Najciekawsze recenzje
Recenzje
Dostępność książki: X
Polecają X

Życie zgubione po drodze

Autor: PolecaneOpiekun BiblioNETki

Książka: O zmierzchu (Bohman Therese)

Data dodania: 2019-02-12 11:50

2 osoby polecają ten tekst.

Recenzent: Dorota Tukaj

Po latach spychania kobiet na drugi plan pod pretekstem należnego wypełniania ich biologicznej roli (swoją drogą, słowa „biologicznej” przez większość tego czasu nie znano, a poznawszy, także niezbyt chętnie używano, bo brzmiało jakoś tak mniej wzniośle, niż jego uduchowione zamienniki) wreszcie nadeszła epoka, w której osoba nieposiadająca chromosomu Y może swobodnie zrobić karierę naukową czy polityczną, a co ważniejsze, może utrzymać się sama, nie potrzebując zaraz po opuszczeniu ojcowskiego domu popadać w bezwzględną zależność od innego mężczyzny. Beneficjentką tej przemiany stała się bohaterka „Po zmierzchu”, Karolina Andersson. Gdyby się urodziła dwa pokolenia wcześniej w tym samym miasteczku, prawie na pewno zostałaby żoną jakiegoś poczciwego i ciężko pracującego młodzieńca z sąsiedniej ulicy, matką dwojga czy trojga dzieci i może uzupełniałaby domowy budżet, zarabiając jako ekspedientka, urzędniczka na poczcie, w najlepszym razie nauczycielka w miejscowej podstawówce, a może tylko zajmowałaby się domem. Ale wyrwała się z Gusum, ba, nawet z najbliższego ośrodka akademickiego – Linköpingu, gdzie studiowała – by zostać mieszkanką stolicy i profesorem historii sztuki. Jest ceniona i rozpoznawalna w środowisku. Zarabia dosyć, by nie musieć sobie niczego odmawiać. Jest przy tym zupełnie wolna i niezależna: sama decyduje, co i kiedy zje, ile wypije („zdecydowanie więcej, niż zalecałby lekarz albo pracownik służb socjalnych”, ale przecież „dopóki nie zaniedbuje się pracy i wypełnia obowiązki, płaci rachunki, dopóty nie ma powodu, by sobie odmawiać”[1]), gdzie spędzi wieczór albo weekend; nikt nie kręci nosem, jeśli za długo zostanie na uczelni albo zasiedzi się w kawiarni z doktorantem, nikt nie czeka na wyprasowaną koszulę ani na bajkę do poduszki. Zresztą w ogóle nikt nie czeka. I to, jak się okazuje, stanowi jednak pewien problem. Bo Karolina nigdy nie stawiała znaku równości pomiędzy karierą naukową i samotnością. Bo jej natura domaga się określonych doznań, czasem tak agresywnie, że pani profesor potrzebuje w trakcie pracy rozładować napięcie, oglądając w swoim gabinecie filmy pornograficzne („w końcu zajmowała się obrazowaniem kobiet”[2], a film to także sztuka, nieprawdaż?). Ale żaden z jej związków się nie utrzymał; w tym najdłuższym, z Karlem Johanem, który niedawno sama zakończyła, „nie było szczególnie dużo miłości”[3], a wspólne zainteresowania – zresztą wspólne tylko do pewnego momentu, bo jednak naukowa analiza dzieł sztuki i handel nimi to nie całkiem to samo – nie wystarczyły, by podtrzymywać iluzję. Teraz przekroczyła czterdziestkę i nadal bywa obiektem zainteresowania mężczyzn, a jakże, niejednego nawet. Tylko, że to zainteresowanie zazwyczaj ogranicza się do niezobowiązującego seksu, a jedyny, który deklarował się z uczuciem, ostatecznie uznał jednak, że pozostanie przy własnej żonie. Karolina ma wrażenie, że coś ważnego w życiu przeoczyła, i zupełnie nie ma pomysłu, jak to coś odszukać. Tymczasem jeden z jej doktorantów, który „dostał się na studia doktoranckie rok temu, ale do tej pory jeszcze go nawet nie zobaczyła, kontakt odbywał się wyłącznie mailowo”[4] (jak się zdaje, nawet w niezwykle postępowym i niezwykle liberalnym szwedzkim systemie edukacji nie jest to normalne!), zjawia się na uczelni, by jej zakomunikować, że dotarł do niezwykłych materiałów, rzucających nowe światło na osobę pewnej zapomnianej artystki. Takie odkrycie byłoby w stanie… no, cóż, może nie zaraz zrewolucjonizować dzieje malarstwa z przełomu wieków, ale przynajmniej poruszyć akademicki świat, podkręcić temperaturę dyskusji, przynieść zasłużoną sławę dociekliwemu Antonowi Strömbergowi, a przezeń i jego promotorce, która to, pomijając zachwyt objawioną jej rewelacją, pozostaje wyraźnie pod urokiem przystojnego młodzieńca. Czy to będzie początek nowej epoki w życiu profesor Karoliny Andersson?

Gdyby to była powieść z gatunku „kobiety to lubią”, na okładce pomiędzy pękami kwiecia pulsowałoby pewnie różowe serduszko, sygnalizujące nieunikniony happy end. Karolina zostałaby szczęśliwą żoną lub partnerką, a może nawet doświadczyłaby radości późnego macierzyństwa, co uznałaby za ważniejsze od analizowania wyobrażeń małp w sztuce z przełomu XIX i XX wieku, a tym bardziej od śledzenia dziejów pewnego pseudonaukowego eksperymentu, prowadzonego w byłym ZSRR. Ale Bohman nie pisuje słodkich romansideł i nie ma najmniejszego zamiaru ułatwiać życia swojej bohaterce. Więc będzie realistycznie. Będziemy widzieć jak na dłoni, że kobieta, choćby się nie wiem jak starała, nawet w dzisiejszym postępowym społeczeństwie i tak nie będzie traktowana na równi z mężczyzną. Że każde jej osiągnięcie zawodowe będzie postrzegane przez pryzmat krzywdzącego stereotypu: no, proszę, udało jej się, mimo, że jest kobietą! – a nie: udało się, bo myślała wnikliwiej niż inni, bo włożyła w to więcej pracy, bo ma większy talent albo wyższy iloraz inteligencji. Że jeśli będzie się publicznie pokazywała sama, obcy będą „spekulowali, co też mogła być z nią nie tak, skoro w słoneczną niedzielę nie ma z kim iść do galerii”[5], a żony i partnerki znanych jej mężczyzn będą na nią patrzyły jak na potencjalne zagrożenie. Że ktoś, wyczuwając jej potrzebę bliskości, spróbuje to wykorzystać dla realizacji swoich własnych celów. Smutna to historia, choć dzięki niedefinitywnemu zakończeniu nie odbierająca całkowicie nadziei tysiącom podobnych Karolin, które widzimy wokół siebie (a może i same nimi jesteśmy); a będzie ich pewnie więcej, bo coraz częściej kobiety próbują być niezależne i za tę niezależność sporo płacą. Czasem tak dużo, że zastanawiają się, czy warto. Bo, jak myśli Karolina, przecież „życie powinno zawierać więcej niż to, co mieści się na tabliczce z nazwiskiem”[6]!

Nie jest to może proza z gatunku wciągających bez reszty i budzących bezwzględny zachwyt, ale mądra, dopracowana technicznie (warto dodać, że równie dobrze przetłumaczona i zredagowana – nawet zwykłą literówkę trudno znaleźć; jedyny minus polskiego wydania to, nie wiadomo czemu wciąż tak modne, paskudne matowe wykończenie okładki, nieprzyjemne w dotyku, a co gorsza, wymagające czytania w rękawiczkach, bo każde dotknięcie skądinąd czystą ręką pozostawia brzydką świecącą plamę), nadająca się na materiał do przemyśleń. Jeśli nawet za kilka miesięcy zapomnimy już nazwisko bohaterki, miejsce akcji, ba, nawet i tytuł, pozostanie w nas jednak echo, które odezwie się, gdy będzie mowa o emancypacji kobiet…

[1] Therese Bohman, „O zmierzchu”, przeł. Justyna Czechowska, wyd. Pauza 2018, s. 27.
[2] Tamże, s. 87.
[3] Tamże, s. 67.
[4] Tamże, s. 13.
[5] Tamże, s. 50.
[6] Tamże, s. 191.

Ocena: 4,5/6

Autor: Therese Bohman
Tytuł: O zmierzchu
Wydawnictwo: Pauza 2018
Liczba stron: 208

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Podziel się:

komentarzy: 0 | wyświetleń: 392

Dodaj komentarz  

- książka oceniona przez Ciebie - najedź na ikonę przy książce aby zobaczyć ocenę

- do książki dodano opisy lub recenzje

- książka dostępna w naszej księgarni

- książka dostępna u innych użytkowników (wymiana, kupno)

- książka znajduje się w Twoim schowku