Dodany: 2019-09-09 11:51|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Czytatnik: Czytam, bo żyję

3 osoby polecają ten tekst.

Gdzież to literackie okno do raju dzieciństwa?


Jest taka mała miejscowość, w której nigdy oficjalnie nie mieszkałam, nawet na czasowo, ale gdyby zliczyć cały spędzony tam czas, może by się okazało, że było go więcej, niż w którymś z miast, w których byłam zameldowana na stałe. Arkadia mojego dzieciństwa, kraina bzu, floksów i lwich paszczy, białych poziomek, czarnych morw i złotobrązowych agrestowych konfitur, chleba prosto z piekarni, twarożku z miętą i ciastek na smalcu, i najwspanialszej biblioteki pod słońcem – nie dlatego, żeby była jakaś szczególnie wielka ani dobrze zaopatrzona, ale dlatego, że czytelnika, nawet takiego sezonowego, jak ja, traktowano tam jako KOGOŚ wyjątkowego, kto przyszedł po COŚ wyjątkowego, i na ogół to COŚ otrzymywał, zapamiętując wrażenia na długie lata. Nie mam tam już miejsca, gdzie bym się mogła zatrzymać, więc i bywam rzadko, a kiedy mnie nachodzi nostalgia – cóż, na ogół obchodzę się smakiem. Ci, co się wywodzą z dużych miast, albo z mniejszych miejscowości pobłogosławionych przez los faktem, że osiedlił się w nich jakiś znany artysta czy też powstała jakaś ważna inwestycja, mogą sobie na półce ustawić cały szereg tytułów, opisujących czy to beletrystycznie, czy dokumentalnie miejsce, od którego biegną ich korzenie.

A ja? Wyjąwszy znajdowane w książkach historycznych jednozdaniowe wzmianki o pobycie w Nowym Korczynie (wówczas całkiem sporym mieście) któregoś z późnych Piastów lub Jagiellonów, albo o przechodzącym tamtędy froncie walk legionistów pod dowództwem Marszałka Piłsudskiego, i odliczywszy pojedyncze przewodniki po okolicy, zawierające tyle samo lub mniej zdjęć i informacji, co strona internetowa gminy, nie mam prawie żadnego literackiego okna, przez które mogłabym od czasu do czasu zerknąć wstecz.

Po długich poszukiwaniach udało mi się znaleźć mocno już archaiczną pozycję O królach i kapuście (Brandys Marian) , której autor nie dość, że parę słów napisał o samej miejscowości, to jeszcze odwiedził bibliotekę – TĘ bibliotekę. Druga książka, po której sobie co nieco obiecywałam, Nowy Korczyn przez stulecia: Szkice z dziejów Nowego Korczyna i okolic (Przybyszewski Stanisław Marian (ur. 1950), Bienias Andrzej), okazała się praktycznie niedostępna: wszystkie aukcje na allegro zakończone, wszystkie egzemplarze w antykwariatach już sprzedane, a najbliższa biblioteka, w której można ją znaleźć, gdzieś o sto kilometrów stąd.

I nagle natrafiłam na informację, że istnieje coś takiego, jak Dziewczyna z Korczyna (Drozd Elżbieta) – i to, o dziwo, osiągalna w mojej bibliotece. Wypożyczyłam i zaraz po doniesieniu do domu rzuciłam się na część pierwszą, zatytułowaną „Mój Korczyn”. Czytałam i dziwiłam się – jak różni się to, co pamiętamy, choć wspomnienia pochodzą z tego samego okresu! Bo gdzie biblioteka na przykład? Ale oczywiście znalazły się i pewne wspólne elementy, chociażby doskonale zapamiętany i przeze mnie sklepik ze słodyczami (nie tylko słodyczami, raczej z asortymentem typu „mydło i powidło” – jeśli się nie mylę, to można tam było bodaj nabyć i lep na muchy, i naftę do lampy. Chyba, że były dwa, jeden obok drugiego). Cieszyłam się krótko, bo – jak się okazało – ta część stanowi zaledwie trzydzieści parę z ponad dwustu stron, a na nich mieszczą się także wspomnienia autorki dotyczące rodziców, rodzeństwa, nauki w szkole średniej w innym mieście i przygotowań do wyjazdu za granicę, na który zdecydowała się krótko po dwudziestce. Następna opisuje jej późniejsze życie w Australii: karierę zawodową, działalność społeczną, tamtejszych przyjaciół, podróże zagraniczne… Nawet o wizytach w rodzinnej miejscowości na przestrzeni kolejnych 40 lat ledwie zdawkowe wzmianki. A reszta, prawdę powiedziawszy, już mnie aż tak nie zainteresowała; nie powiem, że mnie nie ciekawi, jak się ludziom żyje na obczyźnie, ale musiałoby to być napisane jakoś bardziej „z ikrą”, a nie składać się z dość monotonnego wyliczania, co autorka robiła w pracy, gdzie i kiedy poznała poszczególne wspominane w tekście osoby, jakie miejscowości odwiedziła podczas tej czy owej wycieczki.

Tak więc nadal czekam na nieistniejącą jeszcze książkę, dzięki której zobaczę MÓJ Korczyn…

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 226
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 5
Użytkownik: Losice 2020-02-02 22:50 napisał(a):
Odpowiedź na: Jest taka mała miejscowoś... | dot59Opiekun BiblioNETki
Często powracam do tego Twojego tekstu --- bo jest bardzo ładny.
Mówi o czymś co zapewne istnieje w wielu z nas - ukułem nawet moją własną maksymę: "Każdy ma swój Nowy Korczyn".

Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 2020-02-03 07:56 napisał(a):
Odpowiedź na: Często powracam do tego T... | Losice
Bardzo piękna maksyma, dzięki której może ktoś zwróci uwagę na to zapomniane miejsce!
Użytkownik: Losice 2020-02-13 23:46 napisał(a):
Odpowiedź na: Bardzo piękna maksyma, dz... | dot59Opiekun BiblioNETki
Miałem cały czas wrażenie, że jeszcze "coś" kojarzy mi się z Twoim tekstem.

I wreszcie po tak długim czasie odnalazłem to "skojarzenie". Jest to skojarzenie muzyczne.

Chodzi o tytuł Twojej czytatki "...… okno do raju dzieciństwa?".
Jest taka piosenka do słów Agnieszki Osieckiej i muzyki Seweryna Krajewskiego - "Zielona Lipka" a w niej fraza:
"Skąd ja to wiem, skąd ja to znam –
chyba z dzieciństwa, z młodości bram."

https://youtu.be/tDZBB8kPxtA
Użytkownik: Losice 2020-02-14 00:01 napisał(a):
Odpowiedź na: Miałem cały czas wrażenie... | Losice
Link się chyba nie dodał.

https://www.youtube.com/watch?v=tDZBB8kPxtA



Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 2020-02-14 07:41 napisał(a):
Odpowiedź na: Miałem cały czas wrażenie... | Losice
Ech... nostalgia...
W młodości marzyłam o tym, żeby napisać list do Osieckiej z wyrazami wdzięczności, że potrafi tak prosto i wzruszająco wypowiadać moje myśli i uczucia. Nie zdobyłam się na to, obawiając się, że nawet jeśli list dotrze (a przecież nie znałam adresu), to tak ważna osoba nie będzie się fatygowała odpisywaniem jakiejś obcej licealistce. Kiedy dojrzałam na tyle, że mogłabym wykrzesać z siebie odwagę i determinację (oj, trwało to trochę...), jej już nie było. A teraz marzę, żeby zdążyć przeczytać jej dzienniki, i pewnie znów się to marzenie nie spełni, bo pisała je przez kilkadziesiąt lat; teraz jeden tom wychodzi średnio co dwa lata, obejmując czasem rok, czasem dwa. Niby jestem z długowiecznej rodziny, ale jeśli to tak wolno pójdzie, to i tak się pewnie całości nie doczekam...
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: