Dodany: 2019-12-29 20:20|Autor: Pani_Wu

Redakcja BiblioNETki poleca!

Książka: Góry Kaczawskie słowem malowane
Gdula Krzysztof Jan

1 osoba poleca ten tekst.

Zimowy wędrowiec


Pasjonat, fotograf, samotnik, kochanek różanopalcej Eos, Odys szukający swojej Itaki na ośnieżonych szlakach Dolnego Śląska, a może Włóczykij? Kim jest, czego szuka lub przed czym ucieka Krzysztof Gdula?
Po raz drugi zanurzyłam się w świat widziany oczami autora, zinterpretowany oraz ubrany w słowa i fotografie zrobione przez niego. W świat, który znam po swojemu, mieszkając w okolicach, po których wędruje. Napisał na swoim blogu:
"Tyle jest obrazów świata, ilu jest patrzących"[1].

Początek wędrówek sięga roku 2011. Wtedy zaczęła się jego Odyseja po Górach Kaczawskich, a zarazem poszukiwanie jej sensu. Sensu, który pojąć mogą tylko podobni Jemu wędrowcy:
„... nie rozumieją mojego wstawania nad ranem w niedzielę i dalekiej podróży, żeby chodzić cały dzień po wertepach, nierzadko w deszczu i błocie. (...) Zresztą, jak tamtym wytłumaczyć moją potrzebę wędrówki, skoro nie bardzo potrafię wytłumaczyć jej sobie?” [2]
Tajemnicą jest dla mnie, dlaczego wiosną i latem autor wędrować nie może i, jak sam pisze, "pozostają mi krótkie, bo jednodniowe, jesienne i zimowe rendez-vous, dni nierzadko kradzione mojej rodzinie, oraz niepewne plany na przyszłość"[3]. Szkoda. Mnie brakowałoby widoku kolorowych, górskich łąk w porze kwitnienia, ciepłego wiatru i brzęczenia owadów. Nie tłumaczy tej pasji wyłącznie ciężka praca w trudnych warunkach, w zimnym warsztacie lub pod gołym niebem. "Cieszyłem się myślą o tym wyjeździe tak, jakbym miesiące całe nie był na włóczędze. Cieszyłem się wybierając buty i szykując je do drogi, cieszyłem się myślą o doborze ubrań, pakując plecak i szykując kanapki, a nawet wyobrażając sobie skomplikowaną gimnastykę przy zakładaniu i sznurowaniu butów w samochodzie. Cieszyła mnie moja radość"[4]. Kto nie przeżył takich emocji, nie zrozumie. Po prostu.
Autor przywiódł mi na myśl Włóczykija. On także przychodził do Doliny Muminków wiosną, a ruszał na wędrówkę późną jesienią, gdy Muminki zasypiały na zimę. Mam nadzieję, że autor wybaczy mi to porównanie.

Krzysztof Gdula zazwyczaj wędruje samotnie, wyrusza z Leszna o trzeciej nad ranem, by zdążyć przed świtem dotrzeć w Góry Kaczawskie i powitać jutrzenkę, mityczną tytanidę Eos.
„W szacie o barwie szafranu spłynęła Eos na ziemię”[5].
Tym wersem Homer rozpoczął ósmą Pieśń Iliady, a autor - rozdział swojej książki. Ten cytat zawiódł mnie na trop bloga, w którym znalazłam opisy kilku tych samych wędrówek co na blogu i w książce autora "Gór Kaczawskich słowem malowanych", a także zdjęcia obu panów. Tak oto objawił mi się wspominany w książce współtowarzysz niektórych wędrówek autora, także fotograf i bloger, Jan Łęcki.

Góry Kaczawskie, na podobieństwo Olimpu, zamieszkują greccy bogowie. Oprócz Eos spotkamy Zeusa, Boreasza, Meandra, Heliosa i innych. Jedni usiłują zdmuchnąć autora ze skały, inni psują piękny spektakl jutrzenki:
"Tak więc oczywistym sprawcą chmurnych brzasków bez kolorów jest Zeus, ten stary pierdoła z myszami w brodzie, a nie biedna i samotna Eos"[6] - tłumaczy autor po przytoczeniu boskich ploteczek na temat prowadzenia się herosów i tytanid, po czym szczerze wyznaje - "Że podkochuję się w niej i dlatego bronię? Ależ tak! Jakże być obojętnym na jej urok?"[7]
Olimpijscy bogowie zaludnili europejską kulturę tak dawno temu, że ich obecność, na zimnej dla nich północy, nie dziwi. Dlaczegóż więc miałby dziwić Odyseusz, jako zimowy wędrowiec?
Czy autor chciałby, na podobieństwo Odyseusza, dotrzeć do swojej Itaki?
"Chciałbym mieć dom. Zbudowałbym go z kamienia, cegły i drewna. Miałby dużą werandę, z której mógłbym, siedząc w wiklinowym fotelu, patrzeć na deszcz. Dom miałby także spadzisty dach z pokojem na poddaszu, wielką bibliotekę i kominek, w którym mieściłyby się grube pnie drewna. (...) Karmiłbym sarny podchodzące pod dom i wiewiórki biegające po dachu, czytałbym lub patrzył na ogień w kominku, chodziłbym po górach i słuchał Bacha. (...) Wybrałem już miejsce na ten mój dom, jest na zboczu Mojego Wzgórza"[8],

Ciekawie czytało mi się gawędy o wędrówkach po Górach Kaczawskich. Pora roku też jest odpowiednia, by wczuć się w klimat krótkich, chłodnych dni, opadów śniegu lub deszczu, uśpionej przyrody. Nie sposób opisać w recenzji wszystkich wątków, na które natrafiłam w książce. Polecam uwadze fragment o butach. kto wędruje, ten wie, jak bardzo są ważne. Także o zwierzętach, które się pojawiają, lampce wina w Zaczarowanym Ogrodzie, napotkanym tubylcu, który zapytany o ścieżkę w poprzek góry odparł: "Jak się zna drogę, to się przejdzie"[9], o jaskiniach i wiele, wiele innych.
Życzę przyjemnej, nieśpiesznej lektury na długie, zimowe wieczory!

[1] http://krzysztofgdula.blogspot.com/2019/08/cegy-i-samochody.html
[2] Krzysztof Gdula,"Góry Kaczawskie słowem malowane", Wydawnictwo PrimoLibro 2019, s. 36-37.
[3] Tamże, s. 174.
[4] Tamże, s. 100.
[5] Homer, "Iliada. Pieśń VIII", z pamięci.
[6] Krzysztof Gdula, op.cit., s. 88.
[7] Tamże, s.88.
[8] Tamże, s. 62.
[9]Tamże, s. 101.


(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 569
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 3
Użytkownik: KrzysztofOpiekun BiblioNETki 2019-12-31 00:03 napisał(a):
Odpowiedź na: Pasjonat, fotograf, samot... | Pani_Wu
Pani_Wu, dziękuję bardzo za tak ładny tekst i za przychylność.
Jeśli Włóczykij wyruszał na zimowe wędrówki nie chcąc tracić czasu na długi sen zimowy, to znajduję w nim bratnią duszę. Nierzadko bywa tak, że widząc zniechęcające prognozy pogody na niedzielę, pojawia się myśl o rezygnacji z wyjazdu, o godzinach w fotelu, z książką w ręku, ale nigdy nie zostałem, ponieważ najzwyczajniej szkoda mi dnia.

Kiedyś tak się złożyło, niekoniecznie po mojej myśli, że zacząłem pracę w lunaparku mającym siedzibę w Lesznie. Nie spodziewałem się, że osiądę tutaj na lata. Lunapark czynny jest od wczesnej wiosny do jesieni, a pracuje się w nim siedem dni w tygodniu. Normą jest tutaj praca przez parę miesięcy bez dni wolnych, bo te dostaje się tylko w wyjątkowych okolicznościach, natomiast jesienią i zimą, kiedy trwają prace remontowe w bazie firmy, godziny pracy bardziej przypominają współczesne normy socjalne. Nawet wolną sobotę można dostać, a niedziela – proszę sobie wyobrazić – każda jest wolna. No… prawie każda.
Taki jest powód moich niemal wyłącznie jesiennych i zimowych wędrówek. W przyszłym roku przechodzę na emeryturę, dlatego nie warto już czegokolwiek zmieniać, zwłaszcza, że wynagrodzenie do najniższych nie należy.
Obiecuję sobie wiosenne i letnie wędrówki po zakończeniu pracy, czyli już niedługo.
Kolorów w czasie wędrówek i mnie brakuje, ale te zimowe wyjazdy tak długo już trwają, tak są cenne dla mnie, że bywa, iż tłumię w sobie wyobrażenia letnich włóczęg, dostrzegając w nich coś podobnego do zdrady tych moich szarych zimowych dni.
Moich przecież dni.

Twój tekst, Magdo, pomógł mi wyraźniej dostrzec tkwiącą w moich książkach dwoistość.
Kryje się ona między klasyfikacją (podróżnicze), a nader niewielką ilością informacji przydatnych dla turystów. Potencjalny wędrowca znajdzie w nich niekoniecznie to, czego się spodziewał, a znowu ten, który chciałby poczytać plotki o Eos albo fantazje na temat jesiennych dźwięków, nie sięgnie po tę książkę, nie spodziewając się w pozycji podróżniczej takich treści.
W tej sprzeczności tkwi nie tylko atut, ale i trudność w dotarciu do czytelników.
Użytkownik: Pani_Wu 2019-12-31 01:25 napisał(a):
Odpowiedź na: Pani_Wu, dziękuję bardzo ... | KrzysztofOpiekun BiblioNETki
Krzysztofie, czyż nie po to piszemy recenzje, żeby czytelnikom przybliżyć książkę? To jest po prostu przewodnik bardzo subiektywny.

Dziękuję za wyjaśnienie mi powodów zimowych wędrówek. Powód, co prawda, prozaiczny, ale ileż teorii pozwolił zbudować! Tak, szare zimowe dni są nostalgiczne i pełne melancholii, mają swój urok. Jakże zaskoczą Ciebie Góry Kaczawskie, gdy odwiedzisz je latem! Ciekawe czy obok różowego porfiru w Sędziszowej nadal kwitnie pachnące kapryfolium. Kierując się w stronę Nowego Kościoła są odkrywki agatów. Szosa wije się przełomem Kaczawy, a na poboczu rosną, blisko siebie, dwa, stare świerki. Agaty z Nowego Kościoła mają niepowtarzalną barwę. Ciekawe, czy jeszcze można je znaleźć.

Pozdrawiam!
Użytkownik: KrzysztofOpiekun BiblioNETki 2020-01-01 23:37 napisał(a):
Odpowiedź na: Krzysztofie, czyż nie po ... | Pani_Wu
W bezpośrednim sąsiedztwie Nowego Kościoła nie szukałem agatów, ale na zboczach nieodległego Piekiełka, między Wygorzelem a Wołkiem, owszem. Kiedyś spotkałem tam małżeństwo poszukiwaczy agatów, nauczyli mnie rozpoznawać geody, i tam właśnie udało mi się kilka ich znaleźć. Pamiętam, że byłem bardzo z siebie zadowolony – jakbym odkrycia dokonał.
Wcześniej próbowałem znaleźć coś na zboczu Dłużycy, po drugiej stronie rzeki, ale chyba za mało miałem wtedy wiedzy o poszukiwaniu geod.
Niewątpliwie nadal są zbierane, co widać chociażby po wykopach robionych przez poszukiwaczy.
Gdzieś w okolicy, chyba nawet w samym Nowym Kościele, jest dom z tablicą informującą o sprzedaży lokalnych agatów. Mam w planach kupienie tam kilku okazów dla uzupełnienia mojej skromnej kolekcji. Kamienie, a już zwłaszcza agaty, mają w sobie coś tajemniczego i pociągającego.
Widok przełomu Kaczawy w pobliżu Nowego Kościoła kiedyś bardzo mnie zaskoczył. Będąc w odwiedzinach u źródła Piekiełka, postanowiłem poznać zakamarki wielkiej polany wciskającej się w okoliczne lasy. Po dojściu do drzew, zobaczyłem wolną przestrzeń między nimi. Zaciekawiony wszedłem w las i… Łał, jak tu ładnie! – powiedziałem sobie, stojąc na szczycie stromego zbocza przełomu. Największy jest właśnie tam, między Wygorzelem a Dłużycą.
Ech, poszedłbym tam!
Już miesiąc nie byłem na włóczędze.
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: