Dodany: 2019-09-10 11:48|Autor: KazikLec

O książce, co capiła kradzioną, wepchniętą pod dywan rybą


Islandia pachnie morzem, śniegiem i owieczką. Islandia potrafi też cuchnąć zgniłą płaszczką i zdechłym rekinem – podobnie capi ta książka, która nieudolnie zakopała zwłoki kopii kota, po latach wreszcie odgrzebane, ale na rzecz recenzji zignorujmy na chwilę ten smród.

Sięgając po „Rekina i barana” wydawało mi się, że tekst będzie miał dość personalny charakter: pojechałam na Islandię, poznałam ludzi takich i takich, chwile zadumy i wesołe anegdotki przeplatane historycznymi ciekawostkami. Tymczasem książka jest niepodziewanie… zdystansowana. Wyjątkiem jest początek i zakończenie, gdzie przy tych wszystkich ochach i achach z kolei przydałoby się wprowadzenie zasady „show, don’t tell”. Co do właściwej treści, przeważa snucie historii o zamierzchłych obyczajach (co samo w sobie nie jest złe, ale wrócimy do tej myśli). Jeżeli Biernat faktycznie opierała niektóre fragmenty na swoich własnych przeżyciach (np. opis imprezowego piąteczku w Reykjaviku), to odmalowała to w wyjątkowo odległy sposób, jakby relacjonowała opisy zasłyszane u kogoś innego. Ale o tym zaraz.

Według autorki Islandczycy to nacja mrukliwa, stawiającą na praktyczność i konkret w konwersacji. Szkoda, że islandzki styl nie zainspirował Biernat, bo „Rekin i baran” ma napuchły, przegadany styl, przeplatany wszelkimi owami, iżami i aniżelami, czasem w nieznośnej kombinacji z wybiórczym wyrzucaniem czasowników na koniec. To, co można powiedzieć w jednym prostym zdaniu, zostaje rozwodnione na trzy (przez co mamy takie kwiatuszki, jak tłumaczenie czytelnikowi, że to takie żółte, mlecz, robi się potem puchate, i jak jest puchate, to wtedy nazywa się dmuchawiec). Nie może być też tak, że jakiemuś rzeczownikowi pożałujemy epitetu, więc tekst puchnie i rośnie w ustach. Ale o tym zaraz.

„Rekin i baran”? Bardziej „Groch i kapusta”. Książka jest bardzo chaotyczna – skaczemy z okresu w okres, rozdziałom (i całości) brakuje myśli przewodniej czy centrum pozwalającego na selekcję materiału, tematy są nierównomiernie rozłożone (chociażby wyliczanka przesądów). Kolejne części urywają się w dziwnych miejscach, a wspomniane w książce trollice polujące na pustkowiach mogą się uczyć sztuki zasadzki od czających się w tekście dygresji. Przykładowo: w książce jest fragment o historii Prince Polo na Islandii, i tak sobie idzie przez jakieś trzy strony głównie o przemycie, gdy wtem!, jedno zdanie o tym, że Mikołaj przynosi niegrzecznym dzieciom ziemniaki. Bum, koniec rozdziału. Ale o tym…

… w zasadzie już. „Rekin i baran” został przeze mnie kupiony jakoś tuż po premierze, i dopiero kilka dni po zakupie dotarło do mnie info, że autorka dość dużo sobie pożyczyła bez pytania. A że nie mam ochoty bawić się w dłubanie „zgaduj zgadula, co tu nie hula, co jest autentyk, a co jest bzdura” – „Rekin i baran” wylądował na dnie czytnika. W tym czasie zdążyła zrobić obieg tabelka porównująca pożyczone fragmenty z oryginałami (wielki szacun dla jej twórcy!), a sam Pudelek doniósł czytelnikom o plagiacie autorów bloga Bite of Iceland – no, chyba lepszy moment na odkopanie tej pozycji już się nie nadarzy. Nawet bez wiedzy o całej sprawie przy lekturze uderza absolutny brak przypisów. Ilość importowanych ton wielorybiego mięsa, przemyślenia Tarantino po weekendziku na Islandii, szczegółowy opis zwyczajów wikingów – to nie jest coś, co się wymyśla samemu z siebie czy doświadcza na własnej skórze. A jednak w całej książce jest tylko jeden, jedyny przypis (aż mi się zrobiło „:O” na jego widok). Który wyjaśnia pokrótce, kto to był Sigurdsson. Po co, skoro zostało to objaśnione w tekście głównym w jednym z poprzednich rozdziałów? Dlaczego ze wszystkich przetoczonych postaci akurat on, skoro i tak nie był to wtręt konieczny dla zrozumienia kontekstu? Kto to wie! Podobnie trudno wyjaśnić, dlaczego autorka udaje, że bibliografia nie jest bibliografią, tylko sekcją „Dla zainteresowanych” – no mnie na przykład bardzo zainteresowało, dlaczego nie zostały w niej wspomniane polskie artykuły, z których chociażby garściami były czerpane opisy strajku kobiet.

Chaotyczna narracja, wciskane na siłę epitety i rozmydlenia mające zmylać trop, pomieszanie tematów… Przy plagiatowaniu też trzeba koncepcji i kreatywności (może nawet większej, niż przy samodzielnej pracy!), spajającej ten kolaż, bo inaczej rażą niestarannie domalowane dodatki i odsłonięte szwy. Mimo wszystko polecam „Rekina i barana” (no, nie kupować, tylko pożyczyć z biblioteki czy coś). To piękny przykład tego, jak trudną sztuką jest pisanie i co się dzieje, gdy próbuje się biec przy niej na skróty, przeskakując ważne etapy przy tworzeniu, z których nie zawsze zdajemy sobie sprawę. Ku przestrodze. Lekturę polecam przegryzać miśkami Haribo.

[Recenzja została wcześniej (09.09.2019) opublikowana na serwie LubimyCzytać w nieco rozszerzonej formie pod pseudonimem "Kazik".]

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 209
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 1
Użytkownik: LouriOpiekun BiblioNETki 2019-09-11 09:23 napisał(a):
Odpowiedź na: Islandia pachnie morzem, ... | KazikLec
Bene!
Warto wspomnieć, że p. Biernat nieudolnie i żałośnie broni się i wypiera wszystkich zarzutów - szkoda słów!
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: