Dodany: 2019-07-06 19:15|Autor: KrzysztofOpiekun BiblioNETki

Czytatnik: Zapiski

7 osób poleca ten tekst.

Praca i pisanie, część druga. Przeprowadzki, korekty i moje chwile


110619
Ponad trzy godziny temu skończyłem pracę, ale jeszcze się nie umyłem. Siedzę i pocę się w diabelskiej temperaturze, ale na dwór nie wyjdę, bo tam latają wściekłe komary i tną bez litości. Kilka dni spędzonych na tym placu nad Odrą zapewne kojarzyć mi się będą ze skwarem i kąsaniem, ale chciałbym wynieść z nich coś ponad bolączki powszedniego dnia, ponieważ jestem tutaj po raz ostatni. Nie jestem związany w jakiś szczególny sposób z tym miejscem i z miastem – ot, jeszcze jedno na szlaku lunaparku, ale właśnie fakt bycia tutaj po raz ostatni – jak i we wszystkich poprzednich miastach – czyni te dni innymi. Chciałbym wyróżnić je pamięcią, unieść ze sobą chwile. Nie muszą być wyjątkowe, ale żeby były, żeby zostały w pamięci jako ważne i moje, bo oto do wydłużającego się szeregu zdarzeń i czynności przeżywanych po raz ostatni, dochodzi kolejny koniec – mojej pracy tutaj.
Jednak na razie trwa okres „tygodniówek”, czyli cotygodniowej zmiany miejsca kręcenia karuzelami.
Ledwie odeśpię przeprowadzkę, ledwie otworzymy lunapark w nowym mieście, a już zaczynam telefoniczne konsultacje, już siadam przy laptopie i uruchamiam ludzika google maps żeby ustalić, sprawdzić i opisać następną trasę przejazdu. To ważne, ponieważ jadąc wielotonowym i ponadwymiarowym zestawem pojazdów (mój ma długość 27 metrów), raczej nie można pomylić trasy, albo wjechać tam, gdzie zabraknie miejsca dla manewru. Gdy drogę przejazdu mam już ustaloną i sprawdzoną, zwołuję kierowców i u mnie w kampingu lub w jadalni omawiam ją z nimi. Po ich wyjściu bywa, że zaczynam wstępne prace nad opisem następnej trasy.
Po zmontowaniu urządzeń mam dwa dni względnego luzu, dłuższego spania, i oto zaczyna się festyn, czyli dudnienie do północy i obsikane przez pijanych klientów wozy zaplecza, a zaraz po nim następne pakowanie sprzętu i kolejny wieczorny wyjazd. Ponad tym całym wariactwem tyka zegar odliczający miasta i przeprowadzki do wakacji nad morzem: jeszcze pięć, jeszcze cztery, jeszcze trzy miasta i wakacje!
Wakacje, czyli lato z pracą tylko dziesięć godzin dziennie i bez szaleństwa przeprowadzek.
Jak w tym zwariowanym czasie znaleźć i zapamiętać lepsze chwile? Staram się, ale przyznam, że ze średnim skutkiem.
W nielicznych wolnych chwilach próbuję utrzymać listowną i telefoniczną łączność z rodziną i ze znajomymi, także napisać coś nowego.
W tych tygodniach mam dodatkowe zajęcie, mianowicie korespondencję w sprawie wydania drugiej książki. Jest podobna do pierwszej, ponieważ zawiera opisy moich sudeckich wędrówek, ale ograniczonych tylko do Gór Kaczawskich. Teraz już trochę wiem, jednak przy pracach nad pierwszą książką byłem zdumiony ilością zajęć, różnorodnością spraw do ustalenia. Na przykład wczoraj dostałem propozycje okładki do wyboru; trudny nie był, ale przy tej okazji, otworzywszy plik z tekstem przeznaczonym na okładkę, stwierdziłem, że wymaga on znacznych szlifów. Czasami bywa, nota bene. że poprawianie tekstu nie ma końca: zmieniam szczegóły i wyrazy, a wciąż uznaję, iż tekst nie jest takim, jakim być powinien, ponieważ jego treść nie oddaje tego, co tkwi we mnie, nie dając się zamienić w słowa.
Korzystając z okazji chciałem wyrazić swoje zdumienie możliwościami dawanymi przez Internet i elektronikę.
Poczty elektronicznej używam od dwudziestu lat, ale nadal przychodzą chwile zdziwienia: przecież niezależnie od chwilowego miejsca mojego pobytu, adres mam taki sam; obojętnie gdzie jest adresat moich listów, dostaje je w ciągu sekund od ich nadania. Przesuwam palcem po ekranie smartfona, a zmienia się on w internetowe łącze, co oznacza wejście do przeogromnego świata, w którym znaleźć można nie tylko szczegóły mojej kolejnej drogi lunaparkową ciężarówką, ale i trzecie imię jednego z synów Jana Sebastiana Bacha. Wszystko.

Jestem po wstępnej wymianie listów dotyczących wydania mojej niewielkiej powieści o miłości.
Wydawnictwo ujęło mnie rzetelnością, poświęceniem czasu na tekst nieznanego autora, a trzeba wiedzieć, że wszystkie wydawnictwa są dosłownie zalewane tekstami. Zaraz po wysłaniu im mojej propozycji wydawniczej potwierdzili jej otrzymanie, obiecując napisać więcej po przeczytaniu. Faktycznie, po tygodniu dostałem list, a w nim… pochwałę tekstu. Z jej treści wynika, że rzeczywiście czytali, a że łasy jestem na głaski, pozwolę sobie wkleić niżej fragment tamtego listu:

„W Pana opowieści urzeka przede wszystkim to, że jest ona doskonałym odzwierciedleniem wrażliwej duszy człowieka, który spacerując po górach, podziwia nie tylko piękno natury, ale wpisuje w to piękno ludzkie uczucia... Najpiękniejsze wędrówki to takie, które nie tylko męczą ciało, ale przede wszystkim pozwalają marzyć :) i widzieć więcej niż widać na pierwszy rzut oka :).”

Poczułem się dowartościowany, co łatwo zrozumie każdy piszący, ale jednocześnie uświadomiłem sobie, że powieść można odbierać na różne sposoby i różne wnioski wyciągać.
Nie marzę o spotkaniu, jakie przeżył bohater powieści, mając bliską mi osobę i będąc zbytnim racjonalistą. Po prostu siedząc na Lastku w Chrośnickich Kopach w Górach Kaczawskich, przyszedł mi do głowy pomysł na opowiadanie, a tamto miejsce uznałem za dobre do spotkania się bohaterów. Ot, i tyle, chociaż… chociaż przyznaję, że miłość mam za uczucie bardzo, bardzo ważne w naszym życiu.
Umowę wydania mam podpisaną, teraz czekam na tekst po korekcie. Wiem, że gdy go otrzymam, przez parę wieczorów nie będzie mnie dla nikogo – będę zajęty szlifowaniem słów według wskazań redaktora zajmującego się korektami.
Różnie z nimi bywa, jak się okazało przy okazji prac nad książką o moich górach. Przy pierwszej książce redaktor tylko zaznaczał miejsca wymagające według jego oceny poprawy, natomiast tekst drugiej dostałem ze zmianami już wprowadzonymi, chociaż zaznaczonymi innym kolorem czcionki. Zmianami czasami tak znacznymi, że zatracane było znaczenie zdań i musiałem zmieniać nie tylko korekty, ale i swoje słowa, żeby zachować myśli zawarte w zdaniach i jednocześnie uwzględniać wskazania redakcji.
Podam dwa przykłady moich borykań się z redaktorem, a jego z moimi słowami.
Moje zdanie:
Nie szedłem szlakiem, bo ten biegł także przez las, a ja chciałem cały czas czuć słońce na twarzy.
Zdanie „poprawione” przez redaktora:
Ja szedłem, ale szlak biegł i nadal biegnie, ponieważ ciągle tam jest.
Tutaj komentarz chyba nie jest potrzebny, prawda?

Przykład drugi, mniej spektakularny, ale właśnie dlatego ciekawszy.
Moje zdanie:
Na północ od Bolkowa leżą rozległe pola na łagodnych wzgórzach poprzetykanych niewielkimi lasami.
Zdanie zmienione:
Na północ od Bolkowa leżą na łagodnych wzgórzach poprzetykanych niewielkimi lasami rozległe pola.
Góry Kaczawskie słowem malowane (Gdula Krzysztof Jan)

Zdania mam za poprawne, jednak w tym drugim, mającym być lepszym, rzeczownik „pola” jest na końcu zdania, a dopiero on wskazuje, o czym się mówi w całym zdaniu. Dlatego za poprawniejsze mam swoje, ale głowy nie dam, ponieważ moja poprawność pisania nie jest wynikiem znajomości zasad pisowni, a… właściwie nie wiem czym. Mając tak duże luki w wiedzy o języku, jakie ja mam, powinienem pisać bardzo niezgrabnie, a przecież tak nie jest, więc… Nie wiem.
Z ciekawością przeczytam opinię czytelników.
Oczywiście były miejsca poprawione jak najbardziej słusznie.

Może więc te kradzione snu chwile poświęcone moim książkom zabiorę ze sobą, gdy zapakuję do vectry cały swój dobytek i ruszę na wschód, do domu? Zapewne tak, ale będę się starał o więcej, o to, żeby mój mieszek wypełniony był nie tylko grosiwem, a zwykłymi-niezwykłymi chwilami mojego życia.
Tutaj zacytuję słowa, które kiedyś oczarowały mnie. Są z niewielkiej powieści Wiśniewskiego-Snerga „Nagi cel”:

"-Antonio - rozejrzała się wokoło - zapamiętaj tę chwilę.
(...)
-Więc o jakiej chwili mówisz?
-O tej zwyczajnej, jednej z wielu, która teraz obejmuje nas, całuje i odchodzi. (...)
-Dobrze. Będę ją pamiętał. I chyba zrozumiałem, jakie chwile są dla ciebie cenne. Ludzie przechowują w pamięci daty, numery dyplomów, terminy promocji, wspominają śluby i jakieś rocznice, urodziny i pogrzeby, wielkie wydarzenia oraz chwile innych znormalizowanych sukcesów i szablonowych klęsk. Gromadzą to wszystko, co zwyczaje każą im pamiętać, co pasuje do rubryk, co nie złamie trybów liczydeł statystycznych i co nie tworzy ich autentycznego życia. A kiedy u schyłku dnia przychodzi rachmistrz spisowy, oddają to wszystko i zostają z niczym, bo nie mają takich chwil jak my."

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 262
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 4
Użytkownik: Lykos 2019-07-09 21:37 napisał(a):
Odpowiedź na: 110619 Ponad trzy godzin... | KrzysztofOpiekun BiblioNETki
Zacznę od tego, że bardzo Cię podziwiam. Podziwiam także wydawnictwo. Cieszę się, że w końcu na takie trafiłeś.

Jeśli chodzi o to zdanie - propozycja redaktora wydaje mi się rzeczywiście mniej zgrabna od Twojej wersji. Ale być może ma rację, że Twoje zdanie nie jest idealne. Może warto je przemyśleć? Może zmienić cały ustęp?

Pewnie w końcu sam wpadniesz na właściwą formę. Ośmielę się jednak podpowiedzieć wersję:

Na północ od Bolkowa, na łagodnych wzgórzach poprzetykanych niewielkimi lasami, leżą rozległe pola.

Nie uważam tej wersji za jedyną właściwą. Ale może warto ją uwzględnić wśród "poważnych kandydatur"?
Użytkownik: KrzysztofOpiekun BiblioNETki 2019-07-10 19:46 napisał(a):
Odpowiedź na: Zacznę od tego, że bardzo... | Lykos
Cześć Lykosowi!
Dziękuję za słowa i za propozycję.
Twoja wersja zdania brzmi lepiej, przyznaję.
Szkoda, że już za późno na poprawki, a na pewno przy powtórnej korekcie nie to jedno miejsce znalazłoby się niedoszlifowane.
Raczej nie zasługujemy na podziw, ani ja, ani wydawnictwo. Gdy przyszło do ustalania kwestii finansowych, skończyły się uprzejmości, jak zwykle. Jednak ta firma wyróżnia się in plus wśród wielu innych, z którymi miałem kontakt. Do tej pory, należy dodać, bo nie wiem jak będzie dalej. Do finału daleko.
Użytkownik: margines 2019-07-10 20:11 napisał(a):
Odpowiedź na: Cześć Lykosowi! Dziękuję... | KrzysztofOpiekun BiblioNETki
Z tego co widzę to akurat to jest czytatka, więc tu nie ma „za późno” . Czytatki można zmieniać i kasować (to drugie to... ani się waż!) do woli.
Chyba zawsze czytając twoje teksty jeszcze bardziej niż zwykle chciałbym wyrwać się;]
(Też jestem pełen podziwu).
Użytkownik: KrzysztofOpiekun BiblioNETki 2019-07-10 21:53 napisał(a):
Odpowiedź na: Z tego co widzę to akurat... | margines
Dziękuję, Marginesie.
Owszem, tutaj można szukać najlepszej wersji mojego przykładowego zdania, skoro to publiczna czytatka. Obecnie pierwsze miejsce w rankingu zajmuje wersja Lykosa, moja jest druga, redaktora trzecia. Może Ty się pokusisz o swoją?
Jednak zmieniać możemy tylko tutaj, skoro książka, z której jest to zdanie, została już wydrukowana.
A gdzież to chciałbyś się wyrwać? A może skąd? Z codzienności? Jak wielu z nas – oby nie do lunaparku, bo zrobiłbyś jak ten, kto pod rynną szuka schronienia przed deszczem :-)
Ciekawa zbieżność: właśnie piszę tekst (pojawi się i tutaj) o książce napisanej przez filozofkę; jest w niej także o naszej codzienności.
Legenda
  • - książka oceniona przez Ciebie - najedź na ikonę przy książce aby zobaczyć ocenę
  • - do książki dodano opisy lub recenzje
  • - książka dostępna w naszej księgarni
  • - książka dostępna u innych użytkowników (wymiana, kupno)
  • - książka znajduje się w Twoim schowku
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: