Dodany: 2020-04-08 07:36|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Redakcja BiblioNETki poleca!

Książka: Tancerze
Jackiewiczowa Elżbieta

"Tylko mnie poproś do tańca, w którym się życie zatrzyma..."[1]


Po raz pierwszy czytałam „Tancerzy” przeraźliwie dawno, na pewno jeszcze w szkole podstawowej; zdaje się, że była to jedna z tych powieści, których nie można było dostać w bibliotece szkolnej ani wypożyczyć na swoje konto w dziale dziecięcym biblioteki miejskiej z uwagi na obecność pewnej sceny, mogącej w opinii czynników pedagogicznych zasiać zgorszenie wśród młodszych nastolatek, musiałam więc ją pozyskać innym sposobem (od którejś ze starszych kuzynek? od koleżanki mającej starsze rodzeństwo?). W każdym razie na pewno było to pierwsze wydanie z roku 1961, bo pamiętam tamtą okładkę: ze stylizowaną postacią dziewczyny w obcisłej bluzce i szerokiej fioletowej spódnicy, z krótkimi podtapirowanymi włosami, za plecami której fruwało w powietrzu czerwone serce. Romantycznie usposobionej trzynasto-czy czternastolatce tylko tego było trzeba; a że nie zwracało się wówczas uwagi na sprawy takie, jak kompozycja, styl czy psychologiczna wiarygodność postaci, w pamięci zostało jedynie tyle, że była to dobra powieść o miłości z komplikacjami. Na tyle dobra, że gdy parę dekad później pojawiła się w zasięgu mej ręki, cokolwiek nowsza i gotowa do wzięcia za darmo, bez wahania została dopchana do pełnej książek walizki, z którą opuszczałam poprzedni zlot ogólnopolski.

Odleżała co nieco na nocnej szafce i wpadła mi w oko dokładnie wtedy, gdy potrzebowałam jakiegoś oddechu po trzech napisanych sprawnie, lecz na jedno kopyto, thrillerach medycznych. Za jej sprawą przeniosłam się w czasy, których wprawdzie sama nie pamiętam – sądząc po dość precyzyjnie określonym wieku jednego z bohaterów, akcja rozgrywa się najpewniej pomiędzy jesienią roku 1959 a latem 1960, ewentualnie rok później – lecz w gruncie rzeczy nie aż tak bardzo odstające realiami od tego, co widywałam na własne oczy jakiś czas później. Duża część moich rówieśników, podobnie jak rodzeństwo Masłowskich, dorastała w dwu- albo i jednopokojowych mieszkaniach bez łazienek, gdzie, tak jak i u moich dziadków, „ciepła woda w bieliźnianym kociołku stała na płycie. Duża miednica, poobijana na brzegach, czekała na taborecie wsuniętym pod stół”[2]. Na uczniowskich zabawach – a już na pewno na studniówkach - jeszcze gdzieś do połowy lat 70 „obowiązywał strój przepisowy”[3], tylko „halki krochmalonej”[4] już się nie nosiło i nie układało włosów „w kształt bani”[5]. Za to atmosfera w akademikach i studenckich klubach… cóż, chyba jeszcze długo była taka sama…

W takiej właśnie klubowej scenerii, po obowiązkowym odczycie dla słuchaczy Studium Nauczycielskiego, rozpoczyna się akcja „Tancerzy”. Urszula i Paweł, studenci pierwszego roku, wyraźnie mają się ku sobie – to widać od razu. Widać też coś więcej: że ona darzy go uczuciem niewinnie romantycznym, on zaś… cóż… na razie to jest raczej pożądanie, chęć podboju, z wszystkimi tego konsekwencjami, z chęcią odegrania się za ostudzenie jego zapałów. Magda, która znalazła się na tej zabawie jako przyjaciółka Uli (bo studentką nie jest – nie zdała matury i repetuje ostatnią klasę), chwilowo trzyma się z Ludwikiem, kandydatem na artystę, ale raczej z nudów, niż z potrzeby serca. Za chwilę drogi obu par się rozejdą. Paweł, sfrustrowany niepowodzeniem swoich zbyt aktywnych zalotów do Uli, ostro zetnie się z ojcem (do którego od dawna żywi głęboką urazę – a ma za co…), po czym zatrzaśnie za sobą drzwi i ruszy w nieznane – bez grosza przy duszy, bez pomysłu na to, co miałby robić dalej. Magda pozna Filipa, który zaimponuje jej swoją nonszalancją i nieprzewidywalnością. Żadne z nich nie dojdzie tą nową drogą do spełnienia swoich marzeń; może później, ale na razie oboje dostaną po uszach… Podobnie jak siostra Uli, Teresa, która przekona się, że oddając komuś przysługę w sposób nieprzemyślany, można temu komuś nie pomóc, a w dodatku samemu sporo stracić, i że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Każde z nich, a także parę postaci drugoplanowych, czegoś się od życia nauczy, a dla niektórych po tych nauczkach zaświta promyk nadziei…

Gdyby to było wszystko, byłaby to zwyczajna powieść o miłości dla starszych nastolatków (ówczesnych, bo dzisiaj pewnie taki poziom świadomości i wiedzy o życiu, by móc zrozumieć bohaterów, osiąga się pewnie sporo wcześniej). Ale historie Magdy, Pawła, Uli i jej rodzeństwa są doskonale osadzone w tle społeczno-obyczajowym przełomu lat ‘50 i ’60 XX wieku, a dramaturgia momentami nie ustępuje prozie psychologicznej z prawdziwego zdarzenia.
Weźmy rodziców Masłowskich. Może są cokolwiek poczciwsi od ikony drobnomieszczaństwa i obłudy, sławetnej Anieli Dulskiej, ale większość jej przywar demonstrują jak na dłoni: moralność nakazuje im się oburzać, że pełnoletnia, studiująca córka przez chwilę stoi z chłopakiem w bramie, za to jakoś się godzi z zapraszaniem na imieniny nielubianych przełożonych, bo „kto nie smaruje, ten nie jedzie. A smarowanie kosztuje, wiadomo, tyle że potem się opłaca”, ba, nawet podpowiada, że dla lepszego efektu córki powinny być obecne w domu podczas przyjęcia, bo „szef to świnia, lubi kobietki”[6]!
Weźmy Krajewską, nieszczęśliwą, zgorzkniałą, która „całą niewyżytą potrzebę czułości i szczęścia lokowała w swym synu”, a za każde niepowodzenie „oskarżała nauczycieli, kolegów, podręczniki, programy, cały system szkolny”[7]; te dwie czy trzy sceny z jej udziałem, naświetlające relację między nią a dorosłym już Filipem – którego łajdactwa nie potrafi przyjąć do wiadomości nawet mimo oczywistych dowodów, więc wszystkich, co z nim mieli do czynienia, najpierw próbuje szantażować, zastraszać, a w końcu obiecuje „nienawidzić (…) za jego zmarnowane życie”[8] – jakiż to wymowny obraz kardynalnego rodzicielskiego błędu, którego ofiarą pada i ten, kto go popełnił, i ten, dla kogo go popełniono…
Weźmy Wytyczów, żyjących w stosunkowo nietypowej, jak na owe czasy, konfiguracji rodzinnej: ojciec, mający przecież własną ambitną pracę, tak pełen czci dla żony-artystki, że gotów jej spod nóg zdmuchiwać pyłki… a tym bardziej trudy wychowania cokolwiek rozwydrzonej jedynaczki, której jednak okiełznać nie potrafi, może dlatego, że boi się z nią rozmawiać całkiem szczerze; matka, kompletnie pozbawiona orientacji w potrzebach męża i córki, żyjąca tylko własnymi dziełami i podziwem koneserów sztuki; i Magda, rozdarta między szacunkiem dla ciężkiej pracy obojga a głęboką urazą za to, że nie ma ich wtedy, gdy ich najbardziej potrzebuje.
O tym, co działo się u Grudów, wiemy tylko trochę ze skąpych reminiscencji Pawła i z tej jednej, tak brzemiennej w skutki, scysji z ojcem, ale za to sam Paweł ukazany jest pierwszorzędnie: jakież typowe dla płci i wieku jest to mylenie pociągu erotycznego z miłością i niełączenie domniemanej miłości z odpowiedzialnością! I jakie ma szczęście, że trafia pod skrzydła jedynej na scenie wydarzeń rodziny, w której relacje oparte są na połączeniu miłości, zaufania i zdrowego rozsądku!

Socjalistycznej propagandy nie sposób się w tekście dopatrzyć, nawet w szkole Teresy, nawet na uczelni Urszuli, jest za to trochę znaków czasu, które wnukom pierwszych adresatów tej powieści mogą się wydać dziwne lub niezrozumiałe: widok ojca Urszuli w „nocnej koszuli (przerobionej z niezdatnych już do użytku koszul dziennych różnego koloru)”[9], nieużywane już dziś przez nikogo prócz pokolenia 70+ zwroty grzecznościowe („Moje uszanowanie, panno Tereso!”[10], mówi dwudziestoletni Krzysztof do szesnastoletniej siostry koleżanki), streszczenie historii rodziny Okuszków w postaci enigmatycznego stwierdzenia: „porzucili swój ukochany Nowogródek, żeby szukać Polski”[11] (a kto miał tłumaczyć młodemu czytelnikowi, czemu to ci ludzie, w Polsce się urodziwszy i nigdy z niej nie wyjechawszy, nagle musieli jej zacząć szukać…?).

A skąd ten tytuł, skoro nikt z bohaterów zawodowo się tańcem nie zajmuje, a w całej powieści jest ledwie parę migawek z zabaw tanecznych? Wyjaśni to Ula, tuż przed finałem tłumacząc Zbyszkowi-nie-Zbyszkowi (o, właśnie, jeszcze jeden znak czasu: czy ktoś z młodych od razu skojarzy, dlaczego „nosił ciemne okulary, więc »Zbyszek«”[12]?), że te gwałtowne młodzieńcze porywy uczuć to bardziej „strach, że wszyscy zaznają jakiejś radości w tym szalonym tańcu, a mnie to ominie”[13], niż coś, co wiąże na całe życie...

Mądra to powieść i choć już dziś mamy całkiem inne czasy, wiele prawd w niej zawartych ani trochę się nie zestarzało. To chyba jedna z cech dobrej – choć niekoniecznie wielkiej – literatury, przynajmniej w moim pojęciu.

[1] „Tylko mnie poproś do tańca”, piosenka Anny Jantar ze słowami Bogdana Olewicza, ze strony internetowej https://www.tekstowo.pl/piosenka,anna_jantar,tylko​_mnie_popros_do_ta_ca.html
[2] Elżbieta Jackiewiczowa, „Tancerze”, wyd. Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, 1977, s. 19.
[3] Tamże, s. 146.
[4] Tamże, s. 147.
[5] Tamże, s. 224.
[6] Tamże, s. 43.
[7] Tamże, s. 207.
[8] Tamże, s. 230.
[9] Tamże, s. 16.
[10] Tamże, s. 257.
[11] Tamże, s. 51.
[12] Tamże, s. 263.
[13] Tamże, s. 282.



(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 1014
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 3
Użytkownik: misiak297 2020-04-08 08:17 napisał(a):
Odpowiedź na: Po raz pierwszy czytałam ... | dot59Opiekun BiblioNETki
Apeluję, aby tę świetną recenzję dodać do polecanych przez redakcję:)
Użytkownik: ahafia 2020-04-08 12:13 napisał(a):
Odpowiedź na: Po raz pierwszy czytałam ... | dot59Opiekun BiblioNETki
A tego akurat nie było na babcinym strychu, wśród sporej ilości literatury z tego okresu. Będę szukać, bo mnie zaciekawiłaś tą recenzją.
Użytkownik: Pingwinek 2020-04-08 14:14 napisał(a):
Odpowiedź na: Po raz pierwszy czytałam ... | dot59Opiekun BiblioNETki
Widzę, że tak samo oceniamy tę powieść. Twoja recenzja też bardzo dobra - Ty tak ładnie potrafisz ująć refleksje w słowa!
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: