Dodany: 2019-09-15 16:24|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Redakcja BiblioNETki poleca!

Książka: Córki chcą inaczej
Kobylińska-Masiejewska Eugenia (Kobylińska Eugenia)

3 osoby polecają ten tekst.

Niełatwo mieć szesnaście lat


Zachciało mi się sentymentalnych powtórek lekturowych po latach. Tym razem padło na jedną z powieści dla młodzieży, które swego czasu zrobiły na mnie spore wrażenie, choć tej nie pokochałam tak, jak „Tabliczki marzenia” i „Zawsze jakieś jutro”. Ale wrażenie robi i dziś, mimo, że czasy się tak bardzo zmieniły…

Rok szkolny 1960/61. Powoli zaczyna dorastać pokolenie urodzone pod koniec wojny i zaraz po niej; samo już jej nie pamięta, ale jeszcze odczuwa jej skutki: w tym czy owym domu nie ma ojca, w innym jest, „ale wojna go nauczyła pić”[1], a powojenne szykany za akowską przeszłość sprawiły, że zamiast porzucić nałóg, wpadł weń z jeszcze większą siłą. Są i półsieroty niebezpośrednio wojenne, których matki czy ojcowie poumierali w pierwszych latach po wojnie na skutek rozmaitych chorób, być może wynikających z wcześniejszej nędzy i głodu. Nawet w pełnych rodzinach w większości żyje się skromnie, a od nastolatków oczekuje, że oprócz uzyskania zadowalających wyników w nauce będą systematycznie pomagały w domu: przynosiły węgiel z piwnicy, opiekowały się młodszym rodzeństwem, trzepały dywany. I większość z nich to robi, może dlatego, że pokus odciągających od obowiązków nie ma tak wiele, żadnych komputerów, smartfonów (ba… mało kto ma nawet zwykły stacjonarny aparat telefoniczny…), żadnych dyskotek czy klubów, gdzie by mile widziano nieletnią młodzież, a spotkania towarzyskie albo na łonie natury, albo w domach, pod czujnym okiem rodziców czy dziadków.

Oczywiście, każdy dojrzewa w swoim tempie, dlatego prawie już szesnastoletnim bohaterom zdarzają się zachowania dość jeszcze dziecinne, które można by równie dobrze przypisać dwunasto- czy trzynastolatkom (kto nie wróci myślą do podstawówki, czytając, jak „mściwy Rysiewicz napisał na ścianie w ubikacji: »Klara-stara gitara«”[2]?), i nad podziw dojrzałe… i takie, których nikt by nie chciał widzieć ani u dzieci, ani u dorosłych.

Każda jednostka wchodząca w skład z tej mniej więcej dwudziestoosobowej gromady, którą widzi co dzień wychowawczyni IXB (czyli późniejszej pierwszej licealnej), polonistka Klara Sieluszko, trafiła w życiu na inną konfigurację czynników, sprawiających, że albo musi, chcąc nie chcąc, nieść jakieś brzemię, często za ciężkie na szesnastoletnie ramiona, albo sama takie komuś narzuca. Ten się nie uczy, ów chuligani i drwi sobie ze wszystkich. Ta patrzy, jak na jej oczach rozpada się małżeństwo rodziców, inna jest świadkiem, jak kochany kiedyś ojciec powoli niszczy swoim pijaństwem spokój rodziny, kolejna opuszcza się w nauce przez zbyt wiele domowych obowiązków, przez nazbyt wygórowane oczekiwania bliskich albo przeciwnie, przez nadmiar tolerancji, a jeszcze inna cierpi, bo „zabito w niej wiarę, że jest przynajmniej miła. I to jednym słowem »klucha«”[3].

Patrzymy na te sytuacje to z punktu widzenia samych bohaterów danej sceny lub ich najbliższych kolegów, to ich rodziców czy dziadków, to wychowawczyni, to znów postaci poniekąd przygodnej, ale przypadkiem mocno zaangażowanej w dwa z poruszanych wątków osobistych. I ciepło nam się robi, gdy widzimy, jak wiele można wygrać za pomocą tolerancji, wyrozumiałości, cierpliwości, dobrego przykładu, jak wiele da się odzyskać dzięki życzliwości innych. Któż by nie chciał mieć takiej wychowawczyni, jak pani Sieluszko, takiego podopiecznego, jakim ostatecznie okazuje się rozhukany sportowiec Zenek, takiego kolegi, jak Danek, Rudek czy Staszek, takiej przyjaciółki, jak Alina czy Wiesia, takiej córki, jak Kasia, takiej babci rodzonej, jak Agata, albo chociaż przyszywanej, jak Wincunia! A skoro chciałby, to niech też sam spróbuje być jak ktoś z nich!

Ten jasny morał wcale nie psuje odbioru powieści, nie spłaszcza wzruszeń (których w zależności od tego, jak bardzo mamy oczy na mokrym miejscu, może być odrobinka albo cała fura) i nie zafałszowuje rzeczywistości (bo przecież nie wszystkim wszystko się udaje…). Współczesnemu czytelnikowi może jedynie przeszkadzać momentami nazbyt archaiczny język (gdy na przykład w skądinąd żywy, realistyczny dialog nastolatek wkrada się sformułowanie jak z przedwojennej powieści dla pensjonarek: „Jeżeli po to wzywałaś mię, odrywając od lekcyj…”[4]), ale tę niedogodność wynagradza na przykład piękne przemyślenie pani Klary, które mogłoby się znaleźć w powieści nie tylko młodzieżowej:

„Zdarzają się w życiu dni upamiętnione ważkim zdarzeniem albo znów zatłoczone przeżyciami powszednimi, które doskonale mogłyby się rozłożyć na poprzednie albo następne tygodnie i miesiące, ale jedne i drugie pomagają człowiekowi odnaleźć zagubioną pamięć o samym sobie. Są to słupy etapowe w życiu człowieka. Pamiętamy nie tylko wszystko, co się wtedy działo, lecz pamięć wydobywa z mroku wypadki poprzedzające i rzutuje na dni następne. Bo człowiek łatwo gubi sam siebie w natłoku powszedniości i tylko te dni niezwykłe, albo szczęśliwe, albo tragiczne, reflektorem oświetlają mu przeszłość. Dlaczego dzieciństwo pamięta się najwyraźniej? Bo wszystko to jest wtedy wyraziste, osobliwe i świeże. Później znika urok świeżości, zaczyna się powszedniość: zmęczenie, codzienne kłopoty, dni się zamazują, zlewają i któż może dokładnie przypomnieć sobie, co robił i co myślał pół roku, a tym bardziej dziesięć lat temu? Szarzy ludzie szczególnie się gubią w szarości swoich dni powszednich. Chyba, że w którymś z nich tkwi jeden z tych »słupów«”[5].

[1] Eugenia Kobylińska-Masiejewska, "Córki chcą inaczej", wyd. Wydawnictwo Morskie, 1966, s. 41.
[2] Tamże, s. 58.
[3] Tamże, s. 178.
[4] Tamże, s. 8.
[5] Tamże, s. 296.

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 434
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: