Dodany: 2019-05-01 10:15|Autor: dot59

Książki i okolice> Konkursy biblionetkowe

Autor: pawelw

PIERWSZE SPOTKANIE W LITERATURZE - konkurs nr 228



Przedstawiam KONKURS nr 228, który przygotowała Neelith.

Pierwsze spotkanie w Literaturze

Witam w majowej zabawie!

Każdy konkurs zaczynam od zapewnienia, że fragmenty są łatwe do wytropienia. Cóż, tak jest i tym razem. Wszystkie konkursowe tytuły mam ocenione, a dusiołki są w większości na tyle długie, że powinny zawierać wskazówki prowadzące do odpowiedzi. Najbardziej oczywiste imiona lub nazwy zastąpiłam iksem lub skróciłam do pierwszej litery, bo inaczej wystarczyłby rzut oka, by rozpoznać miejsce spotkania.

Konkurs zawiera 30 spotkań, z których każde jest istotne w życiorysie bohaterów lub dla rozwoju fabuły. Doprawdy łatwizna, ale w razie potrzeby służę podpowiedziami oraz zachęcam Konkursowiczów do mataczenia na Forum!

Zwyczajowo w pierwszej odpowiedzi informuję Uczestnika o znajomości dusiołków lub ich autorów, więc jeśli nie chcecie ułatwień, to od razu uprzedzajcie o tym w przesłanej wiadomości.

Odpowiedzi lub pomysłowe strzały przesyłajcie na adres e-mail: [...] albo w PW.

Za każdą właściwą odpowiedź należą się 2 punkty – po jednym za autora i tytuł, a więc łącznie 60 punktów. W przypadku uzyskania takiej samej liczby punktów przez kilku Uczestników, o miejscach na podium zdecyduje kolejność nadesłania odpowiedzi.

Na wiadomości czekam do 12 maja (niedziela) do godziny 23.59. Będę wdzięczna za podawanie w tytule wiadomości loginu biblioNETkowego.

Powodzenia!


1.
Rozwścieczony X. przemknął przez przedpokój w trzech susach, rzucił się na schody, przeskakując po cztery stopnie naraz, z rozpędu wpadł z pochyloną głową na m. wychodzącego od pana de Treville przez boczne drzwi i uderzył go czołem w ramię. Ów krzyknął, a raczej zawył z bólu.
– Przepraszam – rzekł X. usiłując biec dalej - przepraszam, ale śpieszę się bardzo.
Zaledwie jednak ruszył z miejsca, kiedy żelazna dłoń chwyciła go za szarfę i zatrzymała.
– Pan się śpieszy – zawołał m. blady jak śmierć – pod tym pozorem potrącasz mnie, mówisz „Przepraszam” i sądzisz, że tego dość? Bynajmniej, młodzieńcze. Mniemasz może, że skoroś słyszał, jak pan de Treville przemawiał dziś do nas nieco ostro, wolno ci to, co i jemu? Mylisz się kolego; nie jesteś panem de Treville.
– Na honor – odparł X., który rozpoznał A. wracającego do domu po opatrunku zrobionym przez chirurga – na honor, nie uczyniłem tego umyślnie, i dlatego powiedziałem: Przepraszam. Wydaje mi się, że to dosyć. Powtarzam panu jednak, co tym razem jest zbyteczne, że śpieszę się, bardzo się śpieszę, kawalerskie słowo. Puść mnie więc, proszę, i pozwól mi odejść.
– Mój panie – rzekł A. puszczając go - nie jesteś grzeczny. Widać, że przybywasz z daleka.
X przeskoczył już kilka stopni, ale słysząc uwagę A. zatrzymał się natychmiast.
– Do licha, mości panie – powiedział – choć przybywam z daleka, nie pan będziesz mnie uczył dwornego obejścia, uprzedzam cię.
– Być może – rzekł A.
– Ach, gdybym się nie śpieszył! – zawołał X. – gdybym nie biegł za kimś...
– Mój pośpieszny panie, znajdziesz mnie nie goniąc za mną, zrozumiałeś?
– A gdzie to, jeśli łaska?
– Obok Karmelitów Bosych.
– O której godzinie?
– Koło południa.
– Koło południa, doskonale, stawię się.
– Postaraj się, żebym nie czekał, bo kwadrans po dwunastej obetnę ci uszy, gdy będziesz śpieszył na spotkanie.
– Dobrze! – krzyknął X. – będę za dziesięć dwunasta.

2.
Margaret otworzyła drzwi i weszła do środka z ową śmiałością, pełną godności i prostoty postawą, tak dla niej charakterystyczną. Nie czuła się niezręcznie, miała na to zbyt wiele obycia w towarzystwie. Oto do jej ojca przyszedł ktoś w interesach, a ponieważ ten człowiek starał się być wobec nich uczynny, była skłonna traktować go z całą grzecznością. Pan T. był o wiele bardziej niż ona zdziwiony i zmieszany. Zamiast skromnego duchownego w średnim wieku w jego stronę zmierzała młoda dama z wyważoną wyniosłością, młoda dama zupełnie nieprzypominająca tych, które zwykł był widywać. [...]
Zupełnie nie rozumiał, kim ona jest. Jej wolne od zmieszania czy zdenerwowania spojrzenie, które rzuciła mu prosto w oczy, świadczyło o tym, że jego obecność jej nie zaskoczyła. Na pięknym obliczu nie pojawił się wyraz niepokoju, nie dostrzegł też rumieńca zakłopotania na jej twarzy o kremowej karnacji. Słyszał, że pan Hale ma córkę, ale był przekonany, że chodzi o małą dziewczynkę. [...]
Zanim ich rozmowa dobiegła końca, prawie wmówił sobie, że jej nie lubi. W ten sposób usiłował skompensować pełne zawstydzenie uczucie, że podczas gdy on wpatrywał się w nią z podziwem, którego nie potrafił powstrzymać, ona spoglądała na niego z dumną obojętnością. Był pewien, że ta młoda dama uważa go za kogoś, kim, ku własnej irytacji, przekonywał się, że jest – nieokrzesanego wielkiego mężczyznę, całkowicie pozbawionego wyrafinowania i wdzięku. Cichy chłód jej postawy zinterpretował jako lekceważenie i tak bardzo go to uraziło, że był gotów wstać i odejść, a przede wszystkim nigdy więcej nie mieć do czynienia z Hale’ami i ich pychą.

3.
Mówili do siebie w języku Wenów. Czarownik czysto, dziewczyna – z silnym akcentem. W. drażniły te pogaduszki. Odwrócił się, ale zdążył jeszcze kątem oka zauważyć, jak dziewczyna przysiadła obok czarownika, wyjęła grzebień i zaczęła rozczesywać jego długą brodę. [...]
– W. ma rację, a Ludojad nie – znowu nieoczekiwanie odezwał się czarownik.
Zwracał się zapewne do dziewczyny, ale W. drgnął ze zdumienia, a potem – z powodu bólu w boku.
– Co?
– Nic – z nieudawanym zdumieniem odpowiedział czarownik. – Wybacz, jeśli cię obraziłem. Przypomniałem po prostu stare przysłowie twojego narodu, jedyne, w którym wymienia się imię Ludojada… Kim jesteś młodzieńcze?
Żaden człowiek obdarzony wzrokiem nie nazwałby tak W. Ciekawe, co powiedziałby czarownik, gdyby mógł zobaczyć jego szramy, siwe kosmyki we włosach i złamany nos. W. nie chciał odpowiadać na to pytanie. Milczał. Ale więzień, który w podziemiach przez długi czas nie miał z kim rozmawiać, nie dał się tak łatwo zniechęcić.
– Początkowo myślałem – kontynuował, że jesteś grabieżcą. Kiedy powróciłeś z dziewczyną, pomyślałem, że jesteś jej krewnym. Ale wywodzicie się z różnych plemion, a ty nie jesteś jej narzeczonym. Wybacz mi moją ciekawość i powiedz, kim jesteś, młodzieńcze.
W. nadal milczał. Wiele by oddał za to, by znowu być sam.
– A ty dziecino, jak masz na imię? – spytał czarownik.
W. nadstawił ucha.
– N., panie…
W. pomyślał w głębi duszy, że to imię wyjątkowo do niej pasowało. Jak dzwoneczki w polu poruszane wiatrem nad wieczorem.

4.
– Powróciliśmy z Arco i zaczęliśmy żyć u siebie, w domu – mówi. – Resztę znasz. Przedstawiłeś mnie Krystynie. Nigdy ani jednym słowem nie wspomniałeś, że interesuje cię Krystyna. Ja to spotkanie, spotkanie nas dwojga, zaznajomienie się z Krystyną, uważałem za coś tak niepojętego, jak żadne inne spotkanie przedtem. Owszem, był to gatunek mieszany: odrobinę niemiecki, trochę włoski, a reszta węgierska. Możliwe, że była w niej również kropla krwi polskiej na skutek powiązań rodzinnych jej ojca... A też ona sama była trudna do zakwalifikowania i sklasyfikowania, jakby żaden gatunek i żadna klasa nie zawłaszczyły jej sobie całkowicie, jakby natura raz jeden spróbowała stworzyć jakąś istotę samodzielną, niezależną i wolną. [...] Pamiętasz – tak, z pewnością pamiętasz – kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz, w pokoju, gdzie na szerokim stole leżały zeszyty nutowe jej ojca: weszła Krystyna i naraz ciemny mały pokój wypełnił się jasnością. Wniosła nie tylko swoją młodość, nie. Wniosła namiętność i hardość, suwerenną świadomość bezwzględnych uczuć. Nie widziałem od tamtego czasu człowieka, który umiałby, jak ona, całym sobą reagować na wszystko, co daje mu świat i życie: na muzykę, na poranny spacer w lesie, na zapach i barwę kwiatu, na czyjeś rozumne i właściwe słowa.

5.
Postąpił kolejny krok, lecz nadal był na polanie. Wokół rosły wysokie paprocie, wiązy i mnóstwo naparstnic. Księżyc już zaszedł. T. uniósł świecę, szukając upadłej gwiazdy – może kamienia czy klejnotu. Niczego jednak nie dostrzegł. Usłyszał coś jednak mimo szmeru strumienia. Gwałtowne przełykanie śliny, pociąganie nosem, dźwięk wydawany przez kogoś, kto usilnie stara się nie rozpłakać.
– Halo! – zawołał T. Głos ucichł, lecz T. był pewien, że dostrzega światło pod leszczyną, i ruszył ku niemu.
– Przepraszam – rzekł z nadzieją, że uspokoi tajemniczą osobę pod leszczyną. Modlił się, by nie był to znów mały ludek, który ukradł mu kapelusz. – Szukam gwiazdy.
W odpowiedzi, spod krzewu pofrunęła ku niemu bryła mokrej ziemi, trafiając go w policzek. Poczuł lekki ból. Grudki ziemi posypały mu się za kołnierz i pod ubranie.
– Nie zrobię ci krzywdy – powiedział głośno.
Tym razem, widząc nadlatującą grudę ziemi, odskoczył i pocisk trafił w pień wiązu za jego plecami. Ruszył naprzód.
– Idź sobie – usłyszał czyjś głos, zduszony i ochrypły, jakby jego właścicielka dopiero co przestała płakać. – Idź sobie i zostaw mnie samą.
Leżała w dziwnej pozie pod leszczyną i patrzyła na T. z nieskrywaną wrogością. Uniosła groźnie kolejną bryłę ziemi, nie rzuciła nią jednak. Oczy miała czerwone i zapuchnięte, włosy tak jasne, że niemal białe, a suknię z błękitnego jedwabiu, połyskującego w blasku świecy. Cała lśniła.

6.
Powoli zamykam drzwiczki; serce mi wali, strzelając pociskami krwi. Jeszcze parę minut temu byłem spokojny, praktycznie chodziłem w stanie śpiączki, a teraz, kilka chwil później, cieszę się, że żyję. I okropnie się boję.
Ona ogląda jakieś owady, może pająka. Podchodzę, próbując zobaczyć, czemu się tak przygląda, i próbując nie patrzeć wprost na nią. Podchodzę tak blisko, że czuję zapach jej włosów i widzę zarys nosa, kształt pulchnych jak poduszeczka warg. Czarne okrągłe okulary. Mleczna, idealna cera.
Ujrzałem Boga i jest on tą dziewczyną.
Lepiej będzie, jak szybko coś powiem. W ustach mi zaschło. Kiedy staję za nią, ona mówi:
– Modliszka. Samiec skrada się do samicy. Chce z nią spółkować. Jeżeli nie będzie uważał, samica się odwróci i odgryzie mu głowę. Instynkt popycha go do kopulowania. Ale kiedy reszta jego ciała skończy kopulować, samica zje to, co zostało. Modliszki już takie są. Interesujące, co? Mam na imię Becky.

7.
A potem, kiedy pakuję dobytek, doskwiera mi jeszcze brak konia. Przechodzę ledwo kilkanaście metrów i tym razem znajduję coś, co może być śladem mojej eksplozji. Okrągły placek posiwiałej dziwnie trawy, dokładnie oczyszczony z krzaków rozrzuconych dookoła, ale nie jest to ani lej w ziemi, ani nie ma śladów działania temperatury. A pośrodku – widzę konia. Gapię się w osłupieniu, przekonany, że to halucynacja. Jest duży: prawie dwa metry w kłębie, sierść o dziwacznej, pręgowanej maści jak u tygrysa. [...] Najwyraźniej jest równie zdziwiony i spanikowany jak ja. Tuli uszy, wydaje dziwne, warczące odgłosy. Nie wiem, co to znaczy – szkolono mnie na normalnych, ziemskich koniach. Znajduję wreszcie linkę i robię pętlę na jednym końcu, po czym przeplatam przez nią resztę i mam lasso. [...]
Głaszczę aksamitne futro na szyi, obejmuję go i po indiańsku przytulam czoło do jego czoła w płaskim miejscu między oczami, tam, gdzie w zatokach klinowych zagnieździł się prawdopodobnie rezonator.
– Przyjaciel. Tęskniłem – myśli koń. – Przyjaciel. Szef. Koń był sam.
Czuję jego głos jako wibracje przenikające moją czaszkę. Dziwny, obcy dźwięk rozbrzmiewający w głowie, od którego świerzbią mnie zęby.

8.
„W Reading jest taki placyk otoczony budami z piwem i żarciem. Na środku stoi wysoki słup, na którym są umieszczone lampy i reflektory. No więc stanęliśmy tam na środku, sami, w świetle reflektorów, a wszyscy się na nas gapili. Spytałem Roda czy naprawdę chce tutaj rozmawiać, ale jemu to nie przeszkadzało. Rozmowa nie była łatwa. Rod sprawiał wrażenie jakby robił mi łaskę, zgadzając się na przesłuchanie. Ja natomiast byłem bardzo pewny siebie i postawiłem warunek, że jeśli przesłuchanie wypadnie dobrze, przyjmą mnie do zespołu. Rod nie chciał niczego obiecywać i zaprosili mnie do hotelu.” [...]
„Z chwilą kiedy tam wszedłem, zorientowałem się, że jest to coś zupełnie innego niż wszystko co dotąd znałem. Oni mieli profesjonalną ekipę techniczną, monitory, transport – wszystko. Pomyślałem, że nareszcie skończy się palenie trawy z tyłu autobusu podczas tras koncertowych. Co prawda było wprost przeciwnie, ale praca z nimi bardzo różniła się od tego co znałem z poprzednich zespołów.”

9.
Ruszyły w dół. Początkowo M. miała przewagę, lecz nieoczekiwanie potknęła się i upadła, a Margaret, nie mogąc się zatrzymać, by pomóc siostrze, mimo woli pomknęła naprzód i dotarła bezpiecznie na dół.
Kiedy nastąpił ten wypadek, o kilka jardów od M. znalazł się dżentelmen ze strzelbą i dwoma myśliwskimi psami, który wchodził na wzgórze. Natychmiast odrzucił broń i nadbiegał z pomocą. M. podniosła się z ziemi, lecz podczas upadku skręciła nogę i teraz ledwo mogła stanąć. Dżentelmen zaoferował swoje usługi, a dostrzegłszy, że jej skromność wzdryga się przed tym, co w zaistniałej sytuacji było konieczne, bez dalszej zwłoki wziął ją na ręce i zszedł z nią na dół. Przemierzył ogród, do którego Margaret zostawiła otwartą furtkę, wniósł M. do domu, gdzie Margaret zjawiła się chwilę wcześniej, i nie wypuścił panny z objęć, dopóki nie usadowił jej na fotelu w bawialni.

10.
Ubranie z pewnością było chłopięce: luźna koszula i bluza, zbyt obszerne spodnie sięgające poniżej kolan. Obok leżała okrągła czarna czapka. Zmierzwione włosy wydawały się za długie jak na chłopca. W bark R. trafił kamień.
Noskiem buta przewrócił ofiarę uliczników na plecy. Mogła to być dziewczyna. Była przytomna, lecz nie mogła złapać tchu. Przy każdym oddechu jęczała.
Na placyku pojawiło się kilku mieszkańców Redruth, ale kiedy kamienie zaczęły padać coraz częściej, czym prędzej się wycofali.
– Zranili cię, dziecko? – spytał R.
Dziewczyna gwałtownie podciągnęła kolana i usiadła.
– Boże święty! – wymamrotała. – Niech zdechną w męczarniach! [...]
– Skąd się tu wzięłaś?
– Przyszłam.
– Z ojcem?
– Jest w kopalni.
– Przyszłaś sama?
– Z G.
– Nie możesz wrócić w takim stanie. Znasz tu kogoś?
– Nie. – Nagle przestała się wycierać. – Ojej, dziwnie się czuję.
– Napij się jeszcze.
– Nie… mam pusty żołądek…
Wstała i chwiejnie pokuśtykała do narożnika szopy. Tutaj, ku rozbawieniu gawiedzi, która w dalszym ciągu obserwowała całą scenę, z wysiłkiem zwymiotowała wypity rum. Potem zemdlała, a R. zaniósł ją do sąsiedniej szopy i kupił jej dobry obiad.

11.
Był wysoki, mniej więcej tego samego wzrostu, co S. w butach na obcasach. Szare części jego skóry były nieco jaśniejsze niż u innych E., ale nie wiedziała, czy oznacza to, że przedtem miał jasną karnację, czy po prostu był w E. krócej niż reszta. Miał owalną twarz, która mogła być nawet przystojna, zanim zniszczyła ją Shaod. Nie był sługą. Szedł zbyt dumnym krokiem. S. domyślała się, że choć pełnił rolę zwykłego posłańca, był jednym z najbardziej zaufanych podwładnych przywódcy gangu E.
– Jak się nazywasz? – zapytała, starając się zachować neutralny ton.
Należał do jednej z trzech grup, która, według źródeł Ashe’a, władała miastem i brała w niewolę wszystkich, którzy zostali tam wtrąceni.
Mężczyzna nie odpowiedział od razu.
– Nazywają mnie Duchem – rzekł wreszcie.
S. pomyślała, że to dobre imię dla kogoś, kto istotnie jest widmem osoby, którą był kiedyś.

12.
W wieczór po finałach odbywa się słynny bal Wimbledonu. Od lat o nim słyszałem i bardzo chcę iść, ponieważ zwycięzca tańczy ze zwyciężczynią turnieju, a w tym roku, podobnie jak w wielu poprzednich latach, jest to S. G. Podkochuję się w S., od kiedy zobaczyłem ją, jak udziela wywiadu dla francuskiej telewizji. Jakby mnie piorun strzelił, byłem oszołomiony jej niewymuszoną gracją oraz naturalna urodą. [...]
Próbuję wyjaśnić pewnej starszej damie, która wygląda jak Benny Hill, że jestem bardzo podekscytowany tradycyjnym tańcem ze zwyciężczynią Wimbledonu w grze kobiecej.
Niestety, mówi kobieta, w tym roku nici z tego tańca.
Słucham?
Zawodnikom nie za bardzo się to podobało w latach poprzednich. Dlatego też zrezygnowano z tego.
Widzi, jak rzednie mi mina. Wendi odwraca się i też to widzi – wybucha śmiechem.
Nie puszczam się w tany ze S., ale zostaje mi to w pewien sposób zrekompensowane: zostaniemy sobie oficjalnie przedstawieni. Wyczekuję tego przez cały wieczór. Ściskając dłoń S. mówię jej, że starałem się dotrzeć do niej podczas ostatniego French Open i mam nadzieję, że nie zrozumiała tego opacznie. Dodaję: Bardzo chętnie zamieniłbym z tobą dwa słowa przy okazji.
Nie odpowiada. Uśmiecha się tylko enigmatycznym uśmiechem, a ja nie jestem w stanie stwierdzić, czy jest zadowolona z tego, co właśnie powiedziałem, czy tylko zdenerwowana.

13.
Wycofałam się w cień przy kominku, licząc, iż wreszcie o mnie zapomną. Murtagh rozwiązał mi ręce. Może zdołałabym wyśliznąć się z chaty, wykorzystując ogólne zamieszanie. Zebrani zajęli się młodym mężczyzną przycupniętym na stołku w kącie izby. Nawet na mnie nie spojrzał; siedział z pochyloną głową, trzymając się za ramię i kołysząc lekko z bólu.
Dougal delikatnie odsunął jego zaciśniętą dłoń. Inny mężczyzna zdjął mu szal, spod którego wyłoniła się brudna, zakrwawiona lniana koszula. Niski człowieczek z sumiastym wąsem stanął za chłopakiem i, przytrzymując jego koszulę przy kołnierzu, odciął nożem rękaw.
Wydałam cichy okrzyk, podobnie jak kilku obecnych. Młodzieniec był poważnie ranny. W jego ramieniu widniała głęboka, poszarpana wyrwa, a krew ściekała strużkami po piersi. Ale jeszcze bardziej wstrząsający widok stanowił staw barkowy. Na jego miejscu wznosiła się ohydna gula, a ramię zwisało pod nieprawdopodobnym kątem.
Dougal sapnął.
– Hmm. Wyskoczyła biedakowi ze stawu. Młodzieniec po raz pierwszy podniósł głowę. Jego twarz, choć ściągnięta z bólu i zarośnięta rudą szczeciną, wydawała się otwarta i dobroduszna. [...]
– Proszę zejść mi z drogi. – Odsunęłam Ruperta łokciem i sama ujęłam przegub pacjenta. Podniósł na mnie oczy, równie zdumiony, jak wszyscy inni, ale nie stawił oporu. Skórę miał bardzo ciepłą, ale nie rozgorączkowaną.
– Trzeba ustawić kość ramienia pod właściwym kątem, zanim wciśnie się ją w staw – oznajmiłam. Podniosłam nadgarstek do góry, a łokieć skierowałam do wewnątrz. Młodzieniec był wysoki i muskularny; roztrzaskane ramię wydało mi się ciężkie jak ołów.
– Teraz będzie najgorzej – ostrzegłam. Objęłam jego łokieć, przygotowując się do gwałtownego szarpnięcia do góry i do wewnątrz. Usta chłopaka zadrgały.
– Nie może boleć bardziej niż teraz. Zaczynaj.
Po twarzy spływały mi krople potu. Nawet w sprzyjających okolicznościach nastawienie stawu wymaga dużego wysiłku. Jeśli zaś robi się to po paru godzinach od zwichnięcia, kiedy spuchnięte mięśnie napierają na staw, trzeba wytężyć wszystkie siły. Kominek znajdował się niebezpiecznie blisko; miałam nadzieję, że nie wpadniemy do niego, jeśli ręka wskoczy na miejsce z szarpnięciem.
Nagle ramię trzasnęło cicho i staw znalazł się na swoim miejscu. Pacjent przyjrzał się barkowi zdumiony. Podniósł rękę, żeby się upewnić.
– Już nie boli! – Na twarzy rozlał się mu szeroki uśmiech pełen ulgi, a mężczyźni za krzyknęli z podziwem.

14.
Nieoczekiwanie pewnego popołudnia pod koniec stycznia ciotka odłożyła na krześle robótkę i zostawiła bratanicę samą w strumieniu żółtych liści opadających z migdałowców. Ożywiony niejasnym domysłem, że jest to ukartowana okazja, F. A. przeszedł przez ulicę i stanął przed F. D. tak blisko niej, iż poczuł mgiełkę jej oddechu i kwietny powiew, z którym miał ją utożsamiać już do końca życia. Przemówił do niej ze sztywno podniesioną głową i z taką stanowczością, na jaką zdobył się ponownie i z tych samych przyczyn dopiero pół wieku później.
– Mam tylko jedną prośbę. Proszę przyjąć ode mnie list – powiedział jej.
Nie był to głos, którego się po nim spodziewała: brzmiał dźwięcznie i zdecydowanie i nie miał nic wspólnego z jego kruchą posturą. Nie odrywając wzroku od robótki odpowiedziała: „Nie mogę przyjąć listu bez uprzedniego zezwolenia mego ojca”. Ciepło jej głosu, którego przygaszoną barwę miał zapamiętać na resztę życia, przejęło F. A. dreszczem. Nie ustąpił jednak i natychmiast odparł: „Proszę je więc uzyskać”. Po czym, chcąc złagodzić ostrość tego rozkazu, dodał błagalnie: „To sprawa życia i śmierci”.

15.
– Powiem ci jednak, kto wygląda na zabójcę. – Spojrzenie Sebastiana powędrowało ku przodowi łodzi, gdzie w pobliżu dziobu stała spowita w opończę postać. Stała do nich tyłem i zamiast szukać ciepła słońca, trzymała się cienia rzucanego przez stos skrzynek. – On to dopiero wygląda na zabójcę.
– Podejrzewasz go, bo nosi kaptur?
– Nie, chodzi o jego oczy. Widziałeś je? Zimne, tyle ci powiem. Martwe oczy. Takie, co nawykły do oglądania i zadawania śmierci. [...]
– Może ktoś z nas powinien z nim porozmawiać? – zasugerował Eugene. – Jeśli poznamy jego historię, może okaże się, że nie ma czego się bać.
– Nasz młody uczeń ma rację – powiedział Sebastian z dostatecznie dużym zdziwieniem w głosie, żeby młodzieniec się skrzywił. – To niepokojące, gdy w pobliżu jest tygrys, a człowiek nie wie, czy jest głodny. Idź, porozmawiaj z nim, Eugene.
– Nie, dziękuję. Wystarczy, że wpadłem na pomysł.
– Ja z całą pewnością nie mogę – odparł Sebastian. – Jestem zdecydowanie zbyt rozmowny. To cecha, która często prowadziła do kłopotów. Nie chcemy niepotrzebnie prowokować tego człowieka. A może ty, Samuelu?
– Oszalałeś? Nie wysyła się jagniątka, żeby wypytywało tygrysa. Powinien pójść żołnierz. On nie ma czego się bać. Nawet morderca dwa razy się zastanowi, nim rzuci wyzwanie mężczyźnie z dwoma mieczami.
Wszyscy spojrzeli na H. [...]
– Może po prostu zobaczę, jak rozmowa się potoczy – uznał H. i wstał. [...]
– Przepraszam – powiedział, a mężczyzna obrócił się nieco, ale nie dość, żeby pokazać twarz, czy choćby nos. Po uwagach Sebastiana H. ciekawiły oczy nieznajomego. – Nazywam się H. B.
– Moje gratulacje. – Odpowiedź była równie zimna jak wiatr, który ją poniósł.
– Ehm... A pan jak się nazywa?
Mężczyzna odwrócił się do niego plecami.
– Zostaw mnie w spokoju.
– Chciałem być tylko uprzejmy. Wszyscy przesiedzimy na tej barce bite dwa dni. Równie dobrze moglibyśmy się poznać.
Nic. Jakby mówił do ściany. Mury zwykle chronią fortece. Żeby dostać się do środka, trzeba rozpocząć oblężenie, podkopać się albo przemycić do środka swojego człowieka. Może Vivian miała dobry pomysł – zawsze jest jeszcze samobójczy atak frontalny.
– Pomyślałem, że powinien pan wiedzieć, że na pokładzie barki może przebywać morderca.
Głowa znowu odwróciła się w jego stronę. Tym razem nieco bardziej i H. przelotnie dostrzegł jedno oko. Nie błyszczało, H. nie zauważył też wydłużonej źrenicy, ale Sebastian mógł mieć rację. H. dostrzegł groźbę w spojrzeniu, złowrogi wzrok, jaki wielokrotnie już widywał; zwykle po takim spojrzeniu rozlegał się szczęk stali.
– Jestem przekonany, że więcej niż jeden – odparł mężczyzna w kapturze. – A teraz odejdź.

16.
Gośćmi byli przeważnie marynarze, którzy rozmawiali głosami tak podniesionymi, że zatrzymałem się w drzwiach, prawie lękając się wejść. Gdy się tak wahałem, z bokówki wyszedł człowiek, w którym na pierwszy rzut oka poznałem D. J. Miał lewą nogę uciętą pod samym biodrem, a pod lewą pachą trzymał szczudło, którym posługiwał się z nadzwyczajną zręcznością, skacząc na nim jak ptaszek. Był niezmiernie wysoki i tęgi, twarz miał wielką jak szynka, wprawdzie brzydką i bladą, lecz rozsądną i uśmiechniętą.
Zdawało się doprawdy, że ma nader wesołe usposobienie, gdyż wciąż chodził pośród stołów, pogwizdywał, a tego i owego obdarzał żartobliwym słowem lub klepał po ramieniu jeżeli był to który z ulubieńszych gości.
Prawdę mówiąc, kiedy wyczytałem pierwszą wzmiankę o D. J. w liście JWP Trelawneya, zrodziła się we mnie obawa, że może to być ten sam żeglarz o jednej nodze, na którego tak długo czatowałem pod starym „Benbow”. Lecz dość było jednego spojrzenia na człowieka przede mną. Widziałem kapitana i Czarnego Psa, i ślepego Pew, więc zdawało mi się, że wiem, jak wygląda rozbójnik morski. Według mego zdania, korsarz musiał być istotą zupełnie odmienną od tego schludnego i dobrodusznego oberżysty.
Zebrałem się na odwagę, przestąpiłem próg i skierowałem się wprost do tego człowieka, który stał wsparty na szczudle, rozmawiając z jednym z klientów.
– Wszak mówię z panem S.? – zapytałem trzymając w ręce pismo.
– Tak jest, mój chłopcze – odparł ów – rzeczywiście tak się nazywam. A kimże ty jesteś?
Skoro obejrzał list dziedzica, wykonał ruch taki, jak gdyby chciał podskoczyć, i rzekł głośno, wyciągając rękę:
– No, teraz to już wiem! Jesteś naszym nowym chłopcem okrętowym. Bardzo mi przyjemnie cię poznać!

17.
C. jednak, radośnie ześlizgując się w dół po wyboistym zboczu, odkryła wkrótce, że popełniła błąd nie zwracając uwagi na ostrzeżenia swego bardziej doświadczonego ojca. Dotarła na dno po przyjemnym zjeździe i pocierała właśnie o siebie dłońmi, by pozbyć się z nich zimna, kiedy usłyszała niski i złowieszczy warkot.
– Biały lew – poruszyła bezgłośnie wargami C., przypominając sobie podejrzenia Bruenora.
Kiedy spojrzała w górę, zauważyła, że jej ojciec niezbyt utrafił w sedno. Na dziewczynę istotnie spoglądał z nagiego, kamienistego pagórka wielki kot, jednak był czarny, nie biały, był wielką panterą, nie lwem.
Nieufnie C. wyciągnęła nóż z pochwy. – Trzymaj się z dala, kocie! – powiedziała z zaledwie lekkim drżeniem w głosie, ponieważ wiedziała, że strach skłaniał dzikie zwierzęta do ataku.
G. położyła po sobie uszy i położyła się na brzuchu, po czym wydała z siebie niski i dźwięczny ryk, który odbił się echem po całej kamienistej okolicy.
C. nie była w stanie nic odpowiedzieć na potęgę tego ryku ani na bardzo długie i liczne zęby, które pokazywała pantera. Rozglądała się w poszukiwaniu jakiejś drogi ucieczki, choć wiedziała, że nieważne gdzie pobiegnie, nie wydostanie się poza zasięg skoku kota.
– G.! – dobiegł z góry krzyk. C. spojrzała z powrotem na pokryte śniegiem zbocze i ujrzała szczupłą, odzianą w płaszcz sylwetkę, która ostrożnie szła w jej stronę. – G.! – krzyknął znów nowoprzybyły. – Odejdź stąd!
Pantera wydała z siebie gardłową odpowiedź, po czym odbiegła, przemykając po pokrytych śniegiem głazach i wskakując na małe klify z taką łatwością, jakby poruszała się przez gładki i płaski teren.
Pomimo ciągłego strachu C. spoglądała za oddalającą się panterą ze szczerym podziwem. Zawsze uwielbiała zwierzęta i często je obserwowała, jednak gra napiętych mięśni G. była wspanialsza, niż wszystko co mogła sobie do tej pory wyobrazić. Kiedy wyszła w końcu z transu, zdała sobie sprawę, że szczupła postać jest tuż przy niej. Obróciła się, wciąż trzymając w dłoni nóż. Ostrze jej wypadło i nagle straciła oddech, gdy spojrzała na d.
D. również był oszołomiony spotkaniem. Chciał się upewnić, że z dziewczyną jest wszystko w porządku, jednak kiedy spojrzał na C., wszystkie związane z tym zamierzeniem myśli uleciały mu z głowy.

18.
Delektując się chwilą, bardzo powoli podeszła do przeszklonych drzwi. Wyciągnęła lewą rękę (w tym słabym świetle spowitą szafirowym półmrokiem), lecz zanim dotknęła klamki, drzwi niespodziewanie się otworzyły.
Tym razem jej się nie upiekło. Uderzyło w nią sto kilo niewidzącej rozmamłanej męskiej masy. R. straciła równowagę i wyrzuciwszy gwałtownym ruchem torebkę, młócąc rękami powietrze, runęła do tyłu w pustkę śmiercionośnej klatki schodowej.
S. zamortyzował siłę uderzenia. Słysząc przenikliwy krzyk, zareagował instynktownie: błyskawicznie wyciągnął rękę i chwycił kawałek ubrania razem z ciałem. Drugi krzyk bólu odbił się echem od kamiennych ścian, a S. zdecydowanym szarpnięciem zdołał wciągnąć dziewczynę z powrotem na twardy grunt. Echo jej krzyków nadal pobrzmiewało na klatce schodowej. Zdał sobie sprawę, że sam też zawołał:
– Jezu Chryste!
Obolała dziewczyna stała oparta o drzwi i pojękiwała, zgięta w pół. Widząc przekrzywienie jej zgarbionej sylwetki oraz rękę, którą wsunęła głęboko pod klapę płaszcza, S. pojął, że ocalił ją dzięki chwyceniu sporego kawałka jej lewej piersi. Większą część poczerwieniałej twarzy dziewczyny zakrywała gęsta falująca zasłona jasnych włosów, ale S. zauważył łzy bólu wypływające z jej odsłoniętego oka. [...]
Jej przypadkowy napastnik okazał się olbrzymem. Wzrostem i ogólną włochatością połączoną z lekko wystającym brzuchem przypominał niedźwiedzia grizzly. Jedno oko miał spuchnięte i sine, tuż pod brwią pękła mu skóra. Na lewym policzku i nad wymiętoszonym, rozchełstanym kołnierzykiem koszuli z prawej strony szyi w wypukłych i pobielałych na krawędziach śladach po paznokciach krzepła krew.
– P-pan S.? – wyjąkała.
– Tak.
– J-jestem tymczasowa.
– Jaka?
– Tymczasowa. Z Tymczasowych Rozwiązań.
Nazwa agencji nie starła niedowierzania z jego zmaltretowanej warzy. Gapili się na siebie nieprzyjaźnie, wytrąceni z równowagi.

19.
Podczas podróży nie narzucałem się nikomu, ponieważ wciąż czułem się niezręcznie w towarzystwie innych. Roent i najemnicy chętnie zostawiali mnie samemu sobie. Derrik od czasu do czasu żartował ze mną, ale zasadniczo zniechęcała go moja rezerwa. Zostawała mi więc tylko ostatnia pasażerka, D. Pierwsze słowa wymieniliśmy dopiero pod koniec pierwszego dnia podróży. Jechałem wtedy na wozie w towarzystwie jednego z najemników i akurat mechanicznie obdzierałem z kory wierzbową witkę. Moje palce poruszały się bez udziału myśli i oglądałem jej profil, podziwiając linię szczęki oraz krzywiznę szyi w miejscu, w którym łączy się z ramionami. Zastanawiałem się, dlaczego podróżuje sama i dokąd zmierza. W samym środku tych rozmyślań ona odwróciła się i przyłapała mnie na podglądaniu.
– Grosz za twoje myśli? – zapytała, odsuwając z twarzy zabłąkany kosmyk włosów.
– Zastanawiałem się, co właściwie tutaj robisz – odrzekłem na poły szczerze.
Uśmiechnęła się, nie przestając patrzeć mi w oczy.
– Kłamca.
Wykorzystałem starą sztuczkę sceniczną, pozwalającą opanować niechciany rumieniec i z najgłębszą, na jaką mnie było stać, obojętnością wzruszyłem ramionami, a potem spojrzałem na witkę w swoich dłoniach. Po kilku chwilach usłyszałem, jak D. wraca do przerwanej rozmowy z Retą. Ogarnęło mnie osobliwe rozczarowanie. Obóz był już rozbity na noc, kolacja bulgotała w kociołku, a ja tymczasem włóczyłem się bez celu wokół wozów, sprawdzając węzły, którymi przymocowany był ładunek. W pewnym momencie usłyszałem za sobą kroki, a odwróciwszy się, zobaczyłem nadchodzącą D. Ścisnęło mnie w żołądku i dopiero głęboki oddech pozwolił mi nad sobą zapanować.

20.
Siostra Sherin to była ta młoda kobieta, która pomagała pani Aspekt podczas operacji. Gdy odnalazł ją w sali na początku korytarza w zachodnim skrzydle, owijała bandażami w pasie rannego mężczyznę. Skóra pacjenta miała niezdrowy, szarawy odcień, jego ciało pokrywała warstwa połyskliwego potu, ale oddychał normalnie, nie wyglądało na to, żeby cierpiał.
– Będzie żył? – zapytał ją V.
– Na to liczę. – Siostra Sherin zabezpieczyła bandaż zaciskiem, a potem umyła ręce nad miską z wodą. – Choć służba w tym Zakonie uczy nas, że śmierć często przeczy naszym oczekiwaniom. Weź je. – Skinęła głową na stertę zakrwawionych ubrań leżących w kącie. – Trzeba je wyczyścić. Będzie musiał się w coś ubrać gdy już stąd wyjdzie. Pralnia jest w południowym skrzydle.
– Pralnia?
– Tak. – Spojrzała na niego, uśmiechając się niemal niezauważalnie. Chociaż starał się pohamować, ocenił wzrokiem jej kształty. Była wyjątkowo smukła, ciemne kędziory nosiła spięte z tyłu głowy, twarz była młodzieńcza i ładna, jednak w jej oczach widać było doświadczenie wykraczające daleko poza metrykę. Jej usta precyzyjnie wypowiedziały znów to samo słowo: – Pralnia.
Był nią zawstydzony, pochłonięty patrzeniem na kształt jej kości policzkowych oraz ust, jasność jej oczu, rozkoszujących się konfrontacją. Szybko pozbierał ubrania i ruszył szukać pralni.
Poczuł ulgę, gdy wyszło na jaw, że wcale nie musi sam prać ubrań. Po chłodnym powitaniu Siostry Sherin zaskoczyło go powitanie ze strony braci i sióstr pracujących w wypełnionej parą pralni.

21.
Zaproszony w ten sposób młodzieniec rozejrzał się wokoło i zastanowił nad wyborem, ale że żadnej z dziewcząt nie znał, nie było to łatwe. Wziął pierwszą, jaka mu się nawinęła pod rękę, lecz nie była to tamta wygadana, która się spodziewała, że ją wybierze. Nie była to także T. D. Dotychczas w życiowej walce T. nie przydały się na nic ani jej rodowód, ani prochy przodków i ich pomniki, ani też rysy twarzy d.; wszystko to nie przyczyniło się nawet do tego, by ją tancerz przeniósł nad inne najzwyklejsze wieśniaczki. Oto co w epoce wiktoriańskiej znaczy błękitna krew Normanów nie poparta przez pieniądz.
Imię tej, która zaćmiła inne dziewczęta, jakiekolwiek było, nie zostało nam przekazane, lecz wszystkie towarzyszki jej zazdrościły, gdyż tego wieczoru ona pierwsza doznała przyjemności zatańczenia z kawalerem. Tymczasem taka jest moc naśladowcza przykładu, że młodzi wieśniacy, którzy nie kwapili się do przekroczenia furtki, dopóki intruz nie pokazał im i drogi, teraz tłumnie wpadli na plac; toteż wkrótce w wielu parach znaleźli się chłopcy i wreszcie nawet najbrzydsza dziewczyna nie potrzebowała odgrywać w tanecznych figurach roli kawalera.
Nagle zegar na wieży kościelnej wydzwonił godzinę i młodzieniec oznajmił, że musi już odejść – zapomniał się – przecież musi dogonić swoich towarzyszy. Gdy już opuszczał tańce, wzrok jego padł na T. D., której wielkie oczy zdawały się spoglądać na niego z wyrazem lekkiego wyrzutu, że nie ją wybrał. On również żałował, że trzymała się na uboczu, co nie pozwoliło mu jej zauważyć, i myśląc o tym opuścił pastwisko.
Chcąc nadrobić czas stracony pobiegł pędem drogą; w kierunku zachodnim, więc też wkrótce minął nizinę i dotarł do szczytu sąsiedniego wzgórza. Jeszcze braci nie dogonił, lecz zatrzymał się, żeby nabrać tchu, i spojrzał poza siebie. Mógł dojrzeć na zielonym placu białe sylwetki dziewcząt wirujące w tańcu, tak jak wirowały, gdy i on się wśród nich znajdował. Zdawały się już o nim nie pamiętać.
Wszystkie z wyjątkiem może jednej. Jej biała postać stała samotnie koło żywopłotu. Poznał, że to ta ładna dziewczyna, z którą nie zatańczył. Mimo że była to sprawa błaha, czuł instynktownie, że jego zapomnienie dotknęło ją. Żałował, że jej nie zaprosił i nie zapytał, jak się nazywa. Miała twarz tak skromną, tak wyrazistą, wyglądała tak delikatnie w swojej lekkiej białej sukience, że doznał wrażenia, iż zachował się głupio.

22.
Z tyłu samotnie stała Meggie z rozdziawioną buzią, jakby patrzyła na samego Boga. Nie zwracając uwagi na pył, w którym zanurzyła się sutanna, wyminął chłopców i przykucnął przed Meggie. Kiedy zamknął jej ręce w swoich dłoniach, poczuła, jakie są mocne, delikatne, dobre.
– No proszę! A to kto? – spytał z uśmiechem.
– Meggie – odparła.
– Na imię ma Meghann – dorzucił Frank z kwaśną miną, nienawidząc tego pięknego mężczyzny, jego oszałamiającej postury.
– Meghann, moje ulubione imię – powiedział prostując się, ale trzymając Meggie za rękę. – Najlepiej będzie, jeśli przenocujecie na plebanii – oznajmił, prowadząc Meggie do samochodu. – Zawiozę was do Droghedy rano. To za daleko, żeby jechać od razu po podróży pociągiem z Sydney.

23.
Gdy weszłyśmy do pokoju, ten na wózku spojrzał na nas spod długich, rozczochranych włosów. Popatrzył mi w oczy i po chwili wydał z siebie mrożący krew w żyłach jęk. Potem wykrzywił usta i wydał kolejny straszliwy odgłos. Jego matka zesztywniała.
– Will, przestań!
Nawet na nią nie spojrzał. Kolejny odgłos godny neandertalczyka wydobył się gdzieś z jego piersi. Był to straszliwy, pełen bólu dźwięk. Starałam się nie wzdrygnąć. Z głową zwieszoną między ramionami mężczyzna spoglądał na mnie, wciąż wykrzywiony w straszliwym grymasie. Wyglądał groteskowo, trochę groźnie. Zdałam sobie sprawę, że ściskam rączkę torebki tak mocno, że aż zbielały mi palce.
– Will! Proszę cię. – W głosie jego matki pojawiła się nuta histerii. – Proszę, nie rób tego.
„O Boże” – pomyślałam. „To ponad moje siły”. Przełknęłam ślinę. Mężczyzna wciąż na mnie patrzył, jakby czekał, co zrobię.
– Mam na imię... Lou – mój drżący głos przerwał ciszę. Pomyślałam, czy nie podać mu ręki, ale potem przypomniałam sobie, że nie będzie w stanie jej uścisnąć, więc tylko pomachałam słabo. – To zdrobnienie od Louisa.
Wtedy ku mojemu zdumieniu jego twarz wygładziła się, uniósł głowę. Will Traynor patrzył na mnie spokojnie, po twarzy pełgał mu jakby uśmieszek.
– Dzień dobry, panno Clark – powiedział. – Podobno jest pani moją najnowszą opiekunką.

24.
Miała nad nim przewagę co najmniej roku i najmarniej pół stopy wzrostu. Mimo zmęczenia miała w sobie niekłamaną, naturalną pewność siebie, która w wypadku niektórych dziewczyn sprawia, że młodzi chłopcy czują się jak coś w rodzaju insekta pod obcasem. L. nie dysponował ani elokwencją, ani doświadczeniem, które pozwoliłyby mu opisać taką sytuację w podobny sposób. Wiedział tylko, że ze wszystkich dziewczyn, jakie widział we Wzgórzu Cieni, tylko przy niej czuł dotknięcie czegoś tajemniczego i znacznie większego niż on sam.
Chciało mu się skakać. Zbierało mu się na wymioty. [...]
– To jest Beth – powiedział Złodziejmistrz. – Ma dzisiaj nadzór nad wami, chłopcy. Słuchajcie tego, co mówi, jakby to były moje własne słowa. Pewne ręce, spokojna głowa. Żadnego obijania się i żadnych przeklętych komedyjek. Ostatnie, czego nam trzeba, to żebyście nabrali ambicji.
Nie można było przeoczyć lodowatego spojrzenia, jakie przy ostatnim słowie posłał L.
– Bardzo panu dziękuję, proszę pana – powiedziała Beth bez krztyny czegokolwiek, co przypominałoby wdzięczność w głosie. Pchnęła Tama i Szczerbatego w stronę jednego z wyjść z komory. – Wy dwaj poczekajcie przy wejściu. Muszę zamienić słówko na osobności z waszym przyjacielem.
L. był zaskoczony. Słówko z nim? Czyżby odgadła, że zna się na podbieraniu i nęceniu, że w żadnym razie nie przypomina tamtych dwóch? Beth się rozejrzała, położyła ręce na jego ramionach i przyklęknęła. Jakieś nerwowe zwierzę w trzewiach L. wykonało kilka salt, wtedy spojrzała mu prosto w oczy. Dawna nauka, żeby unikać kontaktu wzrokowego, nie tylko została odłożona na bok, ale całkowicie wyparowała z jego umysłu.
Wtedy wydarzyły się dwie rzeczy.
Po pierwsze, zakochał się, chociaż miną lata, zanim się dowie, jak to uczucie się nazywa i jak dogłębnie skomplikuje mu życie.
Po drugie, Beth zwróciła się bezpośrednio do niego po raz pierwszy w jego życiu i L. zapamięta jej słowa z wyrazistością, jaka będzie kłuła go w serce jeszcze długo po tym, jak inne incydenty z owych czasów zbledną w mgiełce półprawd w jego pamięci.
– Ty jesteś mały L., zgadza się?
Ochoczo pokiwał głową.
– Słuchaj no, gnojku. Słyszałam o tobie, więc morda w kubeł, a te swoje niespokojne łapy trzymaj w kieszeniach. Przysięgam na wszystkich bogów, że jeśli narobisz mi choćby najmniejszych kłopotów, zrzucę cię z mostu tak, że będzie to wyglądać jak zwykły wypadek, do cholery.

25.
Zegarek przy łóżku pokazywał wpół do dziesiątej. L. zaczęła się właśnie zastanawiać, co ją wyrwało ze snu, gdy ponownie zadźwięczał dzwonek u drzwi. Usiadła skonfundowana. Nikt nigdy nie pukał do niej o tej porze dnia. W ogóle przychodziło do niej raczej niewielu ludzi. Ciągle zaspana owinęła się prześcieradłem i poczłapała chwiejnie do drzwi. Otworzywszy, spojrzała w oczy M. B. i ogarnięta paniką cofnęła się bezwiednie o krok.
– Dzień dobry, panno S. – przywitał ją wesoło. – Rozumiem, że wczoraj poszło się późno spać... Mogę wejść?
Nie czekając na pozwolenie, przestąpił próg i zamknął za sobą drzwi. Podczas gdy M. z zaciekawieniem przyglądał się kupie ubrań w przedpokoju i stosom leżących na podłodze gazet, świat L. kręcił się w złą stronę – jak, co, kto? M., zajrzawszy do sypialni, z rozbawieniem spojrzał na rozdziawione usta dziewczyny.
– Wyszedłem z założenia, że jeszcze nie jadłaś śniadania, więc przyniosłem bajgle. Pieczeń, indyk z musztardą i wegetariański z awokado. Nie wiem który wolisz. Pieczeń?
Zniknął w kuchni i od razu znalazł ekspres.
– Gdzie masz kawę? – zawołał.
S. stała jak wmurowana w podłogę przedpokoju. Dopiero na dźwięk lejącej się z kranu wody zrobiła trzy duże kroki.
– Stop! – zorientowawszy się, że krzyczy, ściszyła głos. – Do jasnej cholery, nie możesz sobie tak po prostu włazić, jak gdybyś tutaj mieszkał. Przecież nawet się nie znamy.
M. zatrzymał się z dzbankiem wody nad ekspresem do kawy i odwróciwszy głowę, odpowiedział z powagą w głosie:
– Mylisz się! Znasz mnie lepiej niż większość ludzi. Prawda?

26.
Tak było właśnie tego dnia, w którym spotkała Tomasza. Przepychała się między pijakami w swojej restauracji, jej ciało uginało się pod ciężarem kufli, które niosła do tacy, a dusza kryła się gdzieś w żołądku albo trzustce. Właśnie wtedy Tomasz odezwał się do niej. To odezwanie było istotne, ponieważ przyszło od kogoś, kto nie znał ani jej matki, ani pijaków, którzy codziennie robili jej swoje stereotypowe, sprośne propozycje. Statut obcego wywyższał go ponad innych. I jeszcze coś go wywyższało: na stole leżała otwarta książka. W tej gospodzie nikt jeszcze nigdy nie otworzył książki na stole. Książka była dla Teresy znakiem rozpoznawczym tajnego bractwa. Przeciwko światu brutalności, który ją otaczał miała tylko jedną obronę: książki, które wypożyczała w bibliotece miejskiej, szczególnie powieści – przeczytała ich mnóstwo, od Fieldinga po Tomasza Manna. Umożliwiały jej imaginacyjną ucieczkę z życia, które jej nie zadowalało, ale miały również znaczenie jako przedmiot: chętnie przechadzała się po ulicy, trzymając książkę pod pachą. Miały dla niej takie samo znaczenie jak elegancka laseczka dla dandysa z zeszłego wieku. Odróżniały ją od reszty. […] Ten, który się do niej odezwał, był jednocześnie obcym i członkiem tajnego bractwa. Odezwał się do niej łagodnym głosem i Teresa poczuła, jak jej dusza przedziera się na powierzchnie wszystkim tętnicami, żyłami i porami, by mu się ukazać.

27.
Szczególnie po weekendzie skrzynia jest pełna książek, które wykładałam od razu na wózki, aby pracownicy mogli je potem spokojnie włożyć na półki. Kiedy w ten niezwykły poniedziałkowy ranek jak zawsze wtoczyłam wózek do pokoju, zobaczyłam, że Jean stoi na środku nieruchomo.
– Słyszę jakiś hałas.
– Jaki hałas?
– Ze skrzyni. Chyba jakieś zwierzę.
– Co?
– Zwierzę. Myślę, że w skrzyni jest coś żywego.
I wtedy też to usłyszałam, dziwny chrobot pod metalowym wiekiem. Wcale nie brzmiał jak odgłos wydawany przez zwierzę. Brzmiał, jak gdyby starszy człowiek bardzo chciał odkaszlnąć. Jednak w skrzyni nie siedział żaden staruszek. Bez wątpienia zwierzę, ale jakie? Schyliłam się, by podnieść wieko, mając nadzieję, że to tylko wiewiórka. Najpierw poczułam powiew bardzo mroźnego powietrza. Ktoś wrzucił książkę i nie zasunął klapy otworu. W skrzyni było zimno jak na zewnątrz, kto wie czy nawet nie bardziej – w końcu była z metalu. Mogłaby śmiało służyć za zamrażalnik. Wciąż wstrzymywałam oddech, gdy zobaczyłam maleńkiego kotka. Był wciśnięty w jeden z rogów skrzyni, głowę miał zwieszoną, łapki podwinął pod siebie i usiłował wydawać się jak najmniejszy. Książki piętrzyły się pod samo wieko, częściowo go zasłaniając. Podniosłam jedną z nich, by lepiej mu się przyjrzeć. Kotek popatrzył na mnie ze smutkiem.

28.
Chłopak podniósł się i wynurzył w blasku księżyca ponad kryjącą go szczeliną, wsuwając fremeńską broń za szarfę. Gdy się odwrócił, pośród skał wyrosła przed nim druga sylwetka. W księżycowej poświacie i odblasku szarego kamienia P. dostrzegł drobną postać we fremeńskich szatach, ocienioną twarz wyzierającą z kaptura i wylot lufy znajomej broni miotającej ukrytej w fałdach jej dżubby.
– Jestem C., córka Lieta. – Głos był melodyjny, na poły wypełniony śmiechem. – Nie pozwoliłabym ci skrzywdzić moich towarzyszy – powiedziała.
P. przełknął ślinę. Stojąca przed nim postać obróciła się w smudze księżyca i ujrzał delikatną twarz oraz czarne otchłanie oczu. Ta twarz, te rysy znane z nieprzeliczonych najwcześniejszych wizji przyszłości wprawiły go w osłupienie.

29.
Cała walka trwała może ze dwadzieścia sekund, a M. był pewien, że nikt nie wyszedł z tawerny. Pozabijali się nawzajem? Zrobiło mu się zimno, i to nie tylko od wody. Śmierć to chleb powszedni w Norach, ale nigdy nie widział, żeby tylu ludzi zginęło tak szybko i tak łatwo.
Nawet uważając na pająka, w kilka minut M. zebrał sześć miedziaków. Gdyby był odważniejszy, obrobiłby trupy w tawernie, ale nie wierzył, że D. B. nie żyje. Może był demonem, jak mówiły inne szczury. Może stał na zewnątrz i czekał, żeby zabić M. za szpiegowanie.
Z piersią zaciśniętą ze strachu M. zawrócił i popełzł do swojej dziury. Sześć miedziaków to niezły wynik. Opłata wynosiła tylko cztery, więc będzie mógł kupić jutro chleb, którym podzieli się z Jarlem i Laleczką.
Był raptem o stopę od wyjścia, kiedy coś jasnego zabłysło tuż przed jego nosem. Znalazło się tak blisko, że M. potrzebował chwili, by zogniskować wzrok. To był ogromny miecz D., który przebił się przez podłogę i wbił w błoto, zagradzając chłopakowi drogę ucieczki.
Tuż nad M., po drugiej stronie podłogi D. B. szepnął:
– Nigdy nikomu o tym nie mów. Zrozumiano? Robiłem gorsze rzeczy niż zabijanie dzieci.
Miecz zniknął, a M. wypełzł spod podłogi. Przebiegł wiele mil, nim się zatrzymał.

30.
Vlora nie wierzyła w to, co widzi. Ktoś ośmielił się postawić Bliźniakom! I to nie dorosły, lecz chłopiec w jej wieku! Ześlizgnęła się po rynnie, pobiegła ulicą, zatrzymując się tylko na chwilę, by podnieść odłamany kawałek kolby muszkietu, który ktoś rzucił niedbale w błoto.
Cyngiel stał nad bratem, bijącym malucha, podjudzając obu do walki. Odwrócił się w stronę Vlory w najwłaściwszej chwili, kiedy mogła uderzyć go kolbą między oczy. Upadł bezwładnie, zwijając się z bólu. Vlora przydepnęła pierś Pociska. Kopnęła go jeszcze dwukrotnie, dopiero wówczas puścił chłopaka. Złapała nieznajomego za rękę, pomogła mu wstać.
– Książki! – Chłopak wyrwał się jej, wybiegł na ulicę, lawirując zręcznie wśród ruchu, dopadł książek, wygrzebał je z błota i wrócił na chodnik. Pocisk właśnie próbował wstać.
– Chodź!
Uciekli z alei, zagubili się w labiryncie zaułków Górnego Talienu. Dopiero tu Vlora poczuła się bezpieczna.
– Dlaczego oni na mnie napadli? – spytał chłopiec, gdy tylko, zdyszani, zatrzymali się przed piekarnią.
Dziewczynka zdrapywała odpryski błota z sukienki.
– Bo jesteś mniejszy – wyjaśniła. – Nie słyszałeś o Bliźniakach Buldogach?
Pokręcił głową przecząco.
– Jak się nazywasz? – spytała go.
– Taniel.
– A ja Vlora.
Taniel był od niej nieco wyższy, miał szczupłą twarz i krótko przycięte włosy, jak żołnierz. Zauważyła obdrapane kostki jego palców, a siniak pod okiem powstał jakiś czas przedtem, nim dopadli go bliźniacy. Bił się nie po raz pierwszy, a teraz spokojnie ocierał cieknącą z nosa krew.

==========

Aktualizacja po zakończeniu konkursu:
Tytuły utworów, z których pochodzą konkursowe fragmenty, znajdziesz tutaj:

Rozwiązanie konkursu
Wyświetleń: 343
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 4
Użytkownik: pawelw 2019-05-01 10:18 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam KONKURS nr... | pawelw
Każda znajomość zaczyna się od pierwszego spotkania. Np. pierwsze spotkanie BiblioNETkowiczów z konkursami było 17.06.2005. Praktycznie w każdej książce znajdzie się opis pierwszego spotkania spotkania bohaterów, czasem burzliwego, spektakularnego albo zwyczajnego i przypadkowego. Sprawdźmy jakie książki wybrała Neelith.

Zapraszam do konkursu.
Użytkownik: LouriOpiekun BiblioNETki 2019-05-06 13:11 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam KONKURS nr... | pawelw
Coś tu cicho, a przecież już po dziewięciodniowym weekendzie - może by konkurs wyciągnąć na stronę główną :)
Użytkownik: Neelith 2019-05-06 13:53 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam KONKURS nr... | pawelw
Na forum cicho, Uczestnicy spotykają się z konkursem bez przyzwoitki. Dzielna Czwórka tropi fragmenty samodzielnie, ale nie wszystkie miejsca spotkań zostały rozszyfrowane. Może w decydujacym momencie ktoś przybędzie tu po mataczenia, a może jeszcze ktoś dołączy? Zawsze też można uderzać do mnie po podpowiedzi :)
Użytkownik: McAgnes 2019-05-07 12:56 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam KONKURS nr... | pawelw
Wysłałam parę strzałów i okazało, że te parę było trafionych!:)
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: