Dodany: 2019-08-05 21:49|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Ciemne moce czy czarny charakter?


Dręczy mnie już lekka tęsknota za Herculesem Poirot i Jane Marple, ale zanim do nich wrócę, postanowiłam wyczytać maksymalnie dużo utworów spoza kardynalnych cykli, żeby to, co najlepsze, zostawić sobie na koniec przygody z twórczością Lady Agathy.

„Tajemnica Bladego Konia” to jedna z tych powieści, w których głównym bohaterem i głównym – choć nie jedynym – narratorem jest osoba zupełnie „zielona”, jeśli chodzi o dokonania detektywistyczne. Co prawda praca historyka w pewnym sensie przypomina pracę detektywa, zwłaszcza gdy chodzi o ustalenie faktów sprzed setek lat, niemniej jednak nie wymaga osobistego kontaktu z ludźmi zaangażowanymi w wydarzenia. I to jest ta zasadnicza różnica, której wagę Mark Easterbrook pozna osobiście. A wszystko zaczyna się od dość skandalicznej scenki w barze: dwie młode panny biją się o mężczyznę niczym tygrysice, jedna z nich wydziera drugiej pęk włosów, przy czym obywa się bez krwi i bólu. Mark przypomina sobie to zdarzenie, gdy niebawem pojawia się w prasie nekrolog jednej z uczestniczek bójki, ale rychło wyrzuca je z pamięci, podobnie jak dwukrotnie w krótkim czasie usłyszaną (z ust różnych osób) nazwę „Blady Koń”. Kolejne dwa epizody – spotkanie z dawnym kolegą ze studiów (obecnie lekarzem policyjnym, właśnie współpracującym z inspektorem Lejeune przy bardzo tajemniczej sprawie, w której pojawiło się nazwisko niedawno zmarłej chrzestnej matki Marka) i okazja do odwiedzenia podlondyńskiej wioski, gdzie znajduje się dawna średniowieczna gospoda „Blady Koń”, przerobiona na lokal mieszkalny przez trzy starsze kobiety, o których mówi się, że parają się czarną magią – sprawiają, że zaczyna go dręczyć niepokój. Szukając trochę na własną rękę, a trochę z pomocą doktora Corrigana i świeżo poznanej młodej damy imieniem Ginger, związków między faktami, zyskuje niemalże pewność, że wpadł na trop zbrodniczej organizacji, pozbywającej się ludzi za pomocą czarnej magii. Ponieważ jednak w czary nie wierzy, postanawia urządzić małą prowokację, mającą na celu przyłapanie sprawców na gorącym uczynku i jednoczesne odkrycie metody, jaką się posługują. Wciąga w to również Ginger; dziewczyna zdaje sobie sprawę z ryzyka, ale jest zdecydowana wziąć udział w akcji. Szkaradny rytuał zostaje odprawiony i… Uwaga: po kliknięciu pokażą się szczegóły fabuły lub zakończenia utworu

Trzeba przyznać, że intrygę obmyśliła autorka zaiste diaboliczną; ja sama również zostałam przez nią zwiedziona, oczywiście nie w ten sam sposób, jak klienci zamawiający demoniczną usługę – bo, podobnie jak Mark, od początku byłam pewna, że nawet cały legion przestępców nie jest w stanie skłonić żadnych nadprzyrodzonych sił do wykonywania czyichkolwiek życzeń – ale jeśli chodzi o osobę odpowiedzialną za całokształt zbrodniczej działalności, aż do finału sprawiająca na mnie wrażenie tak zupełnie nieszkodliwej. Mam natomiast drobne wątpliwości co do technicznej realności morderczego przedsięwzięcia. Uwaga: po kliknięciu pokażą się szczegóły fabuły lub zakończenia utworu Nie, to się kupy nie trzyma…

Odczułam też lekki niedosyt, jeśli chodzi o galerię postaci; mieszkanki „Bladego Konia” wydają się ciut przerysowane, pozostałym zaś, wyjąwszy panią Oliver i ciężko myślącą Poppy, trochę brakuje kolorytu. Ale rozkoszne szyderstwo, na jakie pozwoliła sobie autorka, pokazując figę tym wszystkim, którzy sądzili, że zafundowała im i sobie samej odskok od przyziemnej realności, wplątując w akcję ciemne moce, w znacznej mierze ten brak rekompensuje.

Jeśli chodzi o specyfikę polskiego wydania, tu również wypatrzyłam drobne niedociągnięcie: w jednej z pierwszych odsłon swego monologu Easterbrook przywołuje skojarzenia, które polskiemu czytelnikowi mówią niewiele lub zgoła nic. Któż to taki „Davy Jones, przybywający z zaświatów w kłębach dymu!”, gdzie te „pułapki w drzwiach i oknach, wpuszczające piekielne moce zła, wyzywające i prowokujące Dobrą Diamentową Wróżkę czy jak jej tam”[3]? Wiemy, że mowa o spektaklu pantomimy, który narrator oglądał w dzieciństwie, a więc zapewne przed II wojną światową, ale czy to prawdziwy tekst kultury, na tyle znany wszystkim Brytyjczykom, że autorka nie musiała objaśniać, do czego się odwołuje, czy może coś, co wymyśliła na poczekaniu dla uwiarygodnienia rozważań Marka? Mnie się wydaje, że poznałam odpowiedź, przekopawszy uprzednio kilkanaście stron anglojęzycznych zawierających stosowne hasła, ale jeśli ktoś na co dzień angielskiego nie używa, może mieć z tym problem, więc przydałby się choć krótki przypis.

Reasumując, „Tajemnica Bladego Konia” nie jest zła, ale do najbardziej przeze mnie lubianych powieści Christie trochę jej brakuje. Lektury nikomu nie odradzam, bo indywidualne wrażenia mogą być różne, a zakres kreatywności Królowej Kryminału poznać warto.

[1] Agatha Christie, „Tajemnica Bladego Konia”, przeł. Krystyna Bockenheim, Wydawnictwo Dolnośląskie, 1999, s. 248.
[2] Tamże, s. 247.
[3] Tamże, s. 10.

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 104
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: