Dodany: 2020-05-06 08:53|Autor: WiadomościOpiekun BiblioNETki

NA JOWISZA! MUSIEROWICZ UZUPEŁNIA JEŻYCJADĘ!


„Na Jowisza!” ma na pierwszy rzut oka formę słownika wyjaśniającego od A (jak „album fotograficzny”) do Ż (jak „żółty zeszyt”) przeróżne powiązania między prawdziwym życiem a literackim światem poznańskiej sagi. 
Ale już sama konstrukcja haseł odbiega od encyklopedycznych standardów i podporządkowana jest charakterystycznemu dla całej Jeżycjady życzliwemu poczuciu humoru. 
Mamy więc wśród haseł osobowych klasykę – „Stefanię Majewską”, ciut mniej klasycznego „Rudzika” i już zupełnie odbiegających od reguł konstruowania słownikowych haseł – „Tatę Kłamczuchy”, „Steve’a – masywnego blondyna” czy „Dziewczynkę ze szklanymi guziczkami”. Nie ma znaczenia, czy są to postaci literackie czy autentyczne, czy należą do rodziny Borejków, Musierowiczów czy wielkiej rodziny czytelniczej – wszyscy są równie prawdziwi i czują się w tej niezwykłej publikacji jak piniondz w umywalce – wpadają i pasują, choćby nie umieli pływać.

Podobnie jest z hasłami z innych dziedzin, które zresztą również wymykają się klasyfikacji, jak cała książka: „Błyskawica” niewiele ma wspólnego z fizyką czy meteorologią, „Zakładanie książek” to rozbudowana scenka rodzajowa, a „Pochwalone niech będą ptaki” to dużo więcej niż cytat. I nagle okazuje się, że słownikowa forma to jedynie dobry pretekst do snucia opowieści o tych niezwykłych tajemnych przejściach pomiędzy światem realnym a rzeczywistością literacką, o zwyczajnych niezwykłych zdarzeniach, ulubionych książkach, ludziach i miejscach. 

Panuje tu atmosfera jak przy rodzinnym stole, przy którym usiadł też ktoś, kto zajrzał przez okno i natychmiast zapragnął „wpaść na obiadek”, bo odkrył ciepło, za którym bardzo tęsknił. Wielbiciel Jeżycjady poczuje się jak u siebie od pierwszej strony.

Poznański spacerownik

O wpływie Jeżycjady na rozpoznawalność miejsc w Poznaniu i zwiedzaniu miasta z wybranymi tomami cyklu w dłoni napisano już setki, jeśli nie tysiące stron. „Na Jowisza!” bije wszystkie tomy sagi na głowę liczbą i drobiazgowością opisywanych miejsc. Ba! Są w tym tomie również liczne zdjęcia autorstwa Emilii Kiereś, z których można konstruować całe gry miejskie lub spacery z zagadkami, na przykład „znajdź jeżyckie balkony zaprezentowane w książce” albo „która to wieżyczka?” 

Po raz pierwszy miłośnicy poznają tak szczegółowo kolejne etapy życia rodziny Barańczaków (bo o tym, że autorka „Kalamburki” jest siostrą poety Stanisława chyba nie trzeba nikomu przypominać?) z adresami i opisami miejsc. Czytelnicy wędrują więc wraz z autorkami przez Poznań od ulicy Grottgera, przez Kościuszki 110, zaglądają do podstawówki przy Stalingradzkiej 66 (tak, to również podróż w czasie rzecz jasna), a co jakiś czas wyskakują też poza miasto z całą rodziną Musierowiczów, na przykład do Siemczyna.
Czyli w sumie nie tylko spacerownik i nie tylko poznański.

Album czy artbook?

Pierwsze hasło książki – „Album” i zdjęcie rodzinnych albumów Musierowiczów daje wyobrażenie o podejściu do gromadzenia rodzinnych pamiątek. Zdjęcia są równie cenne jak zapiski obok nich, nierzadko dokonywane przez kilka osób. Albumy wertuje się bez końca i, w chwili natchnienia, dodaje się kolejne dopiski i komentarze. Strony czasami wypadają, to się je podklei i dalej zagląda w każdej wolnej chwili, zwłaszcza gdy trzeba poprawić sobie humor.

W książce „Na Jowisza!” zdjęć i różnorodnej grafiki jest mnóstwo. Są niepublikowane dotąd zdjęcia z rodzinnych albumów, są rysunki i malunki Małgorzaty Musierowicz, domowe zapiski, dokumenty, zdjęcia Poznania i innych opisywanych miejsc. Jest sporo światła i wolne pola na zapiski czytelników. Jest nawet cała strona (a nawet dwie!) specjalnie na to przeznaczona!

Wielki spełniony romans

Jest więc najnowsza książka Małgorzaty Musierowicz po trosze kompendium wiedzy o Jeżycjadzie, autobiografią, spacerownikiem i albumem oraz artbookiem. Ale przede wszystkim to związany z poznańską sagą epicki romans. 

Pierwsza i najważniejsza, wyrażana bez patosu, a często z humorem i uśmiechem – to miłość do rodziny i swojego miejsca. Do własnej dzielnicy i miasta. Kolejna miłość – do życia. Po prostu. Sentencja carpe diem i satysfakcja z dobrze wykorzystanego czasu, który został dany, wyziera praktycznie z każdej strony. 

Trzecia, olbrzymia i spełniona – to miłość do książek i czytania, okupiona bólem, gdy za czytanie nieobowiązkowej lektury na lekcji karano trzcinką po łapach. Miłość od pierwszego wejrzenia i spojrzenia – na szyld z tajemniczymi znaczkami. Odkrycie, że krył się za nimi napis APTEKA, było początkiem jednej z największych przygód i miłości życia. 

Wiodła ona przez rodzinny księgozbiór, kolejne biblioteki, z Biblioteką Raczyńskich na czele i olbrzymi Antykwariat na Starym Rynku, po którym (antykwariacie, nie Rynku) nie ma już dzisiaj śladu. To były kolejne etapy prowadzące do tworzenia własnych książek, ale przede wszystkim możliwość podróżowania i budowania bezpiecznych i pięknych enklaw w świecie, który często nie bywał ani piękny, ani bezpieczny.

„Na Jowisza!” to, jak każdy tom Jeżycjady, opowieść z happy endem, ale też z otwartym zakończeniem. W żółtym zeszycie pozostały wciąż strony do zapisania. I każdy z czytelników otrzyma wraz z książką dwie z nich, które sam może zapełnić.

 

Książka do kupienia: https://bit.ly/najowiszapremiera

 

Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 1
Użytkownik: janmamut 2020-05-10 00:18 napisał(a):
Odpowiedź na: „Na Jowisza!&rdquo... | WiadomościOpiekun BiblioNETki
A gdzie znikły te dżdżownice z czegoś, co wyglądało na wstęp?
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: