Dodany: 2019-09-05 19:59|Autor: KrzysztofOpiekun BiblioNETki

Czytatnik: Zapiski

2 osoby polecają ten tekst.

Wirtualny świat


300819
Byłem nastolatkiem, gdy trwał wyścig mocarstw do Księżyca. Widziałem ludzi tańczących na ulicy z radości na wieść o wylądowaniu amerykańskiego statku na naszym satelicie. Co prawda później zrozumiałem, że prawdziwym źródłem ich radości była przegrana powszechnie nielubianego Związku Radzieckiego.
Program Apollo i związany z nim szybki postęp w lotach kosmicznych, spowodował przekonanie o dalszym intensywnym rozwoju kosmonautyki. Czymś normalnym było wyobrażanie sobie latających nad głową rakiet i wycieczek na Księżyc w następnym wieku. W tym wieku.
Ludzie przeniesieni z tamtych lat w obecne chyba doznaliby rozczarowania, dowiadując się o wstrzymaniu eksploracji kosmosu i mizerocie programów w kolejnych dziesięcioleciach, jednak zdumieliby się widząc realia XXI wieku. Przyszłość jest nieodgadniona i nieprzewidywalna.
Minione dziesięciolecia nie obdarowały nas przełomowymi wynalazkami, jak kolei żelazna, samochód czy największe z największych odkryć – elektryczność. Te najistotniejsze dla obrazu naszych czasów związane są w elektroniką: telewizja, internet, komputery. Poza elektroniką zmiany mam za kosmetyczne, za poprawianie już istniejących wynalazków, czego klasycznym przykładem jest samochód. Czym się tak naprawdę różnią obecnie produkowane od tych sprzed pięćdziesięciu lat? Kształtem karoserii, nieco mniejszym zużyciem paliwa i nadzianiem elektroniką, równie pomocną, co i kłopotliwą oraz kosztowną. Nie, jest istotna różnica: stare samochody dobrych marek były żywotniejsze od współczesnych pojazdów produkowanych z myślą o kilkuletnim użytkowaniu.
Zacząłem pisać o skutkach łatwości przekazywania informacji, ale uznałem, że nie wyczerpując nawet podstaw tematu, uczynię tekst zbyt dużym i może nudnym, postanowiłem więc skupić się na interesującym mnie wycinku naszej dwudziestopierwszowiecznej rzeczywistości.
Na wirtualnym świecie, czyli na świecie tworzonym przez komputery i tylko w nich istniejącym.
Wielu z nas zna film Matrix. Zapewne był popularny, skoro słyszałem o nim, a nawet go oglądałem.
Tytułowy Matrix jest w tym filmie wszechogarniającym programem komputerowym tworzącym ludzkości iluzję normalnego życia. Odnoszę wrażenie tworzenia się Matrixa na naszych oczach, przy czym w przeciwieństwie do filmowej ludzkości, my wiemy o braniu udziału w fikcji. Dlaczego więc poświęcamy czas tej iluzji rezygnując tym samym z chwil i wrażeń możliwych do realnego przeżycia? – zastanawiałem się. Miałem chęć odrzucić narzucające się wytłumaczenia, gdy uświadomiłem sobie pewne podobieństwo między nałogowymi graczami komputerowymi, a swoim pisaniem, w którym tworzę fikcyjny, z reguły nierealistyczny świat i zaludniam go wymyślonymi ludźmi. Jednym z kilku powodów mojego pisania jest górujący nad rzeczywistością urok tworzonych historii – i w tym podobieństwo do wirtualnego świata. Oczywiście broniłem się przed samym sobą wskazując na istotną różnicę: mnie wiedzie li tylko bogini Wyobraźnia, a nie zamysł programistów; jeśli coś widzę, to swoim duchem, ponieważ nic nie jest mi dane z góry do zobaczenia i pokierowania, ani nic mną nie kieruje.
Co prawda w najnowszych grach i ta różnica jakby się zacierała…
Słyszałem o grach trwających tygodniami i wymagających wysokich umiejętności myślenia, grach, w których ma się przed sobą lub obok siebie nie marionetkę tworzoną przez prosty program, a drugą osobę lub wiele osób, chociaż wszyscy oni mają na ekranie, więc w sztucznym świecie, swoich awatarów – cyfrowych reprezentantów, którymi zawiadują.
Niedawno usłyszałem o mieście, w którym za 20 złotych można kupić dom, za jeszcze mniejsze pieniądze, czy nawet za darmo, można go umeblować. W tym super nowoczesnym i eleganckim mieście są fantastyczne place zabaw dla dzieci i młodzieży, są dziesiątki innych, wyrafinowanych sposobów spędzania czasu, a wszystko udziwnione, pomysłowe, ładne i za darmo. Spotykają się w nim znajomi, zawiązują się nowe znajomości, i raczej nie ma w nim odrabiania prac domowych i obowiązków, nie ma ograniczeń finansowych, a słońce świeci zawsze. Ten świat jest wirtualny, ale figurki widziane na ekranie są awatarami prawdziwych ludzi. Rozmawiając z tymi ludzikami, rozmawia się, via internet, z prawdziwym człowiekiem. Bywa, że w tym wirtualnym świecie spotykają się ludzie znający się w rzeczywistości, a nawet swoi sąsiedzi.
Dlaczego wolą taką formę kontaktów od tradycyjnej? Myślę, że powodem jest urok wirtualnego świata, jego pociągająca prostota, wygoda, brak ograniczeń istniejących w rzeczywistości, i silne ograniczenie, albo zupełny brak, skutków swojego postępowania.
Jest jeszcze druga forma wirtualizacji naszego życia: używanie smartfonów wszędzie i przez wszystkich. Siedzi obok siebie dwoje młodych ludzi, najwyraźniej para, ale nie rozmawiają, a trzymają smartfony i patrzą w ekran. Ktoś kiedyś (tylko) półżartem powiedział, że zapewne wysyłają do siebie smsy. Nierzadko bywa, że trudno o rozmowę, nawet krótką, nieprzerwaną sygnałem wiadomości lub połączenia, ponieważ w tej chwili rozmówca przestaje nim być – bierze smartfona w dłoń i znika z tego świata, zapatrzony w ekran.
Widzę w swojej pracy, jak ludzie, lokując się na siedzeniu karuzeli, robią sobie zdjęcia, jak filmują się w czasie jazdy, a przed wyjściem znowu robią zdjęcia; widzę, jak po opuszczeniu urządzenia zatrzymują się i klikają w ekran, chcąc zobaczyć swoje zdjęcia zrobione minutę temu. Ci ludzie, a jest ich dużo, robią tyle zdjęć utrwalających chwile, że chyba nie mają czasu na przeżywanie tych chwil. Może dopiero przed ekranem komputera lub smartfona doświadczają przeżyć? Jeśli tak jest, to czyż nie mamy do czynienia z przejawem wirtualizacji naszego życia?
Wielka łatwość informowania wszystkich o swoich poczynaniach, rozsyłania filmów i zdjęć, stwarza kolejną iluzję, tym razem uczestnictwa w życiu adresatów. Stwarza pozór bliskości. Na naszych oczach nie tylko słowo pisane jest zapominane, ale ostatnio i mowa zastępowana jest kolejnym zdjęciem, na ogół bez podpisu, bo przecież nie ma czasu na pisanie, skoro trzeba zrobić następną serię zdjęć.
Ten zwyczaj sam w sobie nie jest zły, wszak dobre zdjęcie potrafi nieść dużo informacji, jednak wbrew, a może właśnie ze względu na lawinę tych zdjęć, wrażenie spłycenia kontaktów pozostaje. Mamy tutaj kolejny zalew informacji obrazkowej, obok tej z bilbordów reklamowych i w ekranów telewizorni.
O wirtualnym pieniądzu już pisałem, teraz chciałem zwrócić uwagę na coraz częstsze oferowanie transferu danych cyfrowych do kupienia. Za umowne pieniądze kupujemy coś nie do zobaczenia, a jedynie możliwego do policzenia przez komputery: gigabajty.
Dla niewtajemniczonych słowo wyjaśnienia: bajt to podstawowa jednostka informacji, na przykład (w uproszczeniu) cyfra lub litera, oznacza się literą „B”, a składa się z ciągu ośmiu zer i jedynek dwójkowego systemu liczenia, czyli z ośmiu bitów (oznaczenie „b”). Przedrostek giga natomiast używany jest wszędzie, gdzie są wielkie liczby. Ma oznaczenie „G” i wartość miliarda. 1 GB to ilość danych wystarczająca do obejrzenia filmu niezłej jakości, albo kilkuset dobrych czy tysiąca takich sobie zdjęć. 1GB to około stu tysięcy stron zwykłego tekstu formatu A4, czyli kilkaset książek. Moja druga książka ma 230 stron, a w komputerze zapisana jest ośmiuset pięćdziesięcioma tysiącami bajtów, czyli ma rozmiar 0,00085 GB. Nieco mniej niż jedna tysięczna gigabajta.
Kiedyś doświadczyłem zdumienia i osobliwego smutku, gdy patrzyłem na kopiowanie z komputera na pamięć zewnętrzną wszystkich moich tekstów. Książka w dwie sekundy.
Coraz częściej widzę reklamy tych gigabajtów i prześciganie się usługodawców (których teraz nazywa się operatorami) ilością i szybkością przesyłu danych.
Gigabajty są wirtualnym dobrem, którym przyciąga się potencjalnych klientów.
O zasadniczej odmienności od dawnych realiów przekonuje wyobrażona próba wyjaśnienia osobie żyjącej w latach pięćdziesiątych, na przykład, o co tutaj chodzi; co takiego nam oferują i do czego ma to służyć.
O ile można powiedzieć „to” o czymś, co nie istnieje jako rzecz.
Niewątpliwie byłoby trudno wytłumaczyć, i ta trudność jest miarą przeobrażeń świata wokół nas.
Wypadałoby zakończyć jakąś przepowiednią, ale jaką, skoro nie mam pojęcia, do czego doprowadzi wirtualizacja w odleglejszej przyszłości. W tej bliższej wiadomo: szybko będzie rosnąć realistyczność cyfrowego świata, zapewne będzie coraz bardziej wkraczał w rzeczywistość i mieszał się z nią, a nawet zacierać się będą granice, ale któż może wiedzieć, do czego to doprowadzi za 50 czy 100 lat?…
Może położymy się w wygodnych sarkofagach, podłączymy do SYSTEMU, i w nim będziemy przeżywać swoje życie? Mam to za prawdopodobne, ale o ile erotykę można uczynić wirtualną, to poczęcia i porodu nie, chyba że w naprawdę odległej przyszłości.
W tym fakcie można upatrywać pocieszenia, lub, jak kto woli, naszego zniewolenia cielesnością.

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 40
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: