Dodany: 2020-06-07 18:48|Autor: Marioosh

Laurka ku pamięci zapomnianego pisarza


„Byliśmy u Kornela” – to zdanie w stanie wojennym było często powtarzane przez młodych pisarzy, którzy garnęli się do niego i nie mieli możliwości publikowania swoich książek. W książce pod tym tytułem przyjaciele Kornela Filipowicza wspominają tego uznanego i cenionego, ale dziś już chyba zapomnianego pisarza. Z tych wspomnień wyłania się człowiek, który „nie ulega żadnym modom, nie szuka efektów. Szuka prawdy” [1]; przyjaciele często podkreślają jego moralną postawę i niemalże charyzmę.

Książkę zaczyna wywiad z Filipowiczem przeprowadzony w 1988 roku i będący pewnym podsumowaniem jego twórczości; mówi on tutaj: „dążyłem zawsze do pewnej całości czyli do jednej, wielkiej opowieści” [2]. Następnie mamy fragmenty jego autobiograficznych wypowiedzi, w których mówi o wpływie plastycznego widzenia na swoją prozę, a także o tym, że bliska mu była szkoła Marii Dąbrowskiej i Zofii Nałkowskiej, a z czasem zafascynował się Josephem Conradem. Dalej mamy wiersze, potem cztery opowiadania, a drugą połowę książki wypełniają wspomnienia: praktycznie wszyscy zaznaczają, co było siłą jego opowiadań – a było nią wyczulenie „na najdrobniejsze elementy, owe pyłki naszej codzienności” [3]. Często zaznaczane jest jego zainteresowanie drugim człowiekiem, wręcz jego szarością; on był pisarzem, „który nie szuka w literaturze żadnych wyjątkowych przygód, potrafi nie szukając wymyślnych intryg, nadać znaczenie najbardziej codziennym sprawom” [4]. Filipowicz był niebłyskotliwy, „tak różny od pisarzy zabiegających o reklamę i pozycję na literackiej giełdzie” [5] i przez to był szczery i autentyczny. I mamy też sporo zdjęć często opatrzonych komentarzem Wisławy Szymborskiej – osobiście przyznam, że moje pierwsze wrażenie po obejrzeniu tych zdjęć, było takie, że był to człowiek surowy, zasadniczy i wręcz groźny; niektórzy również to podkreślają, zaznaczając jednak, że tą postawą umiał narzucić skupienie, wręcz się tego skupienia domagał. Trzeba też jednak powiedzieć odnośnie wyglądu, że był wyprostowany – zarówno w sensie dosłownym, jak też przenośnym; po prostu miał kręgosłup i nie pozwolił go sobie zmiękczyć. A co mamy na tych zdjęciach? Wielbiciele Filipowicza oczywiście się domyślą: ryby, koty, przyjaciele i Wisława Szymborska – i przy okazji jej wspomnień mamy też jej wiersz ku czci pisarza, z którym spędziła ponad dwadzieścia lat.

Jest to więc w pewnym sensie laurka dla Filipowicza w dwudziestą rocznicę jego śmierci; dla jego wielbicieli może to być swoiste dopełnienie jego twórczości, ale myślę, że dla zdecydowanej większości może to być uświadomienie, że taki pisarz w ogóle istniał – to, o czym piszą jego przyjaciele, czyli jego niebłyskotliwość, przełożyło się na jego niemalże całkowite zapomnienie. Warto po tę książkę sięgnąć, jednak czytelnicy, którzy z tym pisarzem wcześniej nie mieli do czynienia, powinni chyba najpierw zapoznać się choćby z częścią jego prozy – polecam wydany niedawno zbiór „Moja kochana, dumna prowincja”, a z opowiadań klasycznych zbiór „Krajobraz, który przeżył śmierć”.

[1] „Byliśmy u Kornela: Rzecz o Kornelu Filipowiczu”, Wydawnictwo Literackie, 2010, str. 274.
[2] Tamże, str. 24.
[3] Tamże, str. 147.
[4] Tamże, str. 263.
[5] Tamże, str. 256.

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 367
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: