Dodany: 2019-04-01 12:00|Autor: pawelw

Książki i okolice> Konkursy biblionetkowe

1 osoba poleca ten tekst.

PATOS RUIN, CZYLI RUINY W LITERATURZE - konkurs nr 227


Przedstawiam KONKURS nr 227, który przygotowała dot59.

PATOS RUIN, CZYLI RUINY W LITERATURZE



Trudno odmówić patosu ruinom…
(Wisława Szymborska, „Nienawiść”)




Najpierw są ludzie i zbudowane przez nich elementy środowiska: domy, kościoły, zamki, mury, całe miasta. Potem wydarza się coś złego: pożar, wojna, epidemia, trzęsienie ziemi. Ludzie giną albo bezpowrotnie opuszczają miejsce, które stworzyli. Czego nie dokonał kataklizm, czynią deszcze, wiatry, zmiany temperatury. Kruszy się kamień, rdzewieje metal, pustkę wypełnia dzika roślinność. Na pewnym etapie wszystkie ruiny wyglądają dość podobnie, niemniej jednak te literackie mają jakieś szczególne cechy, po których można je od siebie odróżnić. Tradycyjnie, mam ich tutaj aż 30.
Za rozpoznanie każdej z ruin można otrzymać 2 punkty – odpowiednio po jednym za autora i tytuł (w przypadku opowiadania tytuł tegoż opowiadania, nie zbioru)- maksymalnie 60 punktów; liczba strzałów nieograniczona. Gdy więcej osób zdobędzie taką samą liczbę punktów, zostaną wymienione w kolejności nadesłania finałowych maili.
Jeśli w tekście padają imiona/nazwiska wyjątkowo ważnych postaci, zostały utajnione i zastąpione literami X,Y,Z, mniej ważne oznaczone są pierwszymi literami imion/nazwisk. Wszystkie dusiołki mam ocenione.
Termin nadsyłania odpowiedzi upływa 14 kwietnia (niedziela) o północy.
Odpowiedzi wysyłajcie na adres: [...]. W tytule podajcie swój nick biblionetkowy. Dajcie znać, czy życzycie sobie podpowiadania co do znajomości dusiołka/ rodzica, najlepiej zaraz w pierwszym mailu.
Miłej wędrówki po ruinach!...


Bywają ruiny, które są świadectwem indywidualnego dramatu…

1.
Z lękliwą radością słałam spojrzenie ku okazałemu domowi - ujrzałam sczerniałą ruinę... Zbyteczne, zaiste, było skradanie się bramą! Zbyteczne zaglądanie, czy życie się nie rusza za kratami okien! Zbyteczne nasłuchiwanie, czy nie otwierają się drzwi lub czyjeś kroki nie trzeszczą na żwirze! Łączka, ogród, wszystko było zdeptane i opustoszałe, portal wejściowy zionął pustką. Front domu był, jak to niegdyś widziałam we śnie: murem podobnym do skorupy - wysoki i kruchy z pozoru, podziurawiony oknami bez szyb, bez dachu, ani blanków, ani kominów - wszystko się zapadło. I wisiało nad nim milczenie śmierci, samotność opuszczonego pustkowia. Nie dziw, że listy, wysyłane pod tym adresem do ludzi, nie przynosiły odpowiedzi; równie dobrze można by wysyłać listy do grobowych pieczar pod kościołem. Poczerniałe kamienie świadczyły, jakiemu losowi uległ dwór: zniszczył go pożar; lecz jakim sposobem wzniecony? Co się wiąże z tym nieszczęściem? Jakież straty ono sprowadziło oprócz zniszczenia w cegle, marmurze i drzewie? Czy pochłonęło jakie życie ludzkie oprócz strat materialnych? A jeżeli tak, to czyje? Straszne pytanie: nikogo tutaj nie było, kto by mógł dać odpowiedź - brakło nawet niemych świadków, milczących dowodów. Chodząc dokoła skruszałych murów i po zniszczonym wnętrzu, przekonałam się, że katastrofa zaszła już dość dawno. Zimowe śniegi widocznie wpadały przez te puste arkady, zimowe deszcze przez te okienne dziury, gdyż wśród przemokłych kup gruzu pod tchnieniem wiosny wystrzeliły łodygi roślinne. Trawa i chwasty puszczały pędy tu i ówdzie pomiędzy kamieniami i opadłymi belkami.

2.
Trzech mężczyzn z grupy, w której uczestniczył Ammi, wróciło tam nazajutrz rano, aby obejrzeć ruiny za dnia, ale w gruncie rzeczy nie było tam żadnych ruin. Pozostało tylko parę cegieł z komina, kamienie, z których zbudowana była piwnica, jakiś minerał i kawałki metalu rozrzucone gdzieniegdzie, oraz ocembrowanie studni.

… i takie, które zaświadczają o tragedii większych grup lub populacji:

3.
Niekiedy ruiny liczyły sobie sporo stuleci i trudno było nawet poznać, że są to wspomnienia po człowieku — rzędy kamieni, które niegdyś były murem, zagłębienie w ziemi, które było spiżarnią. Ludzie zachłannie wędrowali przez niezmierzone przestrzenie, ale nie znajdowali niczego, co zachęcałoby ich, by zapuścić korzenie. Wielu z nich umarło, pod bezkresnym niebem pozostały po nich kopczyki grobów, zaznaczone bezimiennymi stertami kamieni albo zjedzonymi przez termity krzyżami. Żarłoczne owady wyjadły wszystko, zostawiając tylko miejsca, gdzie drewno było pokryte farbą, opadłą teraz na ziemię w okruchach, z których nic nie dawało się odczytać. Imię człowieka nie trwa długo w Mato Grosso.

4.
Na granicy oazy wznosiły się niskie, walące się mury z cegieł oraz garstka rzadko rosnących palm. Pod zaścielającymi ziemię zeschłymi liśćmi kryły się piaskowe kraby. W pobliskim cieniu stał tuzin białych kóz, zwracających ku przybyszom jasnoszare oczy. F. wzięła z koszyka jedną z kwietnych bransolet i założyła ją sobie na prawy nadgarstek. Ruszyli ku sercu oazy. Powietrze było tu chłodniejsze. Plamy cienia były dla nich szokiem po tak długim przebywaniu w pełnym blasku słońca. Ciągnące się bez końca ruiny świadczyły, że kiedyś było tu miasto, pełne przestronnych ogrodów i dziedzińców, basenów i fontann. Teraz po tym wszystkim zostały tylko kikuty i niskie murki.

5.
Na szczycie – tak jak O. zapowiadał – ujrzeli szeroki pierścień kamieni, szczątki dawnych murów wieży, dziś rozsypane w gruz i porosłe od wieków trawą. Ale pośrodku piętrzył się stos drobniejszych kamieni, sczerniałych od ognia. Wokół darń była wypalona do korzeni, a wszędzie wewnątrz pierścienia ruin osmalona i zwiędła, jakby płomień omiótł cały szczyt. Nie dostrzegali jednak nigdzie śladu jakiejkolwiek żywej stopy.
Kiedy stanęli na skraju pierścienia ruin, roztoczył się przed nimi w dole rozległy widok na obszar przeważnie pusty i monotonny.

6.
W oddali – niewolnik wybałuszył oczy na ten widok – leżały ruiny miasta. Wyglądały tak, jakby cały gród wyrwano z ziemi z korzeniami, a potem rozbito na kawałki. Pod pochyłymi, wybrzuszonymi brukowanymi ulicami było widać drewniane belki. Przysadziste budynki sterczały z ziemi pod przypadkowymi kątami. Zwalone kolumny, gmachy, które rozdarto na pół, odsłaniając ukryte wewnątrz pokoje i podłogi. W wielu z nich przetrwały jeszcze meble. Pośrodku tego spustoszenia można było dostrzec ogromne bryły topniejącego wolno lodu.

7.
Przed nimi wznosiły się ruiny, niemal kompletnie zasłonięte rozbuchaną zielenią, kamienne ściany rozsypywały się z wolna, katowane kolejnymi porami deszczowymi i pędami roślin, wciskającymi się w każdą szczelinę. Zarośnięte pnączami mury gdzieniegdzie były jeszcze całkiem wysokie, lecz nieubłaganie kruszyły się od góry. Większość zawaliła się jednak zupełnie, tworząc kupy gruzu, zagarnięte niemal całkowicie przez roślinność. K. zamknął oczy na dłuższą chwilę. Próbował wyobrazić sobie to miejsce przed laty, gdy żyli tu ludzie. Czy domy były równie wysokie jak te, które widział w stolicy? Czy ich ściany w podobny sposób pokrywały barwne freski? Tam, gdzie dziś panoszyły się chwasty o mięsistych liściach i kolczaste pnącza, kiedyś rosły kwiaty. Wytyczone ścieżki prowadziły między rabatami i kamiennymi ławami, na których przysiadali zmęczeni przechodnie. Pewnie pracowali tu kiedyś ludzie, biegały dzieci i oswojone zwierzęta. Ale teraz wszystko zagarnęła puszcza. Chłopiec otworzył oczy: zielony półmrok, roje drobnych owadów unoszące się nad zbitym kłębowiskiem lian.
„Wszyscy z twojej rasy odeszli stąd już bardzo dawno temu".

8.
Za pawilonem z mgły wynurzały się mury i wieże F.C… czy raczej ruiny F.C. Ogromne bloki czarnego bazaltu, każdy wielkości domu zagrodnika, leżały porozrzucane niczym drewniane klocki, częściowo schowane w błotnistej ziemi. Tylko tyle pozostało z muru obronnego, który kiedyś dorównywał wielkością samemu W. Drewniana wieża główna dawno już zgniła, rozpadła się tysiąc lat temu i teraz tylko kilka kłód wskazywało jeszcze na miejsce, w którym niegdyś stała. Z całej ogromnej twierdzy Pierwszych Ludzi zostały tylko trzy wieże… trzy spośród dwudziestu, jeśli wierzyć opowieściom.
Wieża Wartownicza wydawała się dość mocna; podobno nawet miała jeszcze kilka stóp stojącej ściany z obu stron. Wieża Pijaka, wysunięta dalej w głąb bagien, gdzie spotykały się ściana wschodnia z zachodnią, pochylała się niczym mężczyzna, który chciałby pozbyć się nadmiaru wina z brzucha. I trzecia, Dziecięca Wieża, smukła, pozbawiona połowy korony, gdzie, jak głosi legenda, dzieci lasu wezwały niegdyś swoich bezimiennych bogów, by puścić wodny młot. Patrząc na nią, wydawało się, że jakiś ogromny potwór odgryzł jej górę i wypluł gruz, rozrzucając go po bagnach. Zielony mech porastał wszystkie trzy wieże. Spomiędzy kamieni na północnej stronie Wieży Wartowniczej wyrastało drzewo; długie pasma widmowych porostów zdobiły jego sękate konary.
- Litościwi bogowie - wykrzyknął s.B. na widok tego, co ujrzał przed sobą. - To ma być F.C.? Toż to zaledwie…
…niebezpieczne ruiny - dokończyła za niego C.

Jedne wydają się całkiem wymarłe…

9.
Zrujnowane miasto piętrzyło się wokół nich niczym monstrualne klocki rozrzucone od niechcenia na górskich zboczach. Schody biegnące dziwacznymi zakosami, to niknące, to znów pojawiające się w najbardziej niespodziewanych miejscach, tarasy, budynki, które zdawały się składać z dziesiątek mniejszych budowli łączących się ze sobą i przechodzących jedne w drugie – wszystko to sprawiało wrażenie istnego labiryntu. Słońce chlustało szkarłatem na czerń kamiennych, popękanych ścian i szarość schodów pokrytych warstwą pyłu. Wszędzie szarość i czerń. Choć nie, nie wszędzie, zreflektował się I. Część budynków przesłonięta była konstrukcjami z przerdzewiałego metalu. Rusztowania? Jakieś osobliwe zdobienia? Mężczyzna nie potrafił odgadnąć. Czymkolwiek to było, teraz przypominało rudobrązową, bardzo starą i bardzo zniszczoną koronkę, tak lekką, że na pozór od ścian oderwać ją mógłby silniejszy podmuch wiatru.

10.
Na zrujnowane miasto natknęli się rankiem drugiego dnia po rozstaniu się z towarzyszami. P. pierwszy je zobaczył i wskazał T.
Chociaż ruiny wyglądały na bardzo stare, a byli już na dosyć dużej wysokości, T. zastanawiał się, czy dotarli tu szabrownicy. Jeśli nawet tak, to może coś pominęli; miasto sprawiało wrażenie całkiem dużego. Ale przede wszystkim nie wyobrażał sobie, dlaczego w ogóle jakaś większa grupa ludzi zebrała się pośród tych pustych gór. Ciekawość połączona z możliwością znalezienia porzuconych przedmiotów skłoniły go do wysunięcia propozycji, żeby zbadać to miejsce dokładniej.
P. nie protestował, więc razem poszli przez porośniętą lasem dolinę, która oddzielała ich od ruin.
Miasto zbudowano na kamiennych zboczach sporego wierzchołka góry. T. ocenił, że musiało w nim niegdyś mieszkać około trzech do czterech setek ludzi, ale to wydawało się mało prawdopodobne w tej głuszy.
Dotarli do granic miasta tuż po południu i zatrzymali się, aby najpierw odpocząć i coś zjeść.
Strzepnąwszy ostatnie okruchy, ostrożnie zbliżyli się do najbliższej ruiny i zbadali ją. T. przypuszczał, że był to niegdyś dom, ale bardzo dziwny; nieliczne okna wyglądały jak wąskie prześwity, tak że wnętrze musiałoby być bardzo ciemne i ponure, gdyby zachował się dach.

… w innych zaś dzika przyroda stopniowo zajmuje miejsce dawnych mieszkańców:

11.
Zamek Puszczy Dzikiej stoi po dziś dzień jako wystawiona na słońce i wiatr, malownicza, obrośnięta bluszczem ruina. Mieszkają tam teraz jaszczurki, a w zimowe noce pośród bluszczu grzeją się wygłodniałe wróble, na które regularnie przypuszcza ataki pewna sowa: krąży ona nad zaroślami i bije skrzydłem o bluszcz, żeby wróble wypłoszyć. Po fasadzie zamczyska zostało już tylko wspomnienie, chociaż nadal można się doszukać fundamentów dwunastu walcowatych baszt, które spinały główny mur. Każda baszta wznosiła się na planie koła i częściowo zatopiona w murze schodziła w dół do fosy, żeby siedzący w jej wnętrzu łucznicy mogli strzelać we wszystkie strony i osłaniać dowolną część murów. W basztach są kręcone schody. Biegną one spiralnie wokół wydrążonej w środku kolumny, która również ma otwory strzelnicze, tak że gdyby nawet wróg przedarł się przez główny mur i dotarł do baszty, obrońcy mogli wycofać się na górę po kręconych schodach i szyć do napastników z łuku od wewnątrz, przez te właśnie otwory. Kamienna część zwodzonego mostu z barbakanem i zdobną w blanki rogatką jest nadal w dobrym stanie. Budowle te obfitują w zmyślne pułapki.

12.
Całe miasto Tikal wciąż żyje. Jest dzikie i niepokorne, tak samo jak dżungla, która je otacza i wypełnia buchającą zielenią, obrastającą wszystko, co stanie na jej drodze. Kiedy w XIX wieku do miasta dotarli poszukiwacze skarbów i archeolodzy, było całkowicie ukryte w bujnej dżungli, stając się jej częścią. Po schodach piramid biegały jaguary i małpy, z wysokości mahoniowców i tropikalnych cedrów przyglądały się im tukany, papugi i ogromne harpie, a w zaroślach mrówki parasolowe podążały w sobie tylko znanym kierunku, uporządkowanymi szeregami przebiegając po zwalonych pniach, kamieniach, gałęziach i czubkach drzew, z których wycinały nożycami kawałki zielonych liści. O świcie wstające słońce witały wyjce, rycząc jak lwy, a w szarości rozświetlanej pierwszymi promieniami światła odpowiadały im ogłuszającymi seriami terkotań i przeciągłych świstów przebudzone cykady.
Tak jest w Tikal do dzisiaj. Nic się nie zmieniło. Nie jest to kolejne miejsce w turystycznej wyprzedaży atrakcji świata. Tikal jest dzikie, dziewicze i żyje własnym rytmem. Nie wiem, dlaczego używa się w stosunku do niego określenia „ruiny”, bo wystarczy wejść do tego miasta, żeby poczuć, jak bije jego serce.

13.
T. z psem u nogi ostrożnie zbliżał się do kamiennego muru otaczającego ruiny miasta. Niebawem przystanął pod oryginalną bramą. Jej boczne filary stanowiły dwa potężne, gładko ociosane głazy, na których opierał się szeroki kamienny blok, ułożony poziomo. Na jego frontalnej części były wyryte symetrycznie ułożone ozdoby lub znaki, a wśród nich, nad wejściem do miasta, widniał symbol słońca. Masywny mur otaczający miasto był w wielu miejscach zrujnowany. Głazy porozsuwały się bądź nawet zapadły w ziemię. T. cicho gwizdnął na D., po czym ze sztucerem w dłoniach przeszedł przez bramę. (…). Wszędzie czuć było ostry odór nagromadzonych odchodów nietoperzy. W wielu miejscach ulice zapadły się bądź były pocięte bezdennymi, szerokimi szczelinami. Również ściany niektórych domów rozsypywały się lub czasem zaledwie tylko wystawały z ziemi, która rozstąpiła się pod nimi. Wśród gruzów domów oraz popękanych bruków ulic stały drzewa, pleniła się trawa i dzikie krzewy.

14.
Było to miasto zbudowane ongiś przez jakiegoś króla na niewielkim wzgórzu. Dawały się jeszcze rozróżnić ślady dróg wyłożonych kamieniami prowadzących do bram, obecnie zrujnowanych, w których szczątki drzwi drewnianych wisiały jeszcze na strawionych przez rdzę zawiasach. Pomiędzy głazami murów powyrastały drzewa, blanki zwaliły się na ziemię i rozsypały na wietrze, z okien baszt długie liany zwieszały się pękami wzdłuż murów. Na szczycie wzgórza stał obszerny, pozbawiony dachu pałac; marmurowe flizy w bruku paradnego dziedzińca i w ocembrowaniu fontann, popękane, pstrzyły się czerwonymi i zielonymi plamami i nawet w kamiennym ogrodzeniu podwórca (…) zielska i krzewy popodważały i porozsadzały głazy. Z pałacu roztaczał się widok na niezliczone szeregi domów bez dachów, które kiedyś stanowiły miasto, obecnie zaś, pogrążone w mroku, przypominały opróżnione plastry miodu; na bezkształtną bryłę kamienną u zbiegu czterech ulic, która była posągiem bóstwa; na studnie i ścieki po rogach ulic, gdzie niegdyś były publiczne zbiorniki wody, i na zburzone kopuły świątyń, z których ścian sterczały dzikie figi.

15.
Poszliśmy na półwysep do księżego sadu. Rosły tam duże śliwy, krzaczaste jabłonie, czereśnie, krzaki agrestu i porzeczek. Ziemia była starannie zorana i obsiana trawa. Gdzieniegdzie widniały grządki i rabaty z kwiatami. Nikt nie domyśliłby się, że ogród ten i sad rośnie na ruinach fundamentów budowli krzyżackiej. Jedyny ślad, jaki pozostał, to piwnica mieszcząca się na środku sadu. Z tyłu stanowiła ona dość szeroki pagórek obsadzony krzakami agrestu, tylko z przodu widziało się brunatny mur krzyżackiej cegły, żelazne drzwi i zakratowane maleńkie okienko. Rozmiary pagórka i muru wskazywały, że piwnica jest rozległa. Wejścia do niej strzegło nie pięć, jak żartował proboszcz, ale jedna, za to potężna kłódka żelazna.

Jedne wywołują z pamięci wspomnienia…

16.
Wejście do ruin było zupełnie ciemne. Pył przesypywał się przez zdruzgotane kamienne nadproże. Otarł go z oczu i wszedł w mrok. Wyminął gruz i znalazł się w długim, ciemnym korytarzu.
Jego zmysły wyostrzyły się w cudowny sposób, wrażliwsze i bardziej przenikliwe niż kiedykolwiek. Pomimo mroku korytarz nie krył tajemnic. Był to po prostu hol w resztkach zburzonego pałacu. Na końcu korytarza ujrzał nagle samego siebie, skręcającego w prawo.
A kiedy rzeczywiście dotarł do końca korytarza i skręcił w prawo, ujrzał kolejny korytarz, o wiele szerszy. Jego sklepienie podtrzymywało gruz i odłamki skalne, które przysypały ruinę pałacu. Korytarz prowadził do komnaty, w której A. i O.-W. po raz pierwszy spotkali M. (…)

inne budzą w widzu skłonność do filozoficznych refleksji…

17.
Podróżując wzdłuż Rodanu w letni dzień odnieśliście może wrażenie, że nawet słońce posępnieje, gdy patrzy na te ruiny wiosek wytyczających brzeg wzdłuż niektórych odcinków rzeki; mówią nam one, jak szybko musiała kiedyś wezbrać woda, niby gniewny, siejący zniszczenie bóg, który zmiótł bezsilne nieszczęsne pokolenia, a mieszkania ich obrócił w ruinę. Zapewne wrażenie, jakie odnosicie patrząc na posępne resztki zwykłych domów, które w najlepszym swym okresie były tylko symbolem nędznego życia i należą w każdym szczególe do naszej pospolitej epoki, dziwnie kontrastuje z tym, co odczuwacie na widok ruin znad uzamczonego Renu, tak harmonijnie skruszonych i wrośniętych w zielone i skaliste zbocza, jak kosówki w górach; nawet w dniu, w którym te zamki zostały wzniesione, musiały się wtapiać w otoczenie, jakby je budowały ręce ludzi z ziemi zrodzonych, co odziedziczyli po potężnym rodzicu subtelne wyczucie formy. Cóż to były za romantyczne czasy! Choć owi baronowie- rozbójnicy byli w pewnym sensie ponurymi zapijaczonymi wielkoludami, mieli jednak w sobie wielkość dzikich zwierząt - przypominali odyńce o kłach, co rwą i szarpią, a nie jakieś tam domowe chrząkacze; przedstawiali siły demoniczne, stojące wiecznie w sprzeczności z pięknem, cnotą i wszelaką delikatnością życia - na obrazach kontrastowali świetnie z wędrownymi bardami, księżniczkami o miękkich ustach, pustelnikami i lękliwymi Izraelitami. Były to czasy barw, kiedy promienie słoneczne padały na lśniącą stal i trzepoczące chorągwie, czasy przygód i zaciekłych walk - więcej - czasy żywej sztuki religijnej i religijnych uniesień; czyż bowiem nie budowano wówczas katedr i czyż wielcy władcy nie opuszczali swych zachodnich pałaców, by umrzeć pod twierdzami niewiernych na świętym Wschodzie? Dlatego właśnie te zamki nad Renem przejmują mnie tchnieniem poezji; należą do wielkiego okresu historycznego i przed moimi oczyma rysują obraz epoki. A te kanciaste szkielety wiosek nad Rodanem, o martwej barwie i pustych oczodołach, nasuwają mi przygnębiającą myśl, że ludzkie życie - a przynajmniej wielka jego część - to ograniczona, ohydna, przyziemna egzystencja, której nawet nieszczęście nie uszlachetni, lecz, przeciwnie, ukaże w całej nagiej pospolitości jej założeń; i mam okrutną pewność, że istnienia, których te ruiny są śladem, przedstawiają tylko ułamek ogólnej liczby anonimowych istot, której pójdą w taką samą niepamięć, w jaką poszły pokolenia mrówek i bobrów.

… inne podziw…

18.
Nie wyobrażałem sobie nigdy, że może istnieć coś równie potężnego, majestatycznego i przytłaczającego ogromem. A przecież ruiny wielkiej świątyni Amona-Ra w Karnaku, którą rządził niegdyś arcykapłan Herhor, okazały się rzeczą jeszcze mocniejszą. Nie darmo starożytni uznawali tę świątynię za jeden z Siedmiu Cudów Świata. Spróbujcie sobie wyobrazić zwalisko granitowych ruin, zajmujących powierzchnię przeszło czterech kilometrów kwadratowych. Całe aleje kamiennych sfinksów, posągi faraonów wyższe od trzypiętrowych domów, gęsty las niebotycznych kolumn o obwodach tak potężnych, że na wierzchołku każdej z nich mogłoby się rozsiąść swobodnie około stu osób. Dreptałem wśród tych kamiennych kolosów jak Guliwer w krainie olbrzymów i zachodziłem w głowę, jakim cudem przed trzema tysiącami lat udawało się ludziom wznosić takie budowle.

… albo grozę.

19.
Pochylił się pod wyłamanymi deskami i szybkim ruchem zajrzał na dziedziniec. Pusto. Bałagan. Ruina.
Wewnątrz palisady wzniesiono dom, teraz pusty, częściowo zburzony i ciemny, pośrodku znajdowała się kwadratowa studnia z żurawiem, kilka mniejszych budyneczków pod samą ścianą częstokołu. Wszystko to zdążyło się już zamienić w sterty belek i kamieni.
Gdzieś kapała woda, skądś dobiegał delikatny klekot przywodzący na myśl drewniane kołatki. Poza tym panowała tu cisza i martwota.
D. wsunął się do środka jak kot, stąpając ostrożnie po drodze ułożonej z mokrych, spróchniałych desek.
Zaklekotało po raz kolejny i dopiero wtedy to zobaczył. Wisiały na krokwiach chaty, na gałęziach drzewa rosnącego pośrodku dziedzińca, na zaostrzonych palach częstokołu. Dzwonki wiatrowe. Kołyszące się z wiatrem niewielkie konstrukcje uplecione z cienkich rzemyków i trawy.
I kości.
Piszczele, kości żeber, czaszki mniejszych zwierząt. Wisiały na rzemykach, ozdobione pęczkami piór, kołysały się w podmuchach wiatru i zderzały ze sobą, wydając ten cichy, natrętny dźwięk, który słyszał od dłuższego czasu. Postukiwania o różnych tonach, układające się w przypadkowe melodyjki. Dźwięk, który mógłby być miły dla ucha, gdyby nie miał tak upiornego źródła.

20.
Stanęli przed nawiedzonym domem. W martwej ciszy, jaka tu panowała pod prażącymi promieniami słońca, była jakaś groza i niesamowitość. Samotność i opuszczenie tego strasznego miejsca działały tak przygnębiająco, że chłopcy przez chwilę nie mieli odwagi wejść do środka. Potem na kolanach podkradli się do drzwi i z drżeniem serca zajrzeli do wnętrza. Zobaczyli pokój bez podłogi, zarośnięty zielskiem, ściany odarte z tynku, resztki pieca, puste otwory okien, rozwalone schody i wszechobecną pajęczynę. Weszli ostrożnie, na palcach, z zapartym oddechem. Mówili szeptem, łowiąc uszami najlżejsze szmery; napięte mięśnie przygotowane były na pierwszy sygnał do ucieczki.
Szybko jednak oswoili się z sytuacją i pozbyli strachu. Z wielkim zainteresowaniem dokładnie obejrzeli pokój, zachwyceni i zdziwieni swoją własną odwagą. Potem postanowili zajrzeć na górę. Oznaczało to odcięcie sobie drogi odwrotu, ale pokrzepiając się wzajemnie na duchu, rzucili narzędzia w kąt i weszli po rozwalonych schodach na górę. Ujrzeli taką samą ruinę, jak na dole.

Ze względy na swoje dramatyczno-romantyczne konotacje ruiny często stanowią scenerię dla rozmaitych gawędziarzy i ich słuchaczy…

21.
Stanęli na szczycie wzgórza, zasłonięci od reszty towarzystwa walącym się murem. Z tego miejsca widać było dziedziniec zamkowy zarośnięty cierniem i berberysem. Pod jedną z wież stał oparty o jej ścianę olbrzymi granit.
— Oto jest kamień — rzekł W1.
— Ach, ten… Ciekawam, jak go tu wnieśli?… Mój człowieku, co mówiliście o krwi? — spytała panna I. W2.
— To dawna historia — odparł W2 — jeszcze mi ją dziaduś opowiadał… Wreszcie tu wszyscy o niej wiedzą.
— Opowiedzcie ją — nalegała panna I. — Między ruinami bardzo lubię słuchać legend.

22.
Szkoda, żeś mię nie przywiódł tu w godzinę nocną;
Udrapowany płaszczem, siadłbym na ruinach,
A ty byś mi o krwawych rozpowiadał czynach.

… czasem są celem wyprawy…

23.
Spojrzał na mapę. Stary Fort Stockton zaznaczono tam jako zabytkowe ruiny, na północ od samego miasta. Niedaleko Pecos. Zmierzył odległość. Jakieś siedemdziesiąt kilometrów. Niewykluczone.
– Co to dokładnie jest?
– Dawny fort wojskowy – odparła. – Stacjonowała tam kiedyś Czarna Kawaleria.
Sprawdził jeszcze raz. Ruiny mieściły się na południowy wschód od Pecos, można tam dojechać trasą numer 285, droga wydawała się porządna. Przymknął oczy. Alice pędziła przed siebie.

… czasem źródłem odkryć…

24.
Chociaż wiatr wieje jak rok długi, wydmy stoją nieporuszone dzięki pokrywającym je czapom skąpej trawy, która pozwala im się utrzymać, a także, co odkryłem przypadkowo kilka lat temu, dzięki belkom stanowiącym szkielet budowlanej konstrukcji. Wydmy bowiem kryją w sobie ruiny domów pochodzących z odległych czasów, zanim jeszcze zagarnięto zachodnie prowincje i zbudowano fort.
Odkopywanie tych ruin stało się jednym z moich najulubieńszych zajęć. Jeśli system irygacyjny nie wymaga żadnych napraw, wtedy winnych drobnych wykroczeń skazuję na kilka dni kopania w wydmach; również żołnierzy odkomenderowuję tam dla odbycia kary; w chwilach szczytowego zapału zdobywałem się nawet na płacenie z własnej kieszeni przypadkowym robotnikom. Nikt tej pracy nie lubi, kopanie idzie mozolnie, nie ma się gdzie schronić ani przed prażącym słońcem, ani przed przenikliwym wiatrem rozwiewającym piach na wszystkie strony. Pracują więc bez przekonania, nie podzielają mojego entuzjazmu (na który patrzą jak na dziwactwo) zniechęceni szybkością, z jaką piasek zasypuje wszystko z powrotem. Niemniej w ciągu kilku lat udało mi się odkryć do poziomu podłogi kilka największych budowli. Ta, odkryta ostatnio, przypomina stojący na pustyni wrak statku widoczny nawet z murów miasta. W tej właśnie budowli, która mogła być świątynią czy też jakimś publicznym gmachem, znalazłem ciężkie nadproże z topolowego drewna, na którym przeplatającą się linią wyrzeźbiono rzucające się ryby, a które teraz wisi nad moim kominkiem. Znalazłem także zakopany pod podłogą worek, który przy dotknięciu rozsypał się w proch; były w nim ukryte drewniane tabliczki z namalowanymi na nich literami pisma, z jakim się nigdy przedtem nie spotkałem. Już wcześniej znaleźliśmy podobne tabliczki rozrzucone w ruinach tu i ówdzie, jak spinacze do wieszania bielizny, jednak większość z nich tak była starta przez piasek, że napisy były zupełnie nieczytelne.

… a czasem są wykorzystywane zgoła bez respektu należnego pozostałościom historii…

25.
Któregoś ranka siedli na górze koło ruin. Stasiek opowiadał, jak stary Tarłowski wiosną wylazł tu – nie na siłę mu było – i zmarł. Jak Pytkowscy z bachorem tydzień nocowali w rumowisku, kiedy się z matką pożarli przez to, że ona była kobieta porządna, a oni czyste Cygany. Jak dzieci w tych tutaj szczerbatych okniskach gnieździły się i wypadały na kamienie gorzej niż pisklaki kobuzów. Jak się ślepy Michał szarogęsił – ni to po swojej stajni – po pokojach, zarosłych trawą, i takie miał durne przyzwyczajenie, że ciągle gadał o kolorach. Najwięcej o rzece, którą stąd – prawda – doskonale widać, ależ nie ślepemu kalece!

Są też ruiny, które, choć z pozoru wydają się takie, jak wszystkie, mogą nas jednak w pewien sposób zmylić:

26.
Czołgali się dalej i szybko dotarli do wzgórza. Na jego zboczu, jak już o tym wiemy, znajdowały się sztuczne ruiny zamku, jakie często budowano w wielkich parkach należących do arystokratycznych rodzin. Starannie układa się kamienie, a potem wypełnia szczeliny mchem, tak, aby wyglądało to na prawdziwe ruiny.
— Zbliżamy się! — ostrzegł B. — Teraz musimy być bardzo ostrożni, bo czerwoni często robią tu wypady.
— Co to za zamek? — zapytał C. — Na historii nie mówiono nam przecież, żeby w Ogrodzie Botanicznym był jakiś zamek.
— To sztuczne ruiny. Zbudowano je już jako ruiny.
N. roześmiał się.
— Jeśli już budowali, to lepiej było zbudować prawdziwy zamek. A po stu latach i tak zostałyby tylko ruiny.

… i wobec tego trudno nie zgodzić się ze zdaniem, że:

27.
(…) nie należy budować ruin. Historia potrafi produkować je w nadmiarze.

… czego przykłady znajdujemy nawet w całkiem niedawnych czasach:

28.
Kiedy zbliżaliśmy się do pierwszych dzielnic budańskich, na każdym rogu ulicy witał nas inny krajobraz: znana okolica zmieniła się w ruiny nie do poznania. Było tak, jakbyśmy wędrowali pośród wykopalisk. Kroczyliśmy śladem Rosjan i odgadywaliśmy w ruinach znajome domy. Droga była wolna. Ale nie wiedzieliśmy, dokąd prowadzi.
Z naszego mieszkania pozostało zaledwie kilka ścian. Podczas oblężenia dom został trafiony bombą i spadło nań ponad trzydzieści pocisków. Po składającej się z cegieł, resztek schodów i mebli kupie gruzów, która wznosiła się na miejscu dawnej klatki schodowej, wspiąłem się jakoś na piętro i na czubku tej masy gruzu, który był kiedyś moim domem, ujrzałem swój cylinder i francuski porcelanowy świecznik. Pośród śmieci leżały rozrzucone fotografie, pomiędzy nimi ta, która kiedyś dawno, jeszcze przed oblężeniem, wisiała nad moim biurkiem i przedstawiała Gorkiego i Tołstoja w ogrodzie w Jasnej Polanie. Wsadziłem fotografię do kieszeni i rozejrzałem się, co mógłbym jeszcze zabrać ze sobą na pamiątkę. Poprzez barykadę gruzu przedostałem się do pokoju, w którym stały półki z książkami. Chciałem odnaleźć dwujęzyczne wydanie Marka Aureliusza, „Rozmowy...” Eckermanna i stare węgierskie wydanie Biblii. Ale w tym chaosie trudno się było czegokolwiek doszukać. Podmuch wybuchu zadziałał niczym maszynka do mielenia papieru: większość książek przerobił na papkę. Ale na kupie śmieci tuż obok cylindra leżała jedna nienaruszona książka. Podniosłem ją i przyjrzałem się jej, był to „Podręcznik pielęgnacji psów rasowych”. Ją także schowałem do kieszeni i ostrożnie zsunąłem się po kupie gruzów na parter.

29.
Przysiadł na ruinach zakładu kąpielowego, aby uspokoić bicie serca; zraniony krąg w jego piersi wydał się rosnącą, coraz głębszą raną, a promieniujący z niej ból był przedziwnie słodki...
Deszcz i śnieg umył w minionych dniach dokładnie zielone kafle zakładu kąpielowego, lśniły teraz w blasku słońca; gdzieś z boku leżały drzwi do kabiny pomalowane na zielono, jasna zieleń oraz emaliowany biało-czarny szyldzik z numerem.
Porę zniszczenia można było odczytać według obecności roślin na gruzach: zagadnienie botaniczne. Ta góra gruzu była naga, nie zarośnięta, surowe kamienie, świeżo potrzaskane mury, dziko spiętrzone zwały i wystające żelazne dźwigary niemal bez śladu rdzy: nigdzie nawet trawki, podczas gdy gdzie indziej wyrosły już drzewa, urocze drobne drzewka w sypialniach i w kuchniach, tuż obok pordzewiałego korpusu wypalonego kuchennego pieca, tu zaś tylko nagie zniszczenie, dzika i potworna postać, tak jakby w powietrzu unosił się jeszcze oddech bomby. Tylko kafle, tam gdzie się zachowały, lśniły niewinnie.

A skoro to ludzie są temu winni, to łatwo wywnioskować, że…

30.
Ruiny lepsze niż ludzie, bo milczą i nie zajmują się polityką.

==========

Aktualizacja po zakończeniu konkursu:
Tytuły utworów, z których pochodzą konkursowe fragmenty, znajdziesz tutaj:

Rozwiązanie konkursu

Wyświetleń: 1562
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 17
Użytkownik: pawelw 2019-04-01 12:01 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam KONKURS nr 2... | pawelw
Ruiny i ślady dawnej świetności często są lubianą atrakcją turystyczną. Równie przyjemne może być tropienie takich miejsc w literaturze. 30 takich atrakcji przygotowała dot59. Zapraszam do konkursu.
Użytkownik: OlimpiaOpiekun BiblioNETki 2019-04-02 18:52 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam KONKURS nr 2... | pawelw
Czy ktoś mi podpowie 28 i 29?
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 2019-04-03 20:32 napisał(a):
Odpowiedź na: Czy ktoś mi podpowie 28 i... | OlimpiaOpiekun BiblioNETki
W wydarzeniu historycznym, którego skutkiem są obie powyższe ruiny, i które na własne oczy mieli okazję obserwować obaj rodzice, ojczyzna jednego z nich przez większość czasu była sojusznikiem ojczyzny drugiego (i wtedy teoretycznie mogli byli się spotkać, ale gdyby nawet, to nie mieliby o czym rozmawiać, bo tylko jeden z nich był wówczas pisarzem), czemu on sam był przeciwny; nie pogodził się też z sytuacją polityczną po zmianie frontu władz.
Użytkownik: anek7 2019-04-03 18:57 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam KONKURS nr 2... | pawelw
Coś o 1? Bo ponoć czytałam.
I prawdę mówiąc jakieś to znajome, tylko za nic nie mogę wymyślić co to może być.
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 2019-04-03 19:55 napisał(a):
Odpowiedź na: Coś o 1? Bo ponoć czytała... | anek7
No więc... hm... w sporze, co lepsze, udziału nie biorę, natomiast w tym, co stanowi dla dusiołka domniemaną konkurencję, ruin jednak nie ma, chyba że w sensie dalece metaforycznym ("ruina człowieka" czy coś w tym guście).
Użytkownik: mika_p 2019-04-03 21:44 napisał(a):
Odpowiedź na: Coś o 1? Bo ponoć czytała... | anek7
A kto nie czytał :) W samej BNetce tysiące ludzi :)
Użytkownik: pawelw 2019-04-09 22:30 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam KONKURS nr 2... | pawelw
Trochę tym razem ogłoszenie jest z opóźnieniem, ale i tym razem mamy nagrodę ufundowaną przez Ravelo. Tym razem jest to Sonia (Zimny-Louis Magdalena)
Losowanie wśród wszystkich uczestników konkursu będzie następnego dnia po ogłoszeniu wyników.
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 2019-04-09 23:00 napisał(a):
Odpowiedź na: Trochę tym razem ogłoszen... | pawelw
To ja przy okazji dodam, że chciałabym o pół dnia przedłużyć termin nadsyłania odpowiedzi - w niedzielę jest spotkanie w Katowicach, które wraz z dojazdem trochę mi zajmie czasu, więc mogłabym nie zdążyć odpowiedzieć wszystkim, którzy na ostatnią chwilę będą pisali z odpowiedziami.

Na razie w ruinach grzebie sześcioro archeologów. Najłatwiejsze do zidentyfikowania okazały się: 1, 5, 15, 21, 22 i 26. A nieodkryte do tej pory zostały: 3, 4, 6 i 27. W tytułach dwóch z nich występuje ten sam wyraz (w różnych liczbach i przypadkach), który się całkiem z ruinami nie kojarzy.
Użytkownik: KrzysiekJoy 2019-04-10 22:13 napisał(a):
Odpowiedź na: To ja przy okazji dodam, ... | dot59Opiekun BiblioNETki
Już trochę danych o ruinie kryjącej się pod 3 zebrałem, ale nie wiem jak złożyć wszystko w całość. Jakaś podpowiedź dla wszystkich? :-)
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 2019-04-10 22:53 napisał(a):
Odpowiedź na: Już trochę danych o ruini... | KrzysiekJoy
Jeden ważny szczegół jest w konkursowym fragmencie. A gdybyśmy podróżowali z bohaterem 13, to też byśmy lokalizacji dusiołka nie ominęli.
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 2019-04-10 19:01 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam KONKURS nr 2... | pawelw
Drodzy konkursowicze, już za nami półmetek, a ja czekam, czy ktoś nie zgłosi zapotrzebowania na mataczenia.

Przy okazji przyznaję się do popełnienia błędu: w zestawie elementarnych informacji wstępnych podałam, że wśród rodziców jest 6 pań, ale nie wiem, jak ja to liczyłam, bo jest ich 7 (przy czym w przypadku jednej trudno to poznać po personaliach, chyba że ktoś wie). Ale jak na razie tę siódmą tylko 1 osoba namierzyła. Bo faktycznie trudno, zważywszy, że zawarte w dusiołku tropy sugerowałyby raczej inny kierunek geograficzny.
Użytkownik: mika_p 2019-04-10 20:39 napisał(a):
Odpowiedź na: Drodzy konkursowicze, już... | dot59Opiekun BiblioNETki
Kopernik była kobietą???!
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 2019-04-10 21:58 napisał(a):
Odpowiedź na: Kopernik była kobietą???! | mika_p
No, tak mniej więcej. Z tym, że ta nie nosiła imienia po tureckim biskupie, tylko po pogromcy smoków :-).
Użytkownik: KrzysiekJoy 2019-04-10 22:37 napisał(a):
Odpowiedź na: No, tak mniej więcej. Z t... | dot59Opiekun BiblioNETki
Smoki jak smoki, ze względu na jej personalia, ważne też poniekąd koty.;-)
Użytkownik: mika_p 2019-04-10 23:41 napisał(a):
Odpowiedź na: No, tak mniej więcej. Z t... | dot59Opiekun BiblioNETki
Gdyby to NIE było imię po pogromcy smoka, to bym wiedziała: Doktor Quinn.
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 2019-04-11 12:13 napisał(a):
Odpowiedź na: Gdyby to NIE było imię po... | mika_p
Ale w tym przypadku to tylko rodzicielka jest pozornie męskoosobowa; główni bohaterowie są płci obojga i dokładnie wypełniają role społeczne, przydzielone im przez obyczajowość swoich czasów :-).
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 2019-04-14 08:47 napisał(a):
Odpowiedź na: Przedstawiam KONKURS nr 2... | pawelw
Drodzy konkursowicze, przypominam, że mamy ostatnią dobę konkursu i że z powodu spotkania w Katowicach, które wraz z dojazdem zajmie mi nieco czasu, przedłużyłam termin nadsyłania odpowiedzi do jutra do południa. Gdyby ktoś jeszcze na coś wpadł albo chciał poprosić o mataczenia, najwyższy czas!
Legenda
  • - książka oceniona przez Ciebie - najedź na ikonę przy książce aby zobaczyć ocenę
  • - do książki dodano opisy lub recenzje
  • - książka dostępna w naszej księgarni
  • - książka dostępna u innych użytkowników (wymiana, kupno)
  • - książka znajduje się w Twoim schowku
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: