobyć z niebytu – to bardzo zaskakujące, że zaledwie pięć lat po śmierci stał się zapomniany. O tym niebycie świadczy to, że w BiblioNETce spośród ponad trzydziestu wydanych pozycji doczekał się jednej (słownie JEDNEJ) recenzji, i to książki, która przyniosła mu największy rozgłos czyli „Co u pana słychać?”. Jak to jest możliwe, że ten świetny pisarz, zaliczany swego czasu, obok Hanny Krall i Ryszarda Kapuścińskiego do pierwszej trójki polskiego reportażu, niemalże wielbiony przez Mariusza Szczygła, a przez „Newsweek” nazwany szakalem reportażu, praktycznie zniknął ze społecznej świadomości? Może uda mi się odświeżyć pamięć o nim, bo warto; postaram się więc zrecenzować jego kilka książek, a przeczytać – znając siebie – pewnie wszystkie:-).

„Dziennik tematów” to dość nietypowy zbiór reportaży – nietypowy, bo przeplatany komentarzami Kąkolewskiego odnośnie okoliczności ich powstania, kontekstu historycznego czy osobistych wspomnień. Zaczyna się niczym autobiografia – autor opisuje swoje pisarskie początki: otóż w 1946 roku, gdy uczył się w liceum w klasie o profilu matematyczno-fizycznym, napisał wypracowanie będące recenzją z odczytu profesora Seweryna Pollaka. I kto wie, jak potoczyłyby się jego dalsze losy, gdyby jego polonista nie wysłał tego wypracowania do tygodnika „Ziemie Zachodnie”, które je opublikowało; po maturze osiemnastoletniemu Kąkolewskiemu zaproponowano etat w organizującym się „Sztandarze Młodych” („Przeszedłem czyściec dwuletni w dziale listów i interwencji. Odpisywałem na pytania z zakresu marksizmu, seksuologii, żywienia niemowląt, a także występowałem w obronie skrzywdzonych”[1]). W 1953 roku ukazał się jego pierwszy reportaż, dziś powiedzielibyśmy „interwencyjny”, powstało kilka historii wcieleniowych w stylu Güntera Wallraffa, ale dopiero w 1956 roku ukazał się reportaż „który mógłby otwierać moją nie wydaną młodzieńcza książkę”[2]. I od tego momentu faktycznie stał się „szakalem reportażu”, nie bał się pisać o potajemnej sprzedaży ziemi za bezcen, gdzie jeden z bohaterów powiedział mu: „Towarzyszu Kąkolewski, czy nie macie ważniejszych, ciekawszych spraw, tylko zajmujecie się takimi drobiazgami?”[3]; nie bał się drążyć tematu korupcji na wrocławskiej Akademii Medycznej, gdzie o miejscu na liście studentów decydowały „plecy, plecy, mur pleców”[4], a w pewnym momencie usłyszał: „Kolego, lepiej się wyłączcie, przelewacie morze kubełkiem. Zresztą możecie zainkasować w czaszkę”[5]. W 1957 roku zorganizował prekursorską wyprawę do Wilczego Szańca; w 1959 na Zamku Czocha poszukiwał zwożonego tam przez Niemców majątku narodowego; opisał życie Karola Kota, krakowskiego mordercy; mamy tu też kilka, jak sam to nazywał, „kryminałków”, gdyż przez jakiś czas był reporterem kryminalnym. Zajmował się incydentami tragicznymi, takimi, które były „poza prawem, poza rozumieniem ludzkim”[6], ale też historiami godnymi „Sprawy dla reportera”, gdzie ludzie potrafili walczyć na śmierć i życie o kwestię porównywalną z miedzą na trzy palce.

I te wszystkie historie znajdujemy w „Dzienniku tematów”; pod koniec zaś Kąkolewski pisze wspomnienia o swoich trzech przyjaciołach: Melchiorze Wańkowiczu, Stanisławie Dygacie i Kazimierzu Moczarskim oraz refleksje z podróży do USA, Finlandii i Portugalii, jednak tę część książki uważam za lekko zmanierowaną. A już całkowicie zbytecznym jest tu, moim zdaniem, reportaż będący niemalże historią przedwojennego przestępcy i ukrytego przez niego po wojnie skarbu. Ogólnie jednak uważam ten zbiór reportaży za ciekawy i intrygujący, można go w antykwariatach znaleźć za grosze. I wciąż nurtuje mnie pytanie: czemu Kąkolewski jeszcze za życia stał się pisarzem mocno niszowym, a dziś niemalże zapomnianym? Czy wpływ na to miał jego wieczny oportunizm? Może jego bycie w sprzeciwie wobec głównych nurtów? Może jego bezkompromisowość, niezależność, kontrowersyjność, chwilami nawet skandaliczność? A może jego charakter człowieka przypisującego sobie monopol na rację i prawdę? Myślę, że tym powinni się zająć jacyś historycy literatury, ja jako zwykły czytelnik uważam, że ten autor zasługuje na powrót z literackiego zapomnienia i jeśli ktoś chciałby tego wskrzeszenia dokonać, może po „Dziennik tematów” śmiało sięgnąć.

[1] Krzysztof Kąkolewski, „Dziennik tematów”, wyd. Iskry, 1984, str. 9.
[2] Tamże, str. 11.
[3] Tamże, str. 66.
[4] Tamże, str. 52.
[5] Tamże, str. 61.
[6] Tamże, str. 127.

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 390
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: