Dodany: 2020-03-19 14:54|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Jeden testament, wiele kłopotów


Z dokonanego niedawno bilansu przeczytanych i nieprzeczytanych powieści Lady Agathy wyszło mi, że, po pierwsze, starczy mi zapasów jeszcze na ten i następny rok akcji „Rendez-vous z Agathą Christie”, a po drugie, aby zakończyć całość lekturą „Kurtyny”, powinnam od tej chwili cykl z Poirotem dawkować sobie oszczędnie, czytając mniej więcej jeden tom na kwartał. A ponieważ przez trzy miesiące człowiek potrafi się nieźle stęsknić za ulubionym bohaterem, z ulgą sięgnęłam po należną wedle kolejności „Po pogrzebie”. Otwieram, a tu małego Belga ani śladu! Ale do czasu…

Rzecz zaczyna się bowiem w rezydencji pewnego biznesmena, niejakiego Richarda Abernethie, którego ojciec zrobił był majątek na sprzedaży preparatów do pielęgnacji stóp. Pan domu pół roku wcześniej pochował syna (drugiego stracił przed laty, podobnie jak i żonę) i po tym nieszczęściu już się nie podniósł: stracił energię i mocno podupadł na zdrowiu, a choć nie sądzono, by stan jego był aż tak poważny, pewnego dnia zmarł we śnie. Pretendentów do spadku mogłoby być wielu, bo Richard miał sześcioro młodszego rodzeństwa, ale los jakoś wyjątkowo nie oszczędzał tej rodziny: żyje już tylko jedna siostra, wdowa, która właśnie spotkała się z bliskimi po raz pierwszy od ponad dwudziestu lat, jeden brat z żoną (jak wieść niesie, schorowany do tego stopnia, że „nie może opuścić domu”[1] i na pogrzeb deleguje swoją połowicę) i wdowa po drugim z braci – wszyscy bezdzietni; troje pozostałych pomarło wraz ze współmałżonkami, pozostawiając ledwie po jednym dziecku. Każdemu z nich przydałby się zastrzyk gotówki, zwłaszcza reprezentantom młodszego pokolenia, którzy nijak nie potrafią pogodzić swoich marzeń i ambicji ze stanem własnego budżetu. Wszyscy wiedzą jedynie tyle, że zmarły jakiś czas temu, po śmierci syna, zmienił testament. Ale na czyją korzyść?

Po pogrzebie, gdy prawnik rodziny, pan Entwhistle, wykłada obecnym ostatnią wolę Richarda, okazuje się, że ten wolał majątek trwały sprzedać i podzielić równo między głównych spadkobierców, niż powierzyć całość jednej osobie; jakie miał ku temu powody, dowiemy się z czasem. Na razie każdy z beneficjentów wydaje się w jakimś stopniu zadowolony i wszystko byłoby w porządku, gdyby najmłodsza siostra, Cora, od zawsze znana z braku taktu, nie wypaliła ni w pięć, ni w dziewięć: „Ładnie to zatuszowano, prawda? (…) on został zamordowany, czyż nie?”[2]. Prawie wszyscy traktują to jako dowód, że Cora z latami nie zmądrzała i nie nauczyła się powściągliwości… aż do chwili, gdy dzień później jej gospodyni i dama do towarzystwa zarazem znajduje ją martwą w łóżku. Ślady są na tyle wymowne, że nie ma wątpliwości: to na pewno nie była przypadkowa śmierć! Ale czyżby Cora zginęła z powodu tego niefortunnego stwierdzenia? Może istotnie coś wiedziała, może brat, odwiedziwszy ją krótko przed swoją śmiercią, zwierzył jej się z obaw o swoje życie? Niektórzy członkowie rodziny pogrążają się w domysłach, a kiedy kolejna osoba o mało nie umiera od trucizny, pan Entwhistle mówi „dość!” i udaje się poradę do starego dobrego znajomego. A tym znajomym jest…? Chyba nikt nie ma wątpliwości, że ten, którego pojawienia się tak długo czytelnik wyczekiwał: Hercules Poirot. Z chwilą, gdy on wkroczy na scenę, morderca – jakkolwiek sprytny i wyrachowany by nie był – ma powód, żeby się zacząć bać! A jednak nie daje za wygraną i dokonuje zamachu na kolejną osobę…

Oczywiście, by za szybko nie dociec prawdy, czytelnik jest umiejętnie zbijany z tropu i ile razy już gotów byłby stwierdzić, że wszystkie poszlaki pasują do jednej osoby, tyle razy pojawia się jakiś kolejny fakt, rzucający podejrzenie na kogoś zupełnie innego; a że w sumie spadkobierców oraz ich współmałżonków jest aż dziewięcioro, musi upłynąć sporo czasu, by w końcu sprawcę zdemaskowano. Mnie aż do samego końca nie udało się dociec, kto winien, i choć po poznaniu rozwiązania jeden istotny element zagadki budzi moje wątpliwości (Uwaga: po kliknięciu pokażą się szczegóły fabuły lub zakończenia utworu), nie czuję się zawiedziona.

Bo intryga intrygą, ale ileż byłaby ona warta bez tej uroczej obudowy socjologicznej, doskonale oddającej klimat powojennych lat na brytyjskiej prowincji i różnorodność typów ludzkich?
Bez tych narzekań, że „dziś nie ma już takiej służby jak dawniej”[4], że dawniej „dziewczęta nie wychodziły za mąż za mężczyzn stojących za ladą”[5], a „w dzisiejszych czasach (…) wybierają sobie dziwnych mężów”[6].
Bez tego zdziwienia, „że tak piękna młoda kobieta” nie tylko chce pracować zawodowo, ale i „potrafi być tak praktyczna, tak znać się na rzeczy”[7]?
Bez tego gimnastykowania się, gdy chce się powiedzieć lub zasugerować coś, czego powiedzieć lub zasugerować w żadnym razie nie wypada („– Czy ciotka była z nią... bardzo blisko związana? – Pan Entwhistle spojrzał na nią z ciekawością, zastanawiając się, co miała na myśli”[8], „Tyle razy się słyszy o wzajemnej niechęci kobiet razem mieszkających... patologiczne motywy morderstwa”[9])?
Bez kapitalnych sylwetek postaci, czasem opisywanych ledwie w paru słowach tak wiele mówiących o danej osobie („Rosamund miała na sobie tylko czarną spódnicę i dość brudny żółty pulower, i - na ile pan Entwhistle mógł się wypowiadać - nic więcej”[10]), a niekiedy równocześnie o nastawieniu doń osoby opisującej (oto, jak o „biednym inwalidzie” Timothym wyraża się dochodząca pomoc domowa: „Odpowiada mu leżenie i dzwonienie na wszystkich, żeby mu przynosili to czy tamto. (…) Jeśli czegoś naprawdę potrzebuje, na przykład tabaki czy tytoniu, potrafi sobie poradzić”[11]), a kiedy indziej przedstawianych wcale niemniej dokładnie poprzez ich własne myśli (jak pokojówka Janet: „Co ma rząd czy kto inny do twoich prywatnych spraw? Proszę, ten spis ludności. Zadawali pytania o wiek... to już bezczelność. Zresztą tak właśnie im powiedziała. I odjęła sobie pięć lat. Dlaczego nie? Jeśli czuje się na pięćdziesiąt cztery lata, to znaczy, że ma pięćdziesiąt cztery lata! Pan Pontarlier przynajmniej nie pytał jej o wiek. Widać miał w sobie trochę przyzwoitości”[12])?

Dziś już takich postaci nie ma, a my je widzimy jak żywe – bo zostały unieśmiertelnione w „Po pogrzebie” i dziesiątkach innych powieści Królowej Kryminału.

[1] Agatha Christie, "Po pogrzebie", przeł. Anna Rojkowska, Wydawnictwo Dolnośląskie 2002, s. 33.
[2] Tamże, s. 20 .
[3] Tamże, s. 251.
[4] Tamże, s. 12.
[5] Tamże, s. 14.
[6] Tamże, s. 94.
[7] Tamże, s. 187.
[8] Tamże, s. 63.
[9] Tamże, s. 118.
[10] Tamże, s. 56.
[11] Tamże, s. 165.
[12] Tamże, s. 150.


(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 190
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: