Dodany: 2019-08-14 16:35|Autor: Marioosh

Wywiad - rzeka szeroka jak Amazonka


„Muszę wam powiedzieć, że ciekawe życie miałem”[1] – tak zaczyna się wywiad, jakiego Jacek Gmoch udzielił w swojej willi niedaleko Aten, a potem jest już tylko lepiej. Zostawiam do dyskusji pytanie, czy popularny „Szczena” był naprawdę najlepszym trenerem na świecie, ale nie ulega wątpliwości, że jest wśród trenerów najlepszym gawędziarzem – czytając tę książkę wyobraziłem sobie, że mogłaby ona mieć jeszcze kilka tomów. I bardzo dobrze, że jest ona napisana w takiej, a nie innej formie – Jacek Gmoch jest prawdziwą kopalnią anegdotek i historii, ale też merytorycznej wiedzy o piłce nożnej i dlatego czyta się ją z wielką przyjemnością.

Zaczyna się niemalże jak biografia: poznajemy dzieciństwo trenera w Pruszkowie, czytamy opowieści o bracie Andrzeju, który mówił na Jacka „Buldog”, dowiadujemy się, że nie zrobił kariery jako ministrant, ale też czytamy o traumatycznych wspomnieniach wojennych, których obrazy prześladują go do dziś. A potem jest już tylko piłka: kariera w Zniczu Pruszków i Legii Warszawa, mecze w reprezentacji Polski i złamana noga będąca końcem gry i oznaczająca koniec marzeń o możliwym transferze do Evertonu, a otwierająca karierę trenerską. Zanim jednak Jacek Gmoch został selekcjonerem reprezentacji, był współpracownikiem Kazimierza Górskiego, a jeszcze wcześniej zasłynął pomysłem wykorzystania algorytmu matematycznego i analizy sieciowej do stworzenia obiektywnego obrazu funkcjonowania drużyny – wtedy, w 1970 roku, było to na tyle rewolucyjne, że wywołało konsternację i naraziło go na kpiny, ale dziś jest w futbolu chlebem powszednim. Jego teorie nie przysparzały mu sympatii, gdyż poziom wykształcenia był w PZPN-ie bardzo niski („Traktowali mnie jak frajera marzyciela, który wlazł oknem i się wymądrza” [2]). Fascynująca jest historia tworzenia jego banku informacji: trzy komputery zajmujące całe piętro w budynku uniwersyteckim analizowały parametry piłkarzy począwszy od ich prędkości, a skończywszy na długości nóg (przyznam, że nie chce mi się jednak wierzyć w teorię, że rozstaw oczu decyduje o oglądzie boiska i np. Gerd Müller, mający szeroko rozstawione oczy, szybciej się ustawiał do piłki).

A potem już mamy mundial w Argentynie – Gmoch sam przyznaje, że gdyby napisał wspomnienia tylko o nim, miałyby tytuł „Niespełnienie”. Trener opowiada o tych mistrzostwach z małym smutkiem, gdyż uważa, że gierkowska propaganda sukcesu wręcz żądała od niego zwycięstwa i zajęte tam szóste miejsce traktowała jak sromotną porażkę. Sam Gierek występ uznał za sukces, ale silna opozycja wobec niego w PZPR ustawiała już wszystko pod nowe rządy i porażka w Argentynie była po jej myśli („ – Twierdzi pan, że reprezentacja Polski była języczkiem u wagi w walce buldogów pod dywanem KC? – Doskonale powiedziane! Właśnie tak było” [3]) – ile w tej teorii jest prawdy, tego chyba nie wie nikt, bo Gmoch kreuje się tu troszeczkę na ofiarę tej wojenki i pytanie, czy nie przemawia przez niego urażona ambicja. Potem czytamy o podejrzeniach zdefraudowania przez niego grubych pieniędzy otrzymanych od sponsora reprezentacji i wystawionym za nim w związku z tym listem gończym, a dalej już mamy trenerską karierę w Grecji i na Cyprze. Tam osiągnął status „aktipitos” czyli nietykalnego – czytamy o jego osiągnięciach, jak choćby zdobycie mistrzostwa Grecji przez prowincjonalny klub AE Larisa, ale też o niepokornym charakterze, który spowodował, że przez 24 lata trenował 18 klubów. Mamy też epizod o otarciu się przez prowadzony przez niego Panathinaikos o finał Pucharu Europy w 1985 roku – gdyby wtedy wyeliminowali Liverpool, nie doszłoby do tragedii na stadionie Heysel w Brukseli.

A wszystko w charakterystycznym dla Jacka Gmocha stylu: dygresje, szkatułki w szkatułkach, chwilami wręcz strumień świadomości, który autorzy wywiadu często muszą stopować, anegdotki, swobodny język, a między słowami często pojawia się (śmiech). W jego wypowiedziach widać autentyczną pasję, traktuje boisko jak pole bitwy, niejednokrotnie używa słowa „wojna” i nawet podpiera się strategiami von Clausewitza oraz cytatem ze „Sztuki wojny” Sun Tzu. Gmoch oczywiście nie byłby sobą, gdyby kilka razy nie podkreślił swojego wizjonerstwa, ale chwilami widać, że mówi to z lekkim dystansem; kilka razy też polemizuje z wypowiedziami niektórych piłkarzy, ale nie widać w nim jakiegoś zacietrzewienia, ot, po prostu nie do końca się z nimi zgadza. Bardzo lekko i przyjemnie się to czyta, choć pojawia się mały zgrzyt - odpowiedź na pytanie, jak unieszkodliwić piłkarza mającego dobry wyskok z dwóch nóg typu Cristiano Ronaldo, brzmi: stanąć mu na stopie albo złapać za przyrodzenie; takimi uwagami Jacek Gmoch mógłby się podzielić z piłkarzami w szatni, ale publicznie takich rzeczy wypadałoby nie mówić. Pamiętam, że kiedyś relacjonował z Dariuszem Szpakowskim mecz Panathinaikosu z Wisłą Kraków i podsunął pomysł, żeby obrońca Wisły sprowokował greckiego napastnika do faulu na nim, wtedy sędzia wlepiłby Grekowi czerwoną kartkę i już byłaby przewaga jednego zawodnika; pozostawiło to we mnie mały niesmak. To jest jednak drobiazg: reszta to prostu świetna historia, którą czyta się jednym tchem. Szczerze polecam – w lawinie książek o futbolu, które w rzeczywistości są mądrościami z internetu, ta jest autentyczną perełką.

[1] „Najlepszy trener na świecie. Z Jackiem Gmochem rozmawiają Arkadiusz Bartosiak i Łukasz Klinke”, wyd. W.A.B., 2018, str. 8.
[2] Tamże, str. 119.
[3] Tamże, str. 177.

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 498
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: