Dodany: 2019-10-05 20:55|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Tajemnica dryfującej łodzi


Sympatycy pisarstwa Ann Cleeves nie musieli długo czekać na kolejny tom serii szetlandzkiej – polskie premiery „Błękitu błyskawicy” i „Martwej wody” odbyły się w odstępie niespełna czterech miesięcy. Jest on nawet krótszy niż ten, który dzieli wydarzenia rozgrywające się w obu tomach. Bo od ostatniej wielkiej sprawy, z jaką mieli do czynienia funkcjonariusze z Lerwick, upłynęło mniej więcej pół roku.

Pół roku, w ciągu którego inspektor Jimmy Perez wciąż jeszcze nie pozbierał się po osobistej tragedii. Niby „wrócił na pół etatu”, ale „ciągle jest pod opieką lekarza”[1] i kiedy Sandy Wilson informuje go o bieżących wydarzeniach, zasłania się zwolnieniem lekarskim jak tarczą. A wydarzenia nie są błahe, bo właśnie prokurator Rhona Laing znalazła zwłoki mężczyzny w łodzi dryfującej po morzu nieopodal przystani w Aith. Denat nie ma przy sobie dokumentów, lecz niespodziewanie Sandy rozpoznaje w nim dalekiego kuzyna, syna właścicieli hotelu w Ravenswick. Jerry Markham po studiach popracował trochę w lokalnej gazecie, a potem wyjechał na południe, gdzie „pisał do jednej z tych wielkich londyńskich gazet drukujących tylko poważne artykuły”[2]. Jego rodzice twierdzą, że w rodzinnej miejscowości natrafił na jakiś wyjątkowy temat. Być może miało to związek z kwestiami energii, bo na Wyspach toczą się spory między zwolennikami różnych metod jej pozyskiwania. Bez względu jednak na te pierwsze informacje, zabójstwo jest zabójstwem i trzeba wezwać ekipę śledczą z Inverness, w której w międzyczasie inspektora Roya Taylora zastąpiła kobieta. Willow Reeves jest mniej więcej w wieku Sandy’ego, cechuje się bezpretensjonalnym (w oczach prokurator Laing aż za bardzo…) sposobem bycia i nieco – ale tylko nieco, nie na tyle, by zrazić do siebie osoby pracujące pod jej kierunkiem – dominującym charakterem. Kiedy Jimmy po rozmowie z rodzicami denata postanawia jednak dołączyć do śledztwa, obydwoje trochę się obawiają, czy uda im się bezkolizyjnie współpracować. A to byłoby bardzo potrzebne, bo im więcej informacji udaje się zebrać, tym więcej pojawia się mylnych tropów…

Czytelnik, patrzący na tę sprawę z zewnątrz, z pozoru powinien te mylne tropy zidentyfikować wcześniej, niż policjanci, jednak zacytowana na okładce wypowiedź recenzenta „Publishers Weekly” – „będziecie zgadywać tożsamość mordercy do ostatnich stron”[3] – okazuje się ani trochę nieprzesadzona. Zwłaszcza, że my tak samo jak śledczy nie wiemy, kto nie powiedział im całej prawdy. Przez blisko pięćset stron tkwimy w nieustannym napięciu, czego nie zmienia stosunkowo statyczna akcja, bo „statyczna” nie znaczy w tym przypadku „pozbawiona spektakularnych zwrotów”, lecz raczej „dostosowana do powolnego tempa życia wyspiarzy”.

Nieodłącznym atutem całej serii jest właśnie kapitalne ukazanie tego tempa i wpływającej nań miejscowej scenerii – mrocznej, chłodnej, wymuszającej na mieszkańcach dostosowanie się do określonych ograniczeń – oraz świetna galeria postaci, scharakteryzowanych niby to pobieżnie, lecz całkiem wyraziście. Ileż dowiadujemy się między wierszami o „Żelaznej Dziewicy” Rhonie Laing, a nawet o Marii Markham czy Richardzie Greyu, choć są to osoby występujące ledwie w paru scenach! A Willow Reeves niemal od pierwszej chwili budzi sympatię, zresztą nie tylko czytelnika: w jej towarzystwie nawet w pogrążonym w depresji Jimmym krew jakoś szybciej krąży. Pewnie ją jeszcze nieraz spotkamy, bo wszak ekipa z Inverness będzie musiała przybywać na miejsca wszystkich poważniejszych zbrodni; a tych będzie przynajmniej trzy, o ile autorka nie zmieni wstępnego zamysłu poprzestania na ośmiu tomach.

Na koniec trochę drobnych uwag technicznych. Przy generalnie starannej korekcie i redakcji wymknęło się tylko parę literówek (najzabawniejsza z nich sprawiła, że pewien świadek „wciąż spawał wrażenie przygnębionego”[4]) i jedno drobne niedociągnięcie translatorskie (Rhona snuje marzenia o Izbie Lordów, gdzie zasiadałaby jako „baronowa Laing z Aith”[5], sęk w tym, że angielski termin „baroness” może mieć po polsku dwa znaczenia: albo „baronowa”, czyli żona mężczyzny posiadającego tytuł barona, albo „baronessa”, czyli kobieta, która sama taki tytuł nosi, bez względu na swój stan cywilny. I w tym przypadku mowa o tej drugiej ewentualności). To jednak w czytaniu nie przeszkadza, za to na pewno w nim pomaga – podobnie jak i w przypadku wcześniejszych tomów – kapitalna grafika okładkowa, wprowadzająca w klimat powieści lepiej, niż w wydaniu angielskim. Prawda, że dla samych okładek książek się nie kupuje, ale jeśli się już je ma, to miło, gdy prócz dostarczania pozytywnych wrażeń wyglądają też ładnie na półce.

[1] Ann Cleeves, „Martwa woda”, przeł. Sławomir Kędzierski, wyd. Czwarta Strona, 2019, s. 26.
[2] Tamże, s. 35.
[3] Tamże, z okładki.
[4] Tamże, s. 178.
[5] Tamże, s. 189.

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 133
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: