Dodany: 2019-11-03 22:36|Autor: Meszuge

Książka: Bezsenność w czasie karnawału
Głowacki Janusz

1 osoba poleca ten tekst.

Janusza już więcej nie będzie...


Starość się Panu Bogu nie udała. Z powodów różnych bardzo, ale tu zwracam uwagę na jeden: wraz z upływem czasu coraz częściej pojawiające się stwierdzenie „już nie”. Umierają jakby częściej ulubieni i podziwiani autorzy, reżyserzy, aktorzy, fotografowie, więc nie będzie więcej ich filmów, książek, zdjęć… już nie. Tym niemniej wolny jestem, jak sądzę, od taniego sentymentalizmu dzieł (słów) ostatnich. Książka nie staje się lepsza przez to tylko, że okazała się ostatnia. Odporność na takie właśnie rozczulanie się pokazałem chyba wystarczająco dosadnie w krytycznej opinii „Ostatniego wykładu” Randy’ego Pauscha i Jeffreya Zaslowa. Stwierdzenie „już nie” (jakże ja go nienawidzę!) oznacza tyle i tylko tyle: Janusz Głowacki nie żyje, nic więcej już nie napisze – a szkoda. Szkoda, bo z grona współczesnych pisarzy polskich warsztat miał najlepszy. Później długo nic, dalej Mika Dunin oraz Jerzy Seipp. W przypadku Głowackiego nie interesowały mnie, albo interesowały w stopniu niewielkim, jego przekonania, wierzenia i poglądy. Nie wchodziłem z nim w polemikę, nie szukałem podobieństw. Podobnie było z jego życiem, wydarzeniami, sytuacjami. Ważne było to i tylko to, jak o nich pisał. A pisał fantastycznie, znakomicie!
 
O tym, że książka „Bezsenność w czasie karnawału” zbudowana jest na wzór i podobieństwo „Z głowy”, wydaje się oczywiste, choć niekoniecznie sam autor taki ostateczny kształt jej nadał. Nie ma to dla mnie znaczenia – liczą się bowiem teksty i ich wymowa, klimat, nastrój. Kolejność i zakończenie wydają mi się mniej ważne.
 
„Ja te notatki robiłem w różnych miejscach. W Warszawie też. Ale i w Nowym Jorku, Miami, Los Angeles, Moskwie, Stambule, Kijowie, Charkowie. W knajpach, hotelach, na lotniskach, kiedy w nocy zmieniałem samolot, a także w burdelach w Tajpej…”[1].
 
Podczas lektury pierwszych kilkudziesięciu stron coś dobijało się do mojej pamięci, coś chodziło mi po głowie. I w końcu znalazłem:
„Bo czymże jest pisarstwo i co to znaczy być pisarzem? Po latach wydaje mi się, że chodzi po prostu o obecność w rzeczywistości i własnym życiu, obecność całym sercem, umysłem i duszą, i nieustanne poszukiwanie w nich wciąż nowych sposobów, technik i metod na zrozumienie, doświadczenie, pokazanie tego, co – tylko pozornie – wydaje się oczywiste, zwyczajne, może nawet powszednie i banalne. Chodzi również o to, aby być uważnym, bo w rzeczywistości, także w życiu, nic chyba nie jest oczywiste, niewiele – zwyczajne, a jeszcze mniej – powszednie czy banalne.
[…]
Musiał jeszcze minąć jakiś czas, zanim przyjaciel, któremu pokazałem swój kolejny tekst, po przeczytaniu go zawołał zdumiony: »Tobie zdarzają się rzeczy kuriozalne!«. Mogłem się tylko uśmiechnąć. Wiem, że opisane zdarzenie było zupełnie zwyczajnym elementem codzienności, ale teraz i ja najwyraźniej potrafiłem tworzyć wizje rzeczywistości z materii słów”[2].
 
O ile jednak autorowi „Przebudzenia” zdarzało się czasem, rzadko dosyć, to Głowacki robił to automatycznie i odruchowo. Ptaki na parapecie biją się o okruchy? I co w tym ciekawego? Niby nic, ale Janusz Głowacki z każdego wydarzenia, okoliczności, sytuacji, obserwacji, potrafił zrobić COŚ i cynicznie, złośliwie, kpiąco, to skomentować, opisać.
 
„Bezsenność w czasie karnawału” to tytuł jednego z tekstów w książce, a jest ich w niej wiele, na tematy przeróżne (współczesna Polska, wspomnienia amerykańskie, kariera itd.). Nocne błądzenie po mieście w czasie karnawału, wspomnienia i bieżące przeżycia, obserwacje, przemyślenia, wnioski, obrachunki osobiste starego człowieka, wydają się motywem przewodnim całości.
 
„…zastanawiam się, czy jak człowiek długo pożył i się napatrzył, to się ma jeszcze prawo uważać za przyzwoitego czy już niekoniecznie. Przecież nawet świnia by się wyrzygała”[3].
 
Z Głowackim nie trzeba się zgadzać – to dzieło sztuki i albo się podoba, albo nie. Jaki sens miałoby upieranie się, że nie zgadzam się z Picassem, Szymanowskim, Rodinem?
 
Na zakończenie, w „Epilogu”, o ojcu opowiada Zuza Głowacka (naprawdę – Zuza, tak jest w książce, nie Zuzanna, ale właśnie Zuza), starając się jakby ocieplić obraz Głowackiego, opowiadając o jego szczególnym stosunku do zwierząt i lękach. Zdradza tam także, jak sam Janusz Głowacki planował zakończenie „Bezsenności w czasie karnawału”, co jednak, jak wiadomo, nie było mu dane.
 
[1] Janusz Głowacki, „Bezsenność w czasie karnawału”, wyd. W.A.B., 2018, s. 35.
[2] Meszuge, „Przebudzenie. Droga do świadomego życia”, wyd. Druga Strona, 2014, s. 13-15.
[3] Janusz Głowacki, op.cit., s. 7.

Od redakcji:
Recenzja była wcześniej publikowana na innym portalu czytelniczym/stronie księgarni internetowej/blogu.

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 113
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 1
Użytkownik: fugareOpiekun BiblioNETki przedwczoraj, 09:26 napisał(a):
Odpowiedź na: Starość się Panu Bogu nie... | Meszuge
Podoba mi się taki bardzo osobisty styl recenzji. Bezsenność.. to ostatnia książka autora i pierwsza przeczytana przeze mnie. Nie czytywałam Janusza Głowackiego, bo robił na mnie niedobre wrażenie człowieka zblazowanego, cynika i pozera, więc nie bardzo mnie interesowało to co tworzy. Po przeczytaniu Bezsenności.. zgadzam się, że jego sposób pisania jest porywający, prawdziwy, płynie się przez książkę, a nie wiosłuje z mozołem. Nie ma się poczucia, że coś w tekście zgrzyta - i to jest właśnie TO.
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: