Dodany: 2019-05-15 10:20|Autor: dot59

Naśladowca czy… inny winowajca?


Recenzent: Dorota Tukaj

Z literaturą kryminalną jest trochę tak, jak z fantastyką: póki parali się nią pojedynczy twórcy, głównie anglojęzyczni (a jeśli nawet inni, to i tak ich dzieła rzadko wędrowały poza własny obszar językowy), prawie każdy autor miał szanse zaskoczyć czytelnika czymś nowym. Z chwilą, gdy w każdym z krajów naszego kręgu kulturowego publikuje się co roku więcej utworów danego gatunku, niż wydano łącznie przez pierwsze trzy ćwierci zeszłego wieku, a spora część z nich jest niemal natychmiast przekładana na kilka/kilkanaście innych języków, coraz trudniej wymyślić rzecz w pełni oryginalną. Fantaści mogą jeszcze trochę manewrować – a to warunkami naturalnymi w tworzonych światach, a to rodzajami magii czy też gatunkami istot żywych. Autorom kryminałów jest zdecydowanie trudniej: nieważne, jak by wytężali wyobraźnię, wymyślony przez nich czyn przestępczy musi być fizycznie możliwy, motyw – psychologicznie prawdopodobny, procedury śledcze – technicznie realne, a w dodatku wszystko powinno się rozgrywać w maksymalnie realistycznej scenerii (najlepiej w naprawdę istniejącej miejscowości, żeby czytelnik sam mógł sprawdzić, czy inspektor X zdąży w kwadrans dojechać na miejsce zbrodni i czy pod komisariatem naprawdę jest budka z pączkami). Nie jest więc łatwo stworzyć w pełni oryginalną historię kryminalną, w której nie trafią się wykorzystane już przez kogoś rekwizyty, klisze personalne czy fabularne. Czy jednak powinniśmy z założenia odrzucać te kryminały, w których takich wtórności się dopatrzymy? Spójrzmy na pierwszy tom „Trylogii Białego Miasta” Evy García Sáenz de Urturi, hiszpańskiej autorki u nas dotąd nieznanej.

O ile Paryż, Londyn czy Nowy Jork możemy uważać za nieco już wyeksploatowane, o tyle niewielkie, lecz przesiąknięte historią i ludowymi tradycjami miasto w Kraju Basków będzie dla czytelnika zupełną nowością. Za to główny bohater i jednocześnie narrator, inspektor Unai López de Ayala, jest postacią pod pewnymi względami tak typową, że może nam się zdawać wręcz wypożyczony z innego kryminału. Czterdziestoletni wdowiec, wciąż pogrążony w żałobie i rozpamiętujący tragedię sprzed kilku lat, żyjący samotnie w ciasnym i zapuszczonym mieszkanku, a obok niego dwie kobiety: przyjaciółka z dzieciństwa, zbyt dobrze znana, by mógł o niej myśleć w kategoriach damsko-męskich, i nowopoznana biegaczka, która okazuje się po pierwsze mężatką, a po drugie kimś, z kim Unai będzie musiał mieć kontakt na terenie służbowym; tam nie uda im się współpracować bezkolizyjnie, za to w rzadkich chwilach, gdy będą mogli się widywać w okolicznościach neutralnych, siła wzajemnego przyciągania będzie rosła… Cała ta konstelacja byłaby aż do bólu stereotypowa, gdyby Unai nie miał jeszcze jednego atutu, odróżniającego go od całej rzeszy niemal identycznych postaci: wspaniałego, blisko stuletniego dziadka, który wciąż tyle dobrego robi dla swoich wnuków, choć ci są już od dawna dorośli.

Sama intryga kryminalna, przynajmniej w zarysie, też może nam nasuwać skojarzenia z niejedną przeczytaną powieścią: oto wiele lat po serii makabrycznych morderstw, za które skazano cieszącego się powszechną sympatią potomka najbogatszej rodziny w mieście, koszmar powraca. Znów ofiary dobrane według specyficznego klucza, starannie upozowane w charakterystycznych punktach miasta… tylko sama metodyka zabijania trochę się różni. Skoro winowajca wciąż siedzi w więzieniu, są trzy możliwości: albo znalazł sposób, by stamtąd perfekcyjnie pokierować kimś, kto zrealizuje jego chore zamiary, albo to robota naśladowcy, który przechował w pamięci detale tamtych zbrodni, albo… osądzony bez wątpliwości, odsądzony od czci i wiary delikwent siedzi niewinnie, a seryjnym mordercą był wtedy i jest teraz ktoś zupełnie inny! Bez względu jednak na to, czy ten schemat widzieliśmy u Cornwell, Deavera, Miniera czy jeszcze innego autora, możemy być spokojni: to nie będzie to samo! Przynajmniej dwa razy – podobnie zresztą, jak Unai, Alba i cały ich zespół – damy się wyprowadzić w pole, a kiedy już poczujemy, że jesteśmy na właściwym tropie (na który naprowadzi nas relacjonowana przez narratora zewnętrznego historia z przeszłości), i tak się jeszcze prawdy nie dowiemy, aż do kulminacyjnego punktu, w którym zaczniemy na serio drżeć o życie głównego bohatera (choć zdrowy rozsądek pewnie wcześniej nam podpowie, że skoro sam Unai nam o tych wydarzeniach opowiada, nie może nie doczekać ich końca).

Jeżeli na tych niejednokrotnie używanych schematach udało się autorce zbudować opowieść, która trzyma w napięciu niemal od pierwszej do ostatniej strony i ciekawi odmiennością lokalnego klimatu, prowadzi to do prostego wniosku, że ważniejsza od oryginalności poszczególnych elementów jest umiejętność zaintrygowania czytelnika i stworzenia wyrazistej, wiarygodnej scenerii.

Dopatrzyłam się w tekście dwóch drobnych nieścisłości:
- w tekście co najmniej dwukrotnie mowa o „liściach cisu”[1]. W sensie botanicznym igły SĄ liśćmi, ale po to nadano im odrębną nazwę, by je odróżnić od liści nieprzekształconych; skoro nikt nie używa określenia „liście jałowca/sosny/jodły”, tak samo powinien traktować i cis, należący do tej samej klasy roślin. Może w języku hiszpańskim nie ma takiego rozróżnienia, ale w polskim jest.
- jeden ze świadków ma „zdarty, bezdźwięczny głos, jakby cierpiał na przewlekłe zapalenie płuc”[2]. Za barwę głosu odpowiadają struny głosowe, czyli część krtani, a choroby niższych partii układu oddechowego mogą co najwyżej utrudniać mówienie wskutek zaburzenia przepływu powietrza.
Ale te drobiazgi nie wpłynęłyby na ostateczną ocenę; uczynił to natomiast zbyt dosłowny, a przez to wulgarny i tandetny opis doświadczeń erotycznych bohatera. Doprawdy, nie mam pojęcia, dlaczego niemal wszyscy współcześni pisarze sądzą, że czytelnik nie wie, co się dzieje, gdy dwoje dorosłych ludzi postanawia dać upust pożądaniu, i muszą mu to pakować łopatą do głowy, nieważne, czy to powieść historyczna, obyczajowa, romans czy kryminał…

Pomijając jednak to zastrzeżenie, wrażenia okazały się na tyle dobre, że zachęcają do sięgnięcia po kolejne części trylogii (a w międzyczasie do lepszego poznania miejsca akcji. Na przykład poszukania, co oznaczają baskijskie imiona i jak się czyta nazwę przekąsek „pintxos”, albo sprawdzenia na mapie lokalizacji poszczególnych obiektów historycznych w Vitorii i trasy z tego miasta do rodzinnego domu Unaia).

[1] Eva García Sáenz de Urturi, „Cisza białego miasta”, przeł. Joanna Ostrowska, wyd. Muza SA, 2019, s. 51 i 249.
[2] Tamże, s. 257.

Autor: Eva García Sáenz de Urturi
Tytuł: Cisza białego miasta
Tłumacz: Joanna Ostrowska
Wydawnictwo: Muza SA 2019
Liczba stron: 576

Ocena: 4,5/6

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 337
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: